Janusz Maszczyk: Zaułkami Nowego Sielca. Cz. 2

Po prawej stronie widoczne są zabudowania tak zwanego – „RENARDA”, gdzie mieścił się też opisywany w dalszej części tego artykułu Zameczek Sielecki.]

***

Ta zbrojna akcja polskiego patriotycznego podziemia o tyle była znana naszej rodzinie i wielokrotnie o niej też wspominano, gdyż nieznani jeszcze wtedy nam absolutnie osobnicy dokonali napadu na kopalniany konwój wiozący z banku wypłatę pieniężną dla pracowników zatrudnionych w pobliskiej Kopalni „Hrabiego Renarda”, teraz już określanej jako Graf Renard –Mauveschacht, a ofiarą tego napadu był też kasjer2/. Człowiek, który tak jak mój ojciec, tylko w „Rurkowni Huldczyńskiego” wykonywał wtedy też ten sam zawód. W niektórych powojennych publikacjach, a nawet i współczesnych nam czasowo, określa się, że były to pieniądze przeznaczone tylko dla robotników, co oczywiście mija się z prawdą obiektywną, gdyż pod koniec każdego miesiąca wypłacano wtedy wynagrodzenie zarówno zatrudnionym w zakładach pracy robotnikom jak i urzędnikom, natomiast w połowie każdego miesiąca tylko w formie zaliczki robotnikom, w tym przypadku górnikom zatrudnionym w tej sieleckiej kopalni. Po pieniądze do banku jechano więc każdego miesiąca co najmniej dwukrotnie. Niekiedy jednak, gdy wymagały tego wyjątkowe okoliczności, to udawano się tam nawet częściej. Funkcjonował bowiem wtedy,kategoryczny zakaz przechowywania przez wiele dni w zakładowej kasie tak pokaźnych ilości pieniędzy.

Z tamtych dni pamiętam tylko tyle, że było to ciepłym okupacyjnym latem i pierwszą o tym wydarzeniu informację nasza rodzina pozyskała właśnie od mojego ojca. Pewnego dnia, w godzinach już głęboko popołudniowych, około godziny 18, po zamknięciu drzwi biurowych i oddania klucza w fabrycznej portierni, jak zwykle zresztą o tej porze, do mieszkania powrócił przemęczony i zestresowany wielogodzinną pracą, a szczególnie sąsiedztwem z zakładowym Gestapo, mój ojciec, Ludwik Maszczyk. W tym dniu wyraźnie było po nim jednak widać wyjątkowe wprost podekscytowanie. Bowiem jak wspominał -w „Rurkowni Huldczyńskiego” -od swych biurowych kolegów dowiedział się o napadzie jakiego dokonano na ludzi konwojujących środki płatnicze z banku do kopalni, w tym ponoć i o zabiciu kopalnianego kasjera. Pamiętam jak zdenerwowany mojej mamie wtedy się użalał –„niewinną ofiarą mogłem być również i ja”.

***

W tym miejscu jak sądzę winien jestem czytelnikom udzielić pewnego merytorycznego wyjaśnienia. Mój ojciec, jako długoletni urzędnik w księgowości, od 1929 roku zatrudniony w samej tylko „Rurkowni Huldczyńskiego”, już od kilkunastu lat, czyli jeszcze za czasów II Rzeczypospolitej Polski, był miedzy innymi też kasjerem w tej fabryce, teraz już jednak typowo zbrojeniowej i niestety przejętej przez okupantów niemieckich. Nie poznałem zbyt precyzyjnych merytorycznych powodów z zakresu obrotu gotówkowego, ale po środki pieniężne do banku zarówno w czasach wolnej jeszcze i niepodległej Polski jak i w czasach okupacji niemieckiej, kasjerzy z dużych zakładów pracy, między innymi z takich jak z „Rurkownii Huldczyńskiego”, „Przędzalni” Dietla, czy z Kopalni „Hrabiego  Renarda” zawsze udawali się w zamkniętych konnych dorożkach, a nie środkami motoryzacyjnymi3/. Takimi pojazdami się wtedy najczęściej posługiwano, zwłaszcza wśród kadry urzędniczej w „Rurkowni Huldczyńskiego”, stąd to zagadnienie jest mi tak dobrze znane. Ponoć w tamtych czasach te konne pojazdy, wyposażone w obicia pluszowe i w subtelne resory niczym kołysanka, w przeciwieństwie do topornych pojazdów mechanicznych, miały charakter bardziej dostojny i elegancki, więc w jakimś też sensie wyróżniały i nobilitowały osobników w białych kołnierzykach, spośród innych pracowników zatrudnionych w tych zakładach pracy. A nawet jak to zawsze podkreślał ojciec – miały swą urzędniczą duszę, której z kolei ponoć całkowicie pozbawione były pełne warkotu samochody. Po prostu. Taki model zróżnicowania zawodowego i społecznego w zakładach pracy był wówczas preferowany i stosowany, i to jeszcze od czasów zaborów Rosji carskiej i co ciekawe przetrwał nie tylko też okres wolnej i niepodległej Polski – II Rzeczypospolitej – ale nawet okres okupacji niemieckiej i funkcjonował jeszcze w pierwszych latach, zaraz po 1945 roku. Przynajmniej do 1948 roku. Ojciec jako kasjer, by udać się po środki płatnicze do banku, zawsze więc tylko z takich konnych pojazdów wtedy korzystał, chociaż zadarzały się też sporadyczne przypadki, że po pieniądze do banku, nagle udawano się też samochodem. Może jeszcze tylko wspomnę, że uczestnikami takiej bankowej powozowej wyprawy w okresie okupacji niemieckiej, w zasadzie w wielu zakładach pracy byli też Polacy, przynajmniej furman i najczęściej też kasjer, i niekiedy też jego pomocnik, a ochraniali nie ich oczywiście, tylko środki pieniężne, uzbrojeni konwojenci niemieccy. Tę całą jadącą wówczas do banku grupę nie wiem dlaczego, ale w niemieckim policyjnym raporcie określono jednoznacznie jako „funkcjonariusze”, o czym więcej poniżej.

***

Jak już wyżej zasygnalizowałem, to po środki pieniężne z Kopalni „ Hrabiego Renarda”, kasjer udawał się do banku co najmniej dwukrotnie w ciągu każdego miesiąca. Trasa przejazdu ponoć zawsze była utajniana. W związku z tym była znana wyłącznie tylko wyjątkowo wąskiemu gronu zatrudnionym w tej firmie pracownikom. Najczęściej znał ją wcześniej tylko kasjer i niemieccy funkcjonariusze z ochrony. Za każdym razem do banku jechano o różnej porze dnia, która jednak już wcześniej była ustalona. Najczęściej udawano się tam jednak w godzinach wczesnoprzedpołudniowych. Ze względów bezpieczeństwa już od czasów carskich istniały więc też z góry ustalone trasy przejazdu. Inną trasą więc jechano po pieniądze do banku, a z kolei z banku powracano z gotówką zupełnie już innymi ulicami miasta Sosnowca. Pieniądze każdorazowo dowożono jednak do znanego nam teraz Zameczku Sieleckiego (obecnie Sosnowieckie Centrum Sztuki w Sielcu), w którym mieściła się wtedy dyrekcja i bardziej znaczące działy urzędnicze z Kopalni „Hrabia Renard”. Przynajmniej taki tok przejazdu obowiązywał jeszcze w okresie okupacji niemieckiej. Powozy konne począwszy już od czasów carskich, zawsze były też wtedy parkowane w zabudowaniach „Renardowskiego dworu” na terenie jeszcze wtedy zamkniętego, tak zwanego „RENARDA”, tuż, tuż opodal dzisiejszego Zameczku Sieleckiego. O godzinie wyjazdu, ponoć nigdy nie informowano woźnicę, czy jak wtedy tych pracowników zwano – furmana – ale dopiero na krótko przed samym udaniem się do konkretnego banku. Jednak starsi już wiekiem furmani zatrudnieni w „Renardowskim dworze” – jak to wspominał mój ojciec – niemal intuicyjnie wyczuwali, którymi ulicami dwukonny pojazd powinien podążyć, z chwilą gdy tylko docierano do pierwszej konkretnej renardowskiej bramy i portierni.

Powóz z polskim furmanem, co w czasach okupacji stanowiło regułę, w drodze do banku zawsze podjeżdżał w ostatniej niemal chwili na dziedziniec zamkowy i parkowany był u drzwi głównych „Zameczku”, do którego wtedy dopiero wsiadali wcześniej już wytypowani pracownicy, czyli kasjer, względnie też jeszcze jego pomocnik, obydwaj najczęściej narodowości polskiej oraz ochrona konwoju, czyli już tylko uzbrojeni funkcjonariusze niemieccy. Ci ostatni niekiedy ubrani byli po cywilnemu, a niekiedy w typowych w mundurach Werkschutzu. Z kolei przywiezione już z banku w workach pieniądze dyskretnie, ale błyskawicznie przenoszono wtedy z powozu do „Zameczku”, chronionego przez uzbrojonych niemieckich funkcjonariuszy.Tam ponoć na kilkanaście godzin do chwili wypłaty były umieszczane w specjalnej pancernej kasie, a cały teren Renarda i zamkowe pomieszczenie z kasą, były wtedy wyjątkowo skrupulatnie pilnowane przez niemieckich wartowników – Werkschutz i dodatkowo jeszcze przez innych mundurowych Niemców. Przewóz środków pieniężnych z czasem – jak wspominał to później mój ojciec – to ponoć już od czasów II Rzeczypospolitej, zaowocował pewną formą dworskiej celebracji, co pewnie skrzętnie wykorzystali to zamachowcy, o czym więcej poniżej 4/.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8

Bear