Janusz Maszczyk: Wyprawy do zielonej „Skałki”…

Niemal u kresu tej pełnej uroków bajkowej dziecięcej podróży po prawej stronie mijaliśmy mury Kopalni Węgla Kamiennego „Juliusz”, a po lewej stronie stało jeszcze wtedy zaledwie kilka charakterystycznych willowych, ponoć górniczych domków. Już niemal po chwili po minięciu murów kopalni, która trwała jak mgnienie oka, docierało się do krystalicznej i pełnej jeszcze wtedy fauny i flory rzeki Białej Przemszy. Toczącą swe leniwe wody zakolami Białą Przemszę, pokonywaliśmy wówczas nie w bród, lecz przechodząc poprzez niezwykle chybotliwy wąski drewniany mostek. Taka przeprawa była wówczas dla mnie nie lada dziecięcym wyzwaniem, gdyż w mostku najczęściej brakowało drewnianych klepek, a na pewnych jego odcinkach pozbawiony był też drewnianych poręczy. Tuż, tuż poza chybotliwym mostkiem wtapialiśmy się już wówczas w inny niż dotychczas przyrodniczy krajobraz, ale też niezwykle bajkowy.

****

Jak już wspominałem „Skałka” w okresie okupacji niemieckiej była więc cichutką i przyrodniczą enklawą. Dopiero po 1945 roku okolice drewnianego mostku zaczęły już tętnić gwarnym życiem, szczególnie w popołudniowe sobotnie i świąteczne niedziele. Tutaj bowiem okolica charakteryzowała się zabawami, rozrywkami i możliwością dokonywania od miejscowej ludności drobnych zakupów, w tym również narkotycznego piwa i typowego alkoholu. Przypominam sobie, że nad rzeką rozpięta była stalowa lina, a śmiałkowie trzymając oburącz uchwyt zamocowany do rolki, pokonywali niezbyt odległą nadrzeczna trasę, która wiodła z jednego brzegu rzeki na drugi. Ale nas zamieszkałych w zadymionym i gwarnym urzędniczym osiedlu z Placu Tadeusza Kościuszki ciągnęła w te okolice, tylko żywa i nieskażona jeszcze przyroda oraz czysta niczym łza Biała Przemsza. Więc ten zakątek zagłębiowskiej ziemi, gdzie dominowała orkiestra i gwar setek siedzących na trawie i tańczących ludzi, i widok pędzącego śmiałka po linie oraz zgrzyt rolki, tylko kątem oka dostrzegaliśmy. Bowiem trochę już dalej, za niewielkim wzgórkiem, od zawsze, rozpościerał się już dla nas zupełnie inny świat .Nasz świat. Pełen dostojnej ciszy i pełen też kolorów polskiej nieskażonej jeszcze wówczas przyrody oraz leniwie zakolami toczącej swe wody Białej Przemszy.

[Zdjęcia ze zbiorów autora z lat 60. XX wieku. Okolice „Skałki”.]

 ****

Rzeka Biała Przemsza w okolicy lesistej „Skałki”, jak już wspominałem płynęła jeszcze wtedy leniwie i zakolami, a jej brzegi pokryte był szerokimi niesymetrycznymi łachami żółtego niczym wosk piasku. Na pewnych jednak odcinkach tej urokliwej rzeki, brzegi zarastały już wtedy dzikimi i gęstymi nie do pokonania chaszczami i jednocześnie tak podstępnie wtapiały się w nurt wodny, że w pewnych miejscach jej wody jakby z trwogą przycichły i zawęziły swe rzeczne koryto. Szczególnie duże połacie piachu zalegały jednak w zakolach rzeki.

[Zdjęcie ze zbiorów autora (lata 50. XX w.). Rzeka Biała Przemsza w okolicach „Skałki”.]

Lasy na „Skałce” były jeszcze wtedy stosunkowo gęste i ciemne jak gdyby jaskinie, a niektóre czarne sosny były oblepione leśnymi grzybami już niemal od samych korzeni. Drzewa więc iglaste były już na ogół pozbawione od leśnego ścierniska zdrowych odrostów, a trochę wyżej sterczące natomiast gałęzie były tak niesamowicie powyginane w przeróżne strony, że sprawiały wrażenie cierpiących z bólu starców, więc skutecznie na pewnych odcinkach drogi blokowały swobodne pokonywanie lasu przez człowieka. Jednak z mozołem, by zachować swe życie skutecznie pięły się ku górze w poszukiwaniu zbawiennego dla nich światła. Las miejscami był więc tak poplątany zamarłymi odrostami, że to nie człowiek wybierał trasę marszu, lecz sterczące drzewa ukierunkowywały dalsze jego poruszanie się w tej zastygłej gmatwaninie drewnianych odrostów.

W dni gorącego lata te łachy nadrzecznego piachu były tak niesamowicie rozgrzane, że z trudem docierało się po nich do rześkiej jak podmuch powietrza rzeki. Tam już brodząc w nurtach Białej Przemszy człowiek mimo woli, chociaż na chwilę, ale jednak zapominał o troskach codziennego okupacyjnego dnia. Przypominam też sobie takie niezwykłe dni okupacyjne, gdy leżąc jeszcze mokry na plecach, na rozpostartym kocu wśród morza pachnącej zieleni, zanurzaliśmy się w marzenia o wolnej i niepodległej Polsce. Zapamiętałem takie romantyczne chwile, gdy moja mama i wiecznie zatroskany ojciec, opowiadali mi jaka nie tak jeszcze dawno temu była piękna nasza II Rzeczypospolita Polska, nasza wolna i niepodległa Ojczyzna, ale teraz już utracona. Dopiero po latach kiedy już dorosłem, to sobie uświadomiłem, że te bajkowe przedwojenne lata moi rodzice trochę jednak koloryzowali. Zapewne ku pokrzepienie swych serc, gdyż mama w tej wymarzonej Ojczyźnie, przez większość lat pozostawała jednak bez pracy. Była po prostu bezrobotną dyplomowaną nauczycielką. Ale ja wtedy byłem jeszcze dzieckiem, a te bajkowe opowieści to były przecież lekcje polskości, które miały zaszczepić na wieki, w mym nieskrystalizowanym jeszcze wtedy dziecięcym umyśle patriotyzm, dumę narodową i miłość do Boga i Ojczyzny. Te ciekawe opowieści snute były charakterystycznym tokiem myślenia, gdyż moja mama w tym samym okrutnym dla nas Polaków czasie prowadziła też jeszcze w naszym mieszkaniu przy Placu Tadeusza Kościuszki tajne, konspiracyjne nauczanie polskich dzieci. Te opowiadania o polskiej przyrodzie miały więc tak skrystalizować specyficznie moją wrażliwość na jej ukryte walory, że później gdy już dorosłem to ich piękno i romantyzm utrwalałem na płótnach malarskich i tęskniłem, by je na nowo odnaleźć. Te tereny więc, gdy już dorastałem to po 1945 roku z moim bratem – Wiesławem Maszczykiem – odwiedzałem jeszcze później wiele, wiele razy. Wtedy jednak już tę odległą trasę pokonywaliśmy nie pieszo jak dawniej, ale darowanym nam przez naszego wujka wojskowym rowerem, bydgoskiej produkcji Łucznik”. Oczywiście, że ja siedziałem wówczas na rurce, a starszy od autora o cztery lata brat jak zwykle zawzięcie tylko pedałował i jednocześnie snuł ciekawe opowieści o losach naszej kiedyś wolnej i niepodległej Ojczyzny.

****

Ostatni raz jako kawaler byłem na „Skałce” w latach 50. XX wieku, gdy penetrowaliśmy te okolice wraz moimi kolegami klasowymi z Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica w Sosnowcu w ramach lekcji z Przysposobienia Obronnego. Nauczycielem tego przedmiotu w „Staszicu” był wówczas pan Zdzisław Latosiński, brat pana dyrektora – Juliana Latosińskiego5/. Może warto w tym miejscu chociaż w kilkunastu słowach przypomnieć, że pana Zdzisława Latosińskiego, gdy jeszcze byłem licealistą „Staszica” to podstępnie wplątano w takie dramatyczne sytuacje, że zmuszony był w trybie natychmiastowym opuścić „Staszica”. Mimo, iż wtedy jego rodzony brat był dyrektorem tego liceum. Po prostu, wezwaną do „Staszica” specjalną komisję PZPR i SB, za wiedzą Wydziału Oświaty Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, poparła też wtedy pewna grupka uczniów, a wśród nich nawet jeden prymus. Czy uczniowie piszący wówczas w auli szkoły kłamliwe donosy kartkowe i przekazy ustne zdawali jednak sobie z tego sprawę jaką robią temu uczciwemu i niezwykle życzliwemu nauczycielowi krzywdę, to dzisiaj to trudno już uczciwie i merytorycznie określić. Możliwe jednak, że ich tępą głupotę i jak zwykle bałamutną „solidarność uczniowską”, tylko wówczas precyzyjnie i skrupulatnie oraz niezwykle zręcznie wykorzystano.

Strony: 1 2 3 4

Bear