Nina, która pisze książki o Sosnowcu…

-Jaki był to Sosnowiec w latach, kiedy Pani w nim mieszkała?
-Cudowny, mój… Kina, Momus, Zagłębie… Teatr do którego często chodziłam. Polityką nigdy się nie interesowałam tym bardziej, że mój mąż siedział jako małolat za roznoszenie ulotek i coś tam jeszcze polityką się bawił, co jego mama bardzo przeżyła… Sama obydwu synów wychowywała, pracowała w Zakładach Dziewiarskich od przed wojny do emerytury… To nasze nazwisko Hamerlik, nigdy nie pracowała w innym zakładzie. To była jej duma, koleżanki. Pani Świerczyńska, pan Bańka, majster, pan Malik… Jeszcze sporo nazwisk było… Uciekły mi… Dlatego MALIK, NOSI NAZWISKO JANUSZ Z SOPOTU!

Nina Witek Znajda-Jest jeszcze “Znajda”. Tym razem bohaterem opowieści jest piesek?
-Tak, dziewczyna przyjechała z Sosnowca do Jaroszowca. Zaprosiła ją koleżanka na Obóz Harcerski. Idąc przez las znalazła psa i dalej toczy się sprawa jak Aga boi się go, mimo, że pies ma kaganiec na pyszczku… Jej perypetie z nim, jego miłość do niej, noc spędzona z obcym psem w lesie. Poznanie właściciela psa, też z Sosnowca… Aga i Ala mieszkały przy tej ulicy (Jana III Sobieskiego – przyp.red.), którą jedzie się do Szopienic… Po lewej stronie stały kamienice, nie wiem czy jeszcze są.

-Oprócz powieści pisuje Pani też wiersze. Zamierza Pani kiedyś je wydać drukiem?
-To już inna bajka… To musi być zapłacone za wybranie ich, za jakąś grafikę… Wybór jest duży ale każdy o czym innym, teraz chcą wiersze mieć w jednym temacie, na razie się nie wybieram z tym.

-Wiem, że swego czasu pochłaniała Panią też twórczość plastyczna. Proszę opowiedzieć co konkretnie zajmowało Pani wolny czas?
-Tak, od zawsze druty, szydełko, szycie (jak inaczej mając troje dzieci) i haft krzyżykowy. Z obrazami burmistrz Olkusza, pan Kalista (doktor) zorganizował wystawę w MOK. Zapłacił ludzi do przewozu i osoby z Krakowa, którzy starali się wystawę przygotować… Po miesiącu pani dyrektor wystąpiła z prośbą do burmistrza o możliwość przedłużenia wystawy… Oczywiście, burmistrz się zgodził… Większość obrazów rozdałam, zostały tylko te, co dzieci sobie podpisały, mimo, że już kilka wzięli…

-Często bywa Pani w Sosnowcu?
-Nie… Dzieci i wnuki pracują. Zabierają mnie tylko na Boże Narodzenia, zdarzyło się ze dwa razy i na Wielkanoc. Za to dzieci i wnuki bywają u mnie bardzo często. Córka nawet urlop bierze, aby mnie zawozić do szpitali na kontrolę. Mamy cały czas ze sobą kontakt.

-Mamy nadzieję, że w najbliższym czasie uda się zorganizować spotkanie Pani z czytelnikami w Sosnowcu. Już teraz serdecznie zapraszamy.
-Jak wiesz mam raka, wycięto mi płuco, leżałam długo w Hospicjum… A nadal żyję i dokuczam ludziom… Mam od listopada zapewnione przez onkologa rok życia. Czy doczekam? Może. Jak wyszłam z Hospicjum, to i pożyję, czy dożyję do spotkania z Wami?

[PP]

Strony: 1 2

Bear