Janusz Maszczyk: Zaułkami Nowego Sielca. Cz. 2

Z chwilą, gdy tylko renardowski powóz podjechał pod bramę parkową, to zgodnie ze stosowaną w renerdowskim dworze wieloletnią praktyką, o czym chyba poinformowani byli też doskonale zamachowcy, portier odczekał stosowną dostojną chwilę, zanim wyszedł z portierni, by powitać głębokimi ukłonami i charakterystycznym czapkowaniem „miłych gości”, i otworzyć wiecznie zamkniętą na kłódkę dwuskrzydłową wielką drewniana bramę. Wtedy właśnie zamachowcy zaatakowali. Ponoć zastrzeleni zostali dwaj niemieccy uzbrojeni konwojenci, inni twierdzili, że tylko jeden, a ranny był bardzo ciężko, czy nawet zabity kasjer, czy portier. Ten ostatni ponoć w chwili gdy już szedł w ukłonach oraz czapkował dostojnym gościom, by otworzyć bramę parkową. Inni twierdzili, że zastrzelono też polskiego furmana. Jak w rzeczywistości wtedy było, to już dzisiaj trudno ustalić. Podobno mniej więcej tę samą wersję napadu przedstawiano też memu ojcu w „Rurkowni Huldczyńskiego”. Z tym, że zabitym miał być na pewno też kasjer. Czy był Polakiem?… Podobno tak. Jednak obecnie trudno już dociec prawdy. Niemniej, o czym już wyżej wspominałem, kolegami ojca nie tylko w okresie II Rzeczypospolitej Polski i w okresie okupacji niemieckiej byli też polscy kasjerzy z innych sosnowieckich fabryk, a jeden nawet i z Będzina.

***

Może dla wyjaśnienia, bądź co bądź ale jednak w konsekwencji zawikłanego napadu, jeszcze pozwolę sobie przekazać kilka skrótów myślowych. W uruchamianych w XIX wieku w Sosnowcu fabrykach i kopalniach początkowo kasjerami byli tylko Niemcy, lub przyjezdni z Górnego Śląska znający doskonale mowę i pismo niemieckie. Oczywiście nie wszyscy jednak byli narodowości niemieckiej?… Później, w miarę jak mijały kolejne lata, to zatrudniano też Polaków z Zagłębia Dąbrowskiego, ale tylko takich osobników, którzy potrafił bezbłędnie się poruszać w obszarach zagadnień finansowo – księgowych oraz tych co posiadali co najmniej średnie humanistyczne wykształcenie i znajomość biegłą w mowie i piśmie, przede wszystkim języka niemieckiego + jeszcze jednego zachodnio europejskiego. W okresie caratu wymagany był jeszcze język rosyjski. Później, gdy fabryki i kopalnie zaczęły też podlegać kapitałowi francuskiemu to mimo woli wymagano też od kasjera pewnej znajomości języka francuskiego. Natomiast w okresie okupacji niemieckiej zwracano przede wszystkim uwagę na długoletni staż pracy w tym zawodzie i swobodne poruszanie się w obszarze finansowo – księgowym oraz bezbłędną znajomość języka niemieckiego, co nie oznacza, że inne europejskie języki też były mile widziane. Praca w tym zawodzie nie była jednak wtedy ani łatwa, ani też bezpieczna, jak to się niektórym dzisiaj może wydawać. Każda bowiem poważniejsza finansowa pomyłka, czy ewidentna już wpadka, groziła poważnymi konsekwencjami, traktowanymi jako jawny sabotaż skierowany przeciw III Rzeszy Niemieckiej. Przy każdej bowiem wtedy większej fabryce, czy kopalni mieściła się też placówka Gestapo, do której z chwilą tylko wykrycia jakiegoś znacznego podejrzenia, nie mówiąc już absolutnie o ujawnionych kontaktach z konspiracją, natychmiast trafiał urzędniczy delikwent na gestapowskie przesłuchanie. Stamtąd w zasadzie dalsza jego droga już wiodła tylko do niemieckiego więzienia przejściowego, a dalej do obozu koncentracyjnego, lub na wisielczy szafot, czy pod katowicką gilotynę.

***

Zanim przystąpię do dalszych opisów tej zbrojnej akcji, to pozwolę sobie zasygnalizować, pewne i to bardzo często koloryzowane w publicystyce, czy w filmach wojennych, zagadnienia z czasów bądź to wojny, bądź polskiej partyzantki.Otóż! Każda dosłownie wojna jest nie tylko niesłychanie okrutna, ale i przynosi też morze cierpień i śmierć, przede wszystkim niewinnym cywilom. Takie są jej niestety realia. Przepraszam w tym przypadku za operowanie wprost wyjątkowym skrótem myślowym. Natomiast w akcjach zbrojnych, które po wojnie, podobnie jak i obecnie w kinach i w domowym telewizorze oglądam z patriotycznymi wypiekami na twarzy, zawsze na linii strzału ofiarą są tylko niemieccy oprawcy i niekiedy też żołnierze z polskiego zbrojnego podziemia. Nigdy znajdujący się tam przypadkowi niewinni ludzie, a już zupełnie nigdy polskie dzieci. Trudno dzisiaj już dociec absolutnej prawdy, ale ojciec szczególnie był podenerwowany tym, że zastrzelonym kasjerem był ponoć Polak, ponoć taki sam zresztą pracownik jak mój ojciec, tylko zatrudniony wtedy w innym zakładzie pracy. Podobno ranionymi, czy zastrzelonymi osobnikami:furmanem i portierem parkowym, byli wtedy też Polacy, co już zupełnie wtedy przepełniło szalę goryczy w mojej rodzinie.

***

Ponoć zamachowcy już po zabraniu torby z walutą pieniężną wsiedli do swojej dorożki i odjechali pośpiesznie, przez nikogo zupełnie nieścigani w głąb cichutkiej, bezludnej i wyjątkowo króciutkiej wijącej się jeszcze wtedy uliczki Piekarskiej. Natomiast dalszą trasę ucieczki wybrali ponoć wówczas poprzez wtedy jeszcze prawie całkowicie bezludne, jakby wymarłe i cichutkie renardowskie polne drogi, dzisiejszą ulicę Kombajnistów, by poprzez wieś Zagórze skierować się ponoć w kierunku Strzemieszyc.Poprzez tereny, gdzie w zasadzie częściej można było spotkać trzepoczące skrzydłami w locie i śpiewające skowronki niż ludzi.

[Powyżej mapa z 1942 roku (zdjęcie nr 5). U góry po lewej stronie widoczny PARK RENARDOWSKI i staw w tym parku (oznaczony literką „T”), obok stawu jest też widoczny Zameczek Sielecki (oznaczony kolorem czerwonym literką „C”) i wewnątrz dworska droga na terenie już samego „RENARDA”, zwana podczas okupacji niemieckiej jako – „Schloss – str.”, czyli Schloss – Strasse. Ta króciutka wówczas dworska droga łączyła się z główną sielecką ulicą Renard – Strasse. Jak widać na mapie z 1942 roku istniała jednak też druga uliczka o tej samej dosłownie nazwie Schloss – Strasse, która jednak wtedy wiła się już poza ulicą Renard –Strasse i bocznicą kopalnianą. Od styku z dawną uliczką Staszica w kierunku renardowskich łąk i uprawnych pól, i w końcowej wersji łączyła się z dworską wtedy drogą, która na mapie jest oznaczona jako „Sagerner” – dzisiejszą ulicą Kombajnistów. Znak na mapie „Halde” nie oznacza jednak katarzyńskiej hałdy, ale malutką i powstałą z odpadów kopalnianych hałdę jaka tam zalegała jeszcze w latach 60. XX wieku.]

[Zdjęcie nr 6 współczesne. Fragment dawnych terenów określanych jako „RENARD” i dawna dworska uliczka Schloss – Strasse, dzisiejsza Zamkowa. W dali Zameczek Sielecki. Dawniej po dwóch stronach tej dworskiej drogi rozciągały się już tylko wyłącznie dworskie zabudowania. Autor utrwalił widok mniej więcej z tego miejsca, gdzie w czasach okupacji niemieckiej znajdowała się brama, a w portierni stacjonował uzbrojony Werkschutz. Brama i portiernia usytuowane były wówczas na styku z gwarną ulicą Renard – Strasse (dzisiejsza ulica Gabriela Narutowicza).]

Jeszcze pewne uzupełnienia do powyższego tekstu. Według raportu niemieckiego napad nastąpił „przy bramie parku na ul. Schloss – Strasse”. Koniec cytatu z niemieckiego raportu, wg książkowej cytowanej już publikacji Komendanta AK. Podczas okupacji niemieckiej uliczka Schloss –Srasse, to nic innego jak w dzielnicy Sielca dzisiejsza króciutka osiedlowa uliczka Zamkowa. Już sam raport niemiecki jest więc nieprecyzyjnie, a wręcz i błędnie opisany. Podczas okupacji niemieckiej króciutka uliczka Schloss – Strasse ciągnęła się wewnątrz zamkniętego terytorialnie tak zwanego popularnie wówczas ”Renarda”i była tylko typową dworską drogą7/. Przy tej króciutkiej uliczce Zamkowej, o czym już wyżej wspominałem, były wtedy położone dwie oddzielnie bramy i dwie portiernie. Obydwie bramy i portiernie mieściły się wówczas wewnątrz sieleckiego „Renarda” (obok zabudowań dworskich). Pierwsza, o której już wyżej wspominałem, na styku z Parkiem Renardowskim. Druga natomiast, o której też już wyżej wspominałem, już na samym styku z ulicą Renard Strasse, dzisiejszą ul. G. Narutowicza. Ta druga jednak w przeciwieństwie do parkowej była w czasie okupacji niemieckiej strzeżona przez uzbrojony Werkschutz. Jednak okolice samego Zameczku z uwagi na ulokowaną tam dyrekcję z kopalni i biura, też zawsze były obserwowane przez czujne niemieckie oczy. Zwłaszcza w ustalone dni wypłaty pieniędzy. Mimo więc woli na tym malutkim skrawku terenu znajdowało się też stosunkowo duże skupisko umundurowanych i uzbrojonych Niemców. Oczywiście, znacznie większe, niż przy innych parkowych już bramach. Z tym, że określenie w protokóle niemieckim – „przy bramie parku” – jednoznacznie sugeruje, że zamach nastąpił, nie przy ulicy Renard Strasse, ale obok „Zameczku”, tuż, tuż przy pierwszej bramie wewnątrz „Renarda” i alei wiodącej wtedy do Parku Renardowskiego (portiernia, o czym wyżej wspominałem stoi do dzisiaj – patrz zdjęcie nr 2), co z punktu samej logistyki napadu jest oczywistą wierutną bzdurą.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8

Bear