Janusz Maszczyk: Z SOSNOWCA NA KASPROWY WIERCH I GUBAŁÓWKĘ

[Kolejne w innym już jednak dniu utrwalone zdjęcie autora z września 2015 roku. Tłumy ludzi w Kuźnicach i ponownie widoczna długa na kilkaset metrów kolejka turystów, oczekujących nawet po kilka godzin, by tylko wykupić bilet na Linową Kolejkę na Kasprowy Wierch oraz widoczny też kamienny granitowy długi mur, na którym można by z powodzeniem zawiesić gablotę promującą miasto Sosnowiec.]

[Zdjęcie autora z września 2015 roku. Czwarta od lewej strony stoi moja żona Renia (biały sweterek w niebieskie paski).  „…Inna w tym samym czasie też pokaźna grupa turystów, stoi obok posłusznie w długiej kolejce, by tylko wykupić upragniony bilet wstępu na tereny Tatrzańskiego Parku Narodowego i pieszo już dostać się na Halę Gąsienicową”…]

****

Z Kasprowym Wierchem i z Gubałówką, jak również z samym Zakopanem związany jestem bardzo głębokimi uczuciami, wśród, których przewijają się niczym w rodzinnym filmie też nostalgiczne i romantyczne wspomnienia. Bardzo zresztą ciekawe, wręcz nawet frapujące i kryjące do dzisiaj wiele jeszcze niewyjaśnionych zagadek. Na temat bowiem Zakopanego i przebywającym w tym tatrzańskim kurorcie ludzi, z ostatniej nawet konspiracji okupacyjnej (lata 1939 – 1945), w tym i znakomitych ponoć kurierów oraz artystów, pisarzy i poetów, po prostu osób z wysokiego świecznika politycznego, patriotycznego i kulturalno – intelektualnego napisano też zresztą niesłychanie wiele bardzo nawet wiele ciekawych publikacji książkowych i prasowych. Nie wszystkie są jednak zgodne z prawdą absolutną. W niektórych bowiem przekazach bez jakiegokolwiek krytycyzmu i nie docierając nawet do źródeł prawdy, powiela się tylko funkcjonujące już w przestrzeni publicystycznej i gminnych opowieściach, ponoć frapujące historyczne wspomnienia, utwierdzając jednak w przekazach legendy i mity oraz półprawdy, czy nawet wprost bajkowe o podłożu ponoć historycznym opisy zdarzeń. Zobligowany specyficznym środkiem przekazu jakim jest internet, ustosunkuję się więc teraz tylko do dwóch bardzo kiedyś głośnych incydentów w Zakopanem. Natomiast o słynnym narciarzu z okresu II Rzeczypospolitej Polski, a później kurierze z Armii Krajowej, który nim nigdy nie był podczas okupacji niemieckiej i mitach związanych z przeprowadzaniem w 1940 roku przez granie Tatry do okupowanej Ojczyzny naszego marszałka Edwarda Rydza Śmigłego może jeszcze kiedyś napiszę. Obecnie co już wyżej zaznaczyłem ustosunkuję się tylko do dwóch bajkowych historycznych opowieści.

Ta pierwsza związana jest z okresem okupacji niemieckiej i licznymi przekazami powojennymi. Dotyczy to wprost nieprawdopodobnego w historii wysokogórskiej heroicznego skoku człowieka z wagonika kolejki linowej, na nartach z dużej wysokości. Dla mieszczucha niemal skoku dokonanego w przepaść górską,jakiej miał ponoć według bajkowych legend dokonać jeden z zakopiańskich kurierów z Armii Krajowej. I to tuż, tuż przed samym już szczytem Kasprowego Wierchu. Według przekazów ustnych i publikacji książkowych oraz prasowych, ten heroiczny skok był dla niego wtedy konieczny, bowiem uratował mu życie, gdyż na stacji kolejki linowej na Kasprowym Wierchu oczekiwało już na niego Gestapo. Takie fantastyczne i heroiczne opowieści krążyły już w latach 60 – 90. XX wieku nie tylko wśród samych górali z Zakopanego i historyków, ale przekazywali je nawet turystom sami konduktorzy w wagonikach kolejki linowej udającym się na szczyt Kasprowego Wierchu. Ba! Ukazywały się również w licznych historycznych publikacjach książkowych i prasowych. No cóż! Nie ukrywam tego faktu, ale tym nieprawdopodobnym wyczynem polskiego kuriera z AK byłem nawet sam kiedyś zafascynowany. Ilekroć więc gdy tylko byłem z moją Renią w Zakopanem to zawsze wypytywałem kolejnych starszych już wiekiem górali o szczególiki tego nieprawdopodobnego skoku z wagonika kolejkowego. Dopiero od kilku zaledwie lat, mniej więcej od roku 2012, niektórzy tylko przewodnicy tatrzańscy i konduktorzy kolejki linowej jadącej na szczyt Kasprowego Wierchu, pytani przeze mnie o szczegóły tego heroicznego skoku, z tajemniczym uśmiechem i szeptem, przekazują mi teraz zupełnie już inną, ponoć już prawdziwą wersję tego incydentu. Według jednego konduktora z wagonika kolejki linowej było to tak 4/. Jeden z miejscowych górali o polskich i patriotycznych korzeniach rodzinnych, jechał w czasach okupacji niemieckiej kolejką linową na Kasprowy Wierch do swojej oblubienicy. Jej ojciec w tym samym czasie, jawnie już kolaborujący z okupantem niemieckim, był ponoć pracownikiem w tamtejszej restauracji na szczytach Tatr. Ta restauracja na szczycie Kasprowego Wierchu funkcjonuje tam zresztą do dzisiaj. Podenerwowany ojciec, ponoć już oczekiwał na tego polskiego góralskiego „intruza” w przeszklonych pomieszczeniach stacyjnych Kasprowego Wierchu. Z kolei jadący kolejką linową góral został jednak o tym już wcześniej powiadomiony na Myślenickich Turniach. Zanim więc kolejka na szczycie Kasprowego Wierchu już na dobre się zatrzymała, to on otworzył drzwi i wyskoczył z niej wcześniej, ale nie na nartach w przepaść śnieżną, jak dotychczas i to uroczyście,i ponoć zgodnie z prawdą obiektywną nam Polakom przekazywano. Tylko po prostu wyskoczył schylony na pomost jaki jest umocowany na końcowych metrach tej stacyjnej kolejki linowej, i bocznym wejściem, niemal na czworakach i „cichcem”, by być niezauważonym przez ojca jego oblubienicy, dotarł do pomieszczeń stacyjnych. Ten szelmowski manewr, niestety ale ojciec jego oblubienicy jednak błyskawicznie rozszyfrował. W wyniku więc późniejszej ponoć szamotaniny do jakiej tam doszło przed restauracją, pomiędzy ojcem, a „intruzem” jego córki, celowo rozpuszczono więc w Zakopanem plotkę o Gestapo i bohaterskim kurierze z Armii Krajowej. Komu na tym zależało, to dzisiaj już trudno tego dociec. Przepraszam w tym przypadku za operowanie wyjątkowi skrótami myślowymi.

Kolejną, też niezwykle sensacyjną i kuriozalną historię, też jednak przekażę z zastosowaniem poważnych skrótów myślowych. Może tylko wspomnę, że była ona w Zakopanem jeszcze w latach 2015 roku wyjątkowo nagłaśniana w lokalnej prasie na Podhalu. Jest nawet dostępna nawet do dzisiaj w internecie. Mnie i mojej żonie – Reni – jednak jej szczegóły przekazali spotkani na cmentarnym Pękasowym Brzysku zawodowi licencjonowani tatrzańscy przewodnicy. Początkowy jej wątek zaczyna się niczym bajkowa historyczna opowieść z dalekiej przeszłości. Otóż! W wyniku podpisania w 1987 roku umowy o współpracy pomiędzy Polską, a ZSRR, podjęto wówczas entuzjastyczną decyzję, sprowadzenia do kraju z dalekiego Polesia, ponoć nagle odkrytych szczątków Stanisława Ignacego Witkiewicza. W tę nieprawdopodobną akcję sprowadzenia szczątków zwłok, która nawet przerosłaby wyobraźnię samego Witkacego, zaangażowały się wówczas najwyższe ówczesne autorytety z dziedziny nie tylko kulturalnej naszego kraju. Z tej okazji w Zakopanem ustalono już nawet harmonogram samych uroczystości. Zawiązał się nawet specjalny Komitet Organizacyjny, do którego oprócz najwyższych dostojników z samorządu miejscowego, dokooptowano również imienna listę dostojników z najwyższej półki kulturalno – artystycznej. Zaplanowano też zorganizowanie specjalnej wystawy portretów Witkacego. W końcu nawet uzyskano zgodę od miejscowego proboszcza, by prochy mogły być godnie i uroczyście pochowane w Zakopanem na zabytkowym cmentarzu na Pękasowym Brzysku. Na ceremonię żałobną do Zakopanego potwierdzili też wtedy swój przyjazd z Warszawy niektórzy najwybitniejsi artyści filmowi i teatralni oraz osobistości z innych jeszcze dziedzin naszej kultury. W końcu więc w Zakopanem zjawiła się ta cała palestra najznakomitszych osobistości z różnych dziedzin kulturoznawczych i polityczno – społecznych, w tym szczególnie zaangażowany jeden z ministrów i ambasador reprezentujący nasz kraj w ZSRR.

Strony: 1 2 3 4 5 6

Bear