Janusz Maszczyk: W przeszłość dymiącej huty…

Dzisiaj niestety opisywana hałda już nie istnieje. Propozycji dotyczących efektywnego zagospodarowania hałdy, krążących w kręgach intelektualnych Sosnowca było wiele. Możliwe, że niektóre propozycje były jednak nierealne, inne być może były blokowane przez pewnych osobników, nie docierały więc skutecznie na szczyty decydenckie, a konkretnie do Komitetu Miejskiego PZPR w Sosnowcu, bowiem w tych kręgach partyjnych niektórzy traktowali ją nie jako widokowy i charakterystyczny symbol miasta Sosnowca, lecz jako wizytówkę dawnego, zgniłego kapitalizmu. Przypominam też sobie, o czym już wspominałem wyżej, że jednocześnie ciągle w dyskusjach przewijały się jałowe i prymitywne pytania: jak tę wielką „górę złota” w końcu jednak wykorzystać? Pojawiały się też w kręgach intelektualnych szeptane propozycje. Oto tylko jedna z ówczesnych wizji zagospodarowania tego wprost bajkowego sosnowieckiego cacka:podobno była propozycja, by na niebotycznym szczycie hałdy wybudować piękny i rozległy taras widokowy z iluminacją świetlną i kawiarnię, z dojazdem na szczyt kabinową kolejką wysokogórską lub linową. Czy te wizje były jednak prawdziwe, czy tylko plotką? Malowniczą hałdę jednak wbrew temu od późnych lat 60. XX wieku systematycznie likwidowano. Dzisiaj po niej więc nie pozostał już żaden ślad.
Pośród miejscowej ludności pojawiały się nawet szeptane sensacje, wówczas jednak traktowane tylko plotki, jakoby ta biała żużlowa góra miała być szkodliwa dla zdrowia okolicznych mieszkańców.W każdym bądź razie oficjalnych ostrzeżeń o szkodliwości składowanego żużla nigdy w żadnej formie nie opublikowano. Nawet na obrzeżach hałdy nie stawiano też ostrzegawczych tablic. Czy wynikało to jak zwykle z organizacyjnego bałaganu, czy władze starały się ten fakt przed społeczeństwem jednak ukryć, by nie wzbudzać paniki i lawiny interwencji. Tego nie można jednak całkowicie wykluczyć, szczególnie obecnie, gdy pozyskałem dodatkowe cenne i od fachowca z tej dziedziny informacje, które poniżej publikuję.

****
Jak się okazuje w każdej niemal plotce, gdy do jej źródeł los pozwoli nam jakimś cudem jednak dotrzeć, to na ogół bywają w niej zawarte też prawdy obiektywne. Już bowiem po opublikowaniu tego niemal książeczkowego wydania na mojej stronie internetowej –www.wobiektywie2008.republika pl. – pod koniec lutego 2017 roku otrzymałem od pana Tomasza Grząślewicza bardzo cenne informacje, które z kolei on pozyskał od swojego ojca, pana Wojciecha Grząślewicza. Oto w skrócie ten bardzo cenny przekaz:
„Mój Tata, Wojciech Grząślewicz, technik budowy dróg i mostów, w latach 1965-2000 pracował w firmie, która kilkakrotnie zmieniała swoją nazwę; w omawianym okresie przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych działała jako Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Robót Drogowych (WPRD) i była jednym z odbiorców materiału z hałdy, choć nie największym. Do innych Tata zaliczył Śląskie Przedsiębiorstwo Robót Drogowych oraz PRINŻ PW Katowice; być może także Sosnowieckie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego; o udziale Haldex nic nie wie, mówił, że kojarzy tę firmę raczej z eksploatacją hałd pokopalnianych (oczywiście nie wykluczył jej udziału w rozbiórce). Według wiedzy i oceny Taty, zdecydowana większość materiału z hałdy katarzyńskiej została zakupiona przez firmy zajmujące się robotami drogowymi, a zatem został on wykorzystany do podbudowy dróg i nasypów.

Jeżeli chodzi o szkodliwość hałdy (podobnie jak innych „pamiątek” poprzemysłowych tego rodzaju), Tata nie ma wątpliwości, że była ona niebezpieczna dla zdrowia okolicznych mieszkańców, powietrza i wód gruntowych. Z uwagi na duże zagrożenie, próbki z każdej partii materiału były wysyłane do laboratoriów działających przy Politechnice Gliwickiej; istniały wprawdzie również laboratoria drogowe, ale skorzystanie w tej kwestii z usług uczelni gwarantowało większą niezależność ekspertyzy.

Dostarczone próbki były badane pod kątem zawartości zanieczyszczeń takich jak cegła z rozbiórki, spieki z żelaza (szczególnie szkodliwe dla środowiska), czy ziemia. W przypadku złej jakości materiałów, Politechnika określała w specyfikacji, że dana partia może zostać użyta wyłącznie jako podbudowa do dolnych warstw nasypów, nie zaś do budowy dróg. Następnie uczelnia wystawiała atest techniczny, a administrator hałdy sprzedawał atestowany materiał.

Tata nie jest pewien, kto dokładnie zarządzał hałdą, wyraził jednak przypuszczenie, że mogło być to Katowickie Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych (KPRI), Katowicki Kombinat Inżynierii Miejskiej (KKIM) lub Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych Przemysłu Węglowego (PRIPW).

Materiał był pobierany za pomocą ‘strzałów’ od góry hałdy, następnie przepychany spychaczami (w celu odgazowania – w przypadku użycia nieodgazowanego materiału, drogi po jakimś czasie nieuchronnie ‘pęcznieją’ i ulegają pofałdowaniu). Załadunek odbywał się przy użyciu koparek lub ładowarek. W zależności od jakości, dzielił się na tzw. ‘niesort’ z żużla wielkopiecowego (najtańszy surowiec do budowy dróg) oraz zdecydowanie droższe, frakcjonowane kruszywo używane do budowy dróg, produkcji betonu i prefabrykatów”. Koniec cytatu.
****
Jak już wyżej zasygnalizowałem, z Konstantynowem i z Powstańcami Styczniowymi, od zawsze jak tylko pamiętam, związana jest też historia kapliczki powstańczej, która tu według sosnowieckich historyków została już ponoć postawiona w 1863 roku, czyli jeszcze w trakcie trwania krwawych walk powstańczych i towarzyszącej tym patriotycznym wydarzeniom całej gamy przeróżnych represji stosowanych wobec zrywających zaborcze kajdany Polaków. Na jej temat w okresie po 1945 roku z premedytacją jednak milczano i nie dociekano też absolutnie żadnych związanych z nią szczegółów, tak jak to ma miejsce w ostatnich latach. Z tego tytułu narosło więc tyle legend i bajkowych wręcz opowieści powstańczych, przekazywanych z lubością przez autorytety wywodzące się ponoć z grona sosnowieckich historyków, że nie będę ich teraz też bez krytycznie powielał. Zastanawia mnie jednak tylko jedno. Dlaczego w okresie II Rzeczypospolitej Polski, gdy jeszcze żyli Powstańcy Styczniowi i miejscowa ludność jeszcze znała też te tereny z autopsji, przynajmniej od drugiej połowy XIX wieku, nie starano się nagłośnić i wyjaśnić historii postawienia tej symbolicznej kapliczki? Na pozyskanej w październiku 2015 roku pocztówce od redaktora portalu „Sosnowiec Archiwum”, pana Pawła Ptak, a wysłanej do nieznanej mi osoby 22 lipca 1906 roku, podobnie jak na powyższej starej pocztówce, wydanej już po 1895 roku, a pozyskanej z tego samego życzliwego źródła, kapliczka ta w tej okolicy jest absolutnie niewidoczna. Po prostu w tej okolicy, ta kapliczka w 1863 roku, za czasów zaborów Rosji carskiej bowiem w ogóle jeszcze nie istniała!

[Źródło: Paweł Ptak]
Już kilka lat temu o tym kuriozalnym fakcie wspominałem na portalu „Poznaj Sosnowiec”, którego redaktorem był wtedy pan Karol Ligęza, że w okresie zaborów Rosji carskiej nikt przy zdrowych zmysłach by nie wydał nikomu absolutnie jakiejkolwiek zgody na stawianie tego typu patriotycznych i dziękczynnych, wręcz gloryfikujących Powstanie Styczniowe pamiątkowych kapliczek, do tego jeszcze wybitnie antyrosyjskich. Z tego co wiem, to pierwsze takie kapliczki, z antydatowanym rokiem 1863 stawiano na terenie Sosnowca dopiero po jego zajęciu przez wojska niemieckie w 1914 roku. Temat dotyczący więc stawiania w Sosnowcu pamiątkowych kapliczek Powstańcom Styczniowym w okresie zaborów Rosji carskiej i związane z nimi bajkowe, wręcz nielogiczne i legendarne opowieści, wymagają więc jednak zupełnie odrębnego korygującego ten temat artykułu. Jak wyżej, niemal na wstępie zasygnalizowałem, pozyskane powyższe pocztówki od pana Pawła Ptak, są do tego jeszcze specyficznie opisane, gdyż na zdjęciach utrwalono już integralne tereny Katarzyny, a przede wszystkim Hutę „Katarzyna” i pierwsze zabudowania terenów Konstantynowa oraz fragmentarycznie z tym terenem związaną też fabrykę kotłów Fitzner i Gamper położoną na terenie Konstantynowa, a nie jak głosi umieszczony na niej napis: „Ogólny widok Sielca”. W tym bowiem już czasie tereny Sielca dla zamieszkałych tu światłych ludzi, kończyły się bowiem co najmniej około dwa kilometry stąd, przed dawnym wiaduktem kolejowym, pod którym w parowie z Kopalni „Hrabia Renard” biegła w kierunku „Wenecji” bocznica kolejowa (więcej na ten temat w artykule autora „ZAUŁKAMI NOWEGO SIELCA CZ. 1”). Ten charakterystyczny podział topograficzny tych terenów jest doskonale zresztą znany starszemu jeszcze wiekowo pokoleniu mieszkańców z Sosnowca, szczególnie tym, którzy różnymi nićmi rodzinnymi od wielu, wielu lat byli z tymi terenami zawsze uczuciowo związani.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

Bear