Janusz Maszczyk: Zagłębianka z Czeladzi

 

W Sosnowcu wyjątkowo wcześnie bowiem już w październiku 1939 roku zaczęły powstawać całkiem spontanicznie pierwsze organizacje konspiracyjne. Typowo propolskie, jak również też i prosowieckie. Jak wspomina pan dr Juliusz Niekrasz, to ten propolski „klimat wykorzystał kpt. Ryszard Margosz , rodem z Sosnowca, który przybył do Zagłębia z Krakowa już jako członek i emisariusz założonej tam organizacji Orzeł Biały – z zadaniem rozciągnięcia jej działalności na teren Zagłębia. Organizację tę założyła w Krakowie grupa oficerów, której przewodził mjr rez. Kazimierz Kierzkowski”2/. Człowiek o niezwykłej jak na tamte czasy charyzmie patriotycznej 3/.

 

Związek Orła Białego w pewnej chwili zaczął się jednak na terenie Sosnowca rozwijać niezwykle żywiołowo, wręcz nawet w formie nie w pełni kontrolowanej przez swych zwierzchników. Podobno jeden werbował wtedy drugiego, nie licząc się z tym, że taka wręcz masowa organizacja do tego jeszcze kompletnie fachowo nieprzygotowana do konspiracji może być przez tajną policję polityczną Gestapo stosunkowo szybko rozpracowana. Tym bardziej, że w szeregach Gestapo pojawiło się już wtedy stosunkowo dużo agentów i konfidentów z rodowodem polskim. Gdyż Niemcy nieznający poprawnej mowy polskiej nie mogli sami sobie na tych terenach absolutnie poradzić w rozpracowaniu tajnych polskich organizacji. Więc werbowali też do swych szeregów osoby polskojęzyczne. A przecież wówczas takich osobników o podwójnych obliczach, nie licząc też pospolitych ogłupiałych gadułów w Sosnowcu, to przecież – jak to już sam pamiętam – nie brakowało. Rozpracowanie więc przez Gestapo Związku Orła Białego już niebawem więc nastąpiło.

 

****

 

     W latach 20 – tych XX wieku jedną z uczennic Gimnazjum im. Emilii Plater była też wówczas pani Leokadia Dehnel (1905 – 1942). Urodziła się 10 listopada 1910 roku niedaleko Sosnowca bowiem w Czeladzi. Była córką nadsztygara z Kopalni „Saturn” pana Pawła Piotra Dehnela, znanego działacza socjalistycznego i niepodległościowego oraz pani Stefani z Tomaszewiczów.

Po ukończeniu studiów wyższych (przyp. autora: polonistyka w Uniwersytecie Jagiellońskim) „pracowała jako polonistka w Gimnazjum w Ostrowcu. Od 1 września 1930 roku objęła posadę nauczycielki języka polskiego w Państwowym Seminarium Męskim w Sosnowcu.[…]… W pamięci wychowanków zapisała się jako wzorowa nauczycielka języka polskiego. Była organizatorką i opiekunką pisma uczniowskiego PSNM ‘Płomienie’. […]…. Po zakończeniu działalności w seminarium nauczycielskim przeniosła się do Liceum Ogólnokształcącego w Mysłowicach. Tutaj aż do wybuchu wojny pracowała jako polonistka. […}…Z nastaniem okupacji hitlerowskiej wróciła do rodzinnej Czeladzi. Kiedy w 1939 roku powstały pierwsze grupy Organizacji Orła Białego wstąpiła w jej szeregi (przyp. autora: wstąpiła do OOB prawdopodobnie za namową pana Władysława Mazura). Przyjęła pseudonim ‘Kora’ (przyp. autora: oraz też pseudonim „Lotna”). Od początku w zagłębiowskiej OOB (przyp. autora: była też członkiem Związku Walki Zbrojnej w Czeladzi) podjęła działalność redakcyjną w gazecie konspiracyjnej ‘Nasze Sprawy’. Była również kierownikiem grupy sanitarnej. Aresztowana przez Gestapo w 1941 roku przebywała początkowo w więzieniu mysłowickim. Tutaj przeżyła tragedię przesłuchań. Przewieziona do Kłodzka została skazana na śmierć za ‘zdradę stanu’ przez Sąd Krajowy Rzeszy (przyp. autora: sądzona była przez 5 Trybunał Ludowy w Berlinie). Ponad trzy miesiące oczekiwała na wykonanie wyroku w więzieniu we Wrocławiu. W tym mieście została zgilotynowana w 1942 roku4/.

Leokadia Dehnel i jej ojciec zostali upamiętnieni przez nadanie imienia Dehnelów jednej z ulic w Czeladzi. Podobno jej ojciec przeprowadzał kilkakrotnie Józefa Piłsudskiego przez granicę przed I Wojną Światową i ocalił mu nawet życie. Więc Józef Piłsudski odwiedzał go ponoć też w Czeladzi, m.in. w 1923r. Jak się więc okazuje, to w wielu przypadkach jabłko zawsze spada obok dorodnej jabłoni.

Ta Zagłębianka z Czeladzi tak pokochała swe uczennice z Górnego Śląska z Mysłowic, że oczekując w więzieniu na ścięcie gilotyną, napisała jeszcze do swych ukochanych wychowanek z Mysłowic wiersz w formie pożegnalnego testamentu. Ten wiersz przesłała im jednak w formie tajnego „grypsu” (patrz. publikacje i przypisy, poz.4). Czy ten niezwykły nostalgiczny i patriotyczny wiersz jednak dotarł wtedy do adresatów? Skoro tak to czy zachował się jeszcze do naszych czasów? A może jednak ten niezwykły gryps, który miał być wtedy tylko formą patriotycznego pożegnania ze swoimi wychowankami z Górnego Śląska został jednak przechwycony przez Gestapo. Gdyż dalsze losy więzienne pani Leokadii Dehnel i kolejne jej liczne przesłuchania oraz ostatecznie wymierzona też kara, która nie była nigdy stosowana w Polsce, powinna też u pewnych osób budzić jednak znaki zapytania.

****

Zastanawiające jest jeszcze to? Dlaczego panią Leokadię Dehnel już po przesłuchaniach w mysłowickim więzieniu przewieziono jeszcze na kolejne przesłuchania ale tym razem już poza tereny Zagłębia Dąbrowskiego i Górnego Śląska, a nie do więzień położonych na terenie Zagłębia Dąbrowskiego, czy choćby Górnego Śląska? Czy czasem w trakcie przesłuchań w Mysłowicach nie podjęto już wówczas jednoznacznej decyzji, że ta polska patriotka z Zagłębia Dąbrowskiego, uwielbiana do tego jeszcze przez swe uczennice z Górnego Śląska, z Mysłowic, musi jednak ponieść karę śmierci poprzez ścięcie gilotyną? A dalsze już jej przesłuchania to były już tylko ubarwianą fikcją, gdyż wyrok jednoznaczny i ostateczny zapadł już w Mysłowicach. Co się bowiem okazuje? W tym bowiem już okresie czasu więzienia niemieckie, które były położone na terenach Zagłębia Dąbrowskiego, Górnego Śląska i Zaolzia zaliczane były do XVIII Katowickiego Obwodu Sądowego Rzeszy (Reichsjustizverwatung). Z tym, że gilotynę na tych terenach zainstalowali Niemcy w 1941 roku w Katowicach przy ulicy Mikołowskiej 19. Natomiast do tego czasu wszystkie ofiary, które miały być zgilotynowane to przewożono aż do Wrocławia. Tam bowiem w więzieniu karnym przy obecnej ulicy Klęczkowskiej nr 31 (wówczas ul. Kletschkauerstrasse) wykonywano wyroki śmierci poprzez ścięcie gilotyną. Natomiast zwłoki zgilotynowanych przekazywano już do dyspozycji Kliniki Anatomii przy Akademii Medycznej w Breslau (Wrocław) 5/.

Z opublikowanych w ostatnich kilkunastu latach przekazów historycznych okazuje się jednak, że zwłoki zgilotynowanych we Wrocławiu przewożono po 27 kwietnia 1941 roku, też do Poznania (Posen). Do nowo utworzonej tam uczelni niemieckiej Reichsununivesitat – AnatmischesInstitut przy Fridrich Nietsche 6 (dzisiejsze Collegium Anatomicum Akademii Medycznej Karola Marcinkowskiego w Poznaniu). Tam również jak we Wrocławiu niemiecka kadra naukowa uczelni i studenci dokonywali na zamęczonych polskich bohaterach z ruchu oporu makabrycznych sekcji zwłok, poznając przy okazji tajniki anatomii i medycyny. W tym przypadku aż się ciśnie na usta kolejne merytoryczne pytanie? Czy ci młodzi niemieccy studenci i studentki medycyny, gdy dokonywali sekcji zwłok, zadawali sobie wtedy też pytanie kim były ofiary leżące przed nimi na specjalistycznie do tego celu wyprofilowanych metalowych stołach. Wszak przecież na każdym prawie leżącym na tym stole osobniku musiały być wtedy bardzo widoczne ślady ich śmierci. W postaci otworów w ciele po strzałach egzekucyjnych, po specyficznych śladach z zacisków szyjnych po pętli wisielczej, czy odcięte gilotyną głowy od tułowia położone w charakterystycznym miejscu jak to czynili wtedy Niemcy, czyli pomiędzy nogami u stóp zgilotynowanej osoby.

Strony: 1 2 3 4

Bear