Janusz Maszczyk: Wyprawy do zielonej „Skałki”…

[Zdjęcia ze zbiorów autora. …. ”Te okolice jednak szczególnie były urokliwe i niezwykle też kolorowe w słoneczne dni wiosenne, gdy pola pokrywał już żółty, aż do bólu oczu, mniszek pospolity, a posadzone przez Gwarectwo „Hrabia Renard” drzewa owocowe tonęły w kwiatach i uginały się pod ich ciężarem”…]

****

Dalsza trasa tej majówkowej wyprawy, już po pokonaniu nieogrodzonego jeszcze wówczas malutkiego i niemal rodzinnego „Pekińskiego Cmentarza”, a przypominającego do złudzenia nasze malownicze kresowe zarośnięte trawą i chwastami wschodnie nekropolie, wiodła już w zasadzie tylko klepiskową, częściowo tylko utwardzoną drogą – to dzisiejsza szumnie już określana ulica majora Henryka Hubala Dobrzańskiego. W tamtych jednak latach ta do złudzenia wiejska droga, a zwana współcześnie szumnie ulicą, wyglądała jednak zupełnie, ale to zupełnie inaczej niż jest to obecnie. Bowiem tylko w pobliżu samego „Cmentarza Pekińskiego”, przy krzyżówce ulicznej, stały wtedy samotnie jakby wymarłe, czy opuszczone już przez właścicieli dwie lub trzy chałupy. Natomiast od tego już miejsca aż do samego osiedla Klimontowskiego po dwóch stronach tej wiejskiej drogi zalegały ogromne przestrzenie uprawnych pól i niezagospodarowanych jeszcze łąk. Pobocza tego zagubionego w szczerych polach traktu bowiem nie były jeszcze tak zagospodarowane jak to jest obecnie. Ta niebawem wiekowa już trasa, a raczej stary trakt pamiętający bowiem jeszcze rżenie i stukot końskich kopyt legendarnego pułkownika Apolinarego Kurowskiego z czasów Powstania Styczniowego, gdy zdążał z dalekiej Granicy (obecne Maczki) do Sosnowic (obecny Sosnowiec), by zdobyć uruchomiony tam zaledwie kilka lat wcześniej Dworzec Główny i Komorę Celną przy Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej, był jeszcze w czasach drugiej okupacji niemieckiej (lata 1939 – 1945) cichutką, wręcz prawie wymarłą okolicą. Bowiem jedynymi pojazdami jakie wówczas od czasu do czasu pokonywały ten klepiskowy trakt, posypany tylko drobnymi kamieniami wapiennymi, były jednokonne lub dwukonne wysokoburtowe furmanki, całe aż po brzegi wypełnione czarnym jak smoła węglem oraz spotykani co jakiś tylko czas na wijącej się drodze pojedyncze osoby. Bowiem ruch samochodowy, taki jak obecnie, wówczas prawie nie istniał, poza pojedynczymi niemieckimi wojskowymi pojazdami samochodowymi, które raczej z żółwią częstotliwością pokonywały tę wymarłą trasę, niesamowicie przy tym jeszcze kopcąc, gdyż najczęściej ich paliwem był tylko gaz drzewny. Miejscowych w tamtych czasach raczej się tutaj prawie nie widywało. Każdą więc spotkaną, nawet nieznaną nam osobę pozdrawiano wtedy nie tradycyjnym zwrotem – „dzień dobry” – lecz starym polskim, jakże pięknym i romantycznym przesłaniem – „Szczęść Boże”.

W tamtych okupacyjnych czasach jak już wyżej wspominałem, ta początkowa trasa wydawała więc nam się jako cicha, ale też jednak smutna i płacząca z powodu utraty wolności. Ta dołująca nasze uczucia i psychikę okupacyjna atmosfera, w zasadzie to już dawała się nam we znaki, niemal zaraz po minięciu „Cmentarza Pekińskiego”. Tam bowiem na klimontowskich północnych rozległych łąkach w popołudniowych porach dnia, niektórzy internowani żołnierze angielscy, pilnowani przez starszych już wiekiem żołnierzy z Wehrmachtu, bardzo często grali w piłkę nożną i nieznaną nam jeszcze wtedy grę zespołową – rugby, a z kolei inni jeńcy siedzieli tylko na skoszonej trawie i im emocjonalnie kibicowali. Z tym miejscem i jeńcami angielskimi z czasów okupacji niemieckiej związany jest pewien incydent, który mógł się jednak dla naszej rodziny zakończyć niezwykle tragicznie.

Moja mama bowiem – jak pamiętam – bardzo często z ogromną tęsknotą wspominała uwięzienie przez Niemców jej rodzonego brata, Franciszka Dorosa – kapitana WP z 80. Pułku Piechoty im. Strzelców Nowogródzkich ze Słonima 4/. Widząc więc internowanych przez Niemców i grających w piłkę Anglików i siedzących w kucki obok boiska zadumanych kompanów, w pewnej chwili poczuła miłosierną potrzebę sugestywnego przekazania im pewnego gestu życzliwości i współczucia w niedoli. Może jeszcze tylko wspomnę, że ta prośba była wówczas wyjątkowo jednak nierozsądna, gdyż mama w tym czasie prowadziła już w naszym mieszkaniu przy Placu Tadeusza Kościuszki tajne konspiracyjne nauczanie polskich dzieci. Więc w każdej chwili mogła być zdekonspirowana, a w takiej sytuacji cała nasza rodzina mogła wtedy trafić w najlepszym przypadku przynajmniej za druty kolczaste do obozu koncentracyjnego. Ale jak sądzę znając doskonale psychikę mojej mamy, to dobro i życzliwość do drugiego człowieka zawsze w jej długim ziemskim życiu było normą powszechną. Stąd zapewne w jej przypadku najczęściej rodziły się wieczne kłopoty i szykany w sosnowieckim szkolnictwie oraz bieda, która się do niej i do naszej rodziny po 1945 roku przykleiła.

Powracając jednak do zasadniczego toku tematycznego. W pewnej chwili prawdopodobnie emocjonalnie więc poprosiła mnie bym – „tym uwięzionym biedakom na znak polskiej przyjaźni i otuchy” – pomachał w ich stronę ręką. Gdy tylko to uczyniłem, to ku naszemu zaskoczeniu siedzący dotąd na trawie Anglicy jakby się z letargu smutku obudzili. Bowiem nagle jeden po drugim zaczęli się podnosić z ziemi i wymachując rękami oraz rzucając w górę zdjęte okrycia ze swych głów zaczęli coś donośnym głosem w naszą stronę krzyczeć. W tej atmosferze radosnego krzyku i oklasków, grający dotąd miedzy sobą jeńcy angielscy, też przerwali grę i też coś gestykulując starali się nam krzykiem przekazać. Na interwencję umundurowanych i uzbrojonych Niemców w tym przypadku nie trzeba było więc nawet długo czekać, gdyż przy pierwszych już tylko objawach okazywanego entuzjazmu przez Anglików, dwóch z nich z karabinami zaczęło biec w naszą stronę i coś donośnym głosem wrzeszczeć. W tej sytuacji szybka ucieczka naszej rodziny prawdopodobnie uratowała nas przed poważnymi kłopotami. Na szczęście znane nam alejki „Cmentarza Pekińskiego” był wyjątkowo bardzo blisko, gdzie w pierwszej chwili dotarliśmy. Prawdopodobnie starsi już wiekiem niemieccy klawisze dotknięci do tego jeszcze zadyszką zrezygnowali więc jednak z dalszego pościgu. Dalsza więc ucieczka znanymi nam doskonale drużkami poprzez „Pekiński Kamieniołom” zmyliła niemiecką pogoń i zapewne też nas uratowała przed poważnymi konsekwencjami tego nierozsądnego, ale pełnego współczucia w ich niedoli okazanego gestu.

****

Opisywany trakt drogowy nie był jeszcze wtedy dla autora tak mozolny jak współcześnie, chociaż ciągnął się niemiłosiernie długo poprzez jeszcze piękny i malowniczy górniczy Klimontów, aż do położonego pośród lasów i pól cichego oraz jakby uśpionego Juliusza. Leżącego wtedy w mych dziecięcych oczach niemal, aż na krańcach mojego może nawet przesadnie widzianego ludnego Sosnowca. Tereny popularnie określane Juliuszowi „Skałką” były bowiem jeszcze wówczas typową enklawą wypoczynkową, zanurzoną wśród przepojonych zapachem żywicy skarłowaciałych lasów sosnowych, poprzecinane już jednak wielkimi polanami zielonych łąk i rosnącymi liściastymi drzewami oraz krzakami. Te ostatnie dziko rosnące drzewa i gąszcze krzewów szczególnie zarastały tereny przybrzeżne.

Strony: 1 2 3 4

Bear