Janusz Maszczyk: W przeszłość dymiącej huty…

[Obok zdjęcie pochodzi z końca XIX wieku. Moi dziadkowie z rodziny mojej mamy. Babcia – Marianna (rodowe nazwisko Cichońska) i dziadziuś Wawrzyniec Doros.]

Dziadziuś, jak już wyżej wspominałem, rozpoczął pracę w Hucie Katarzyna już w 1895 roku, gdy jeszcze wokół zalegały łąki i pola, a wśród nich kryły się byle jak sklecone niskie „abisyńskie” zabudowania. Na Konstantynowie, Katarzynie i Środuli stawiano już wprawdzie pierwsze kamieniczki, ale najwyżej dwupiętrowe, o wyjątkowo mizernym wizerunku. W jednej takie jkamieniczce na Konstantynowie moi dziadkowie wynajęli mieszkanie i tak, w tej okolicy potoczyło się ich dalsze życie. W tym czasie o powstaniu miasta Sosnowca zapewne nikt jeszcze nawet nie myślał, a termin Zagłębie Dąbrowskie zaledwie tlił się w światłych umysłach jego twórców. Aby móc pracować na stanowisku kierowniczym, dziadek musiał więc najpierw jednak uzupełnić nie tylko swoje techniczne kwalifikacje, ale i poznać w stopniu bardzo dobrym język właścicieli tego przedsiębiorstwa, niemiecki, gdyż język okupanta Rosji carskiej znał już wtedy doskonale,podobnie jak wielu Polaków, którzy musieli go opanować przynajmniej w stopniu dobrym podczas nauki szkolnej. Były to bowiem lata, w których podstawową i jedyną w zasadzie mową, jaką się mogli posługiwać w szkole polscy uczniowie, był język okupanta carskiego. To warunkowe uzupełnienie niemieckiego języka i pogłębienie zawodu wybrał jednak wyjątkowo niefortunnie, gdyż z chwilą tylko pojawienia się konfliktu – wybuchu I wojny światowej – został internowany przez Niemców do pracy w koncernie stalowym Kruppa, w mieście Essen, a później przez cały kilkuletni okres I wojny światowej, wbrew swej woli, musiał dalej pracować poza swoim domem, na zupełnie obcej mu ziemi. W tym samym rozległym przedziale czasowym całkowicie osamotniona moja babcia musiała się tułać z pięciorgiem dzieci po rodzinnym Pińczowie. Dopiero pod koniec 1918 roku, gdy Polska już była wolna, dziadziuś przybył z Niemiec i wtedy już wspólnie z babcią w Sosnowcu podjęli trud dalszego wychowania swych pociech. Może niejako przy okazji jeszcze tylko wspomnę, że wszyscy wyrośli na przyzwoitych ludzi i umierali godnie z honorem, i z Bogiem, tak jak przystało Polakom, chociaż Bóg nie wszystkim podarował długowieczność. Ale to temat już tak rozległy, że wymaga odrębnego artykułu.

[Powyżej palcówka mojego dziadziusia z czasów ostatniej okupacji niemieckiej (lata 1939 – 1945). Po lewej awers, a po prawej rewers.]

Jak wspominał po latach mój dziadziuś – „przez wiele lat przebywałem w Niemczech w Essen i doskonale już wtedy poznałem niemiecką mentalność i ‘wyższe walory intelektualne’ tamtych ludzi. Niemcy prawie powszechnie mieli jednoznaczną opinię o Polakach jako o narodzie prymitywnym, zacofanym i głupim”. Niemiecki kapitał i jego właściciele, którzy już w XIX wieku tak licznie osiedlali się na ziemi zagłębiowskiej, absolutnie nie inwestowali więc w odrodzenie Polski i dobrobyt Polaków, jak to niestety wielu dzisiaj naiwnych moich rodaków sądzi, gdyż Ojczyzna nasza już wtedy od ponad stu lat nie istniała i wymazana została, tak jak i Naród Polski, nie tylko z mapy Europy, ale i mimo woli też z pamięci niemieckich przybyszy. Zresztą przy rozważaniu tego typu aspektów historycznych należy uwzględnić jeszcze jeden istotny fakt, że niemieccy fabrykanci i ludzie interesu, przybywali przecież w XIX i na początku XX wieku nie do Polski, tylko na zachodnie rubieże wielkiego cesarstwa rosyjskiego, gdyż wtedy po prostu jeszcze nikt będący przy zdrowych zmysłach nie mógł przewidzieć, iż Polska w 1918 roku stanie się wolnym, niezawisłym i do tego jeszcze suwerennym państwem. Niemieccy kapitaliści doskonale wiec sobie zdawali sprawę z tego, kto tu jest „panem”, a kto powinien być tylko „robolem”. Zamieszkujący odwiecznie te tereny Polacy i przybysze z innych stron zniewolonej jeszcze wtedy Polski mieli więc tylko służyć i w zasadzie w wielu przypadkach tylko służyli za fornala, robotnika, czy górnika dla dobrobytu niemieckich kapitalistów i Rosji carskiej. Ponieważ każdy osąd,nawet ten z pozoru najsprawiedliwszy, ma jednak też i drugie, niejednokrotnie ukryte oblicze, należy więc uczciwie też podkreślić, że w wielu przypadkach ta pozornie krzywdząca wobec nas polityka kadrowa ze strony obcych fabrykantów podyktowana też była czynnikami czysto prozaicznymi. Po prostu zdecydowana większość Polaków pukająca do bram Huty „Katarzyna” nie posiadała jeszcze wtedy odpowiedniego wykształcenia, nie znali kompletnie zachodnich języków, jak również nie posiadali odpowiednich kwalifikacji zawodowych. Takie jest też drugie oblicze tego zagadnienia.

****

W rezultacie, na stanowiskach kierowniczych i dyrektorskich zatrudniano więc tylko nielicznych Polaków, a poza tym tylko Niemców, lub osobników niemieckojęzycznych, których najczęściej sprowadzano z pobliskiego Górnego Śląska. Wśród nich byli rodowici Niemcy i nasi Górnoślązacy. Ci ostatni wprawdzie już od wielu pokoleń byli oddzieleni od swej Ojczyzny – Polski,jednak nie zatracili mowy ojczysto – pokoleniowej. Co nie oznacza, że nie potrafili się też posługiwać mową niemiecką. Pośród nich byli jednak także nieliczni osobnicy o polsko brzmiących nazwiskach, którzy podczas okupacji niemieckiej (1939 -1945) okażą swe prawdziwe, niemieckie oblicza. Niektórzy osobnicy pochodzenia niemieckiego, lub wynarodowieni Polacy, spolonizowali się już w okresie II Rzeczpospolitej. Pierwszym dyrektorem Huty „Katarzyna” został człowiek o polsko brzmiącym imieniu i nazwisku, pan Teodor Skawiński. Czy był jednak w całym tego słowa Polakiem? O tym w dalszej części tego artykułu. Tylko więc nieliczni osobnicy wywodzący się z polskiej ludności, a pochodzący głównie z miejscowych wiosek i osad oraz z dalszych rejonów Kongresówki, szczególnie z rozległego wtedy powiatu będzińskiego, a także miechowskiego i kieleckiego, byli zatrudniani, ale najwyżej na stanowiskach majstra, czy kierownika wydziału i to jeszcze po odpowiednim przeszkoleniu zagranicznym.W przekazach wspomnieniowych odnotowano też przypadki, że zatrudnienie na stanowisku dyrektorskim uzyskiwali osobnicy pochodzenia polskiego, niektórzy jednak by nie utracić intratnego stanowiska, byli do tego stopnia oddani swym niemieckim dobroczyńcom i caratowi, że grali w tej samej antypolskiej i antynarodowej orkiestrze zaborczej.

Może jeszcze tylko wspomnę, że mój dziadziuś wychowany w rodzinie głęboko patriotycznej i religijnej, w której Bóg utożsamiał się zawsze z Narodem i Państwem Polskim, nigdy nie krył swych patriotycznych przekonań i głębokich uczuć religijnych do kościoła rzymskokatolickiego. Prawdopodobnie krytyczne uwagi o nietolerancji i wrogim przez niektórych Niemców stosunku do Polaków ktoś skrupulatnie odnotował i w odpowiednim czasie „życzliwie” też doniósł do niemieckich władz fabrycznych. Tak to przynajmniej podczas okupacji niemieckiej oceniała moja rodzina, gdyż po wielu latach, będąc na stanowisku kierowniczym, już w październiku 1939 roku, gdy Niemcy pozornie nie mieli jeszcze rozeznania na tym terenie, nagle został zdegradowany i skierowany do pracy fizycznej. Podobno w trakcie poufnej rozmowy, ktoś ze środowiska niemieckiego, jego dobry jeszcze znajomy z sentymentalnych i romantycznych lat II Rzeczypospolitej Polski, dyskretnie oświadczył, że i tak „powinien się bardzo cieszyć z uratowania głowy, gdyż wszyscy doskonale dookoła wiedzą w jakim duchu zawsze wychowywał swoje dzieci, o czym może też dobitnie świadczyć skierowanie swojego syna Franciszka na zawodowego oficera Wojska Polskiego”. Jest to temat skomplikowany i rozległy, wymaga więc odrębnego opracowania.
****
Obok przedsiębiorstwa, zgodnie z ówczesnymi trendami socjalno-konkurencyjnymi, aby pracownika zachęcić do pracy w Hucie „Katarzyna”, a raczej powiązać go niewidzialnymi nićmi z prywatnym przedsiębiorstwem, niemiecki właściciel rozpoczął już w XIX wieku budowę robotniczego osiedla pracowniczego. Budynki mieszkalne ceglaste stawiano jednak głównie dla majstrów i wyróżniających się robotników. Obok huty, po przeciwnej stronie dzisiejszej ulicy Staszica, od strony wznoszonej tam żużlowej hałdy, wybudowano też dwa willowe ceglaste budynki, ale tylko dla kadry dyrektorsko – kierowniczej. Podobno w jednym z nich przez pewien okres czasu zamieszkiwali dwaj dyrektorzy z Huty „Katarzyna”, pan Teodor Skawiński i Ludwik Brandenburg. Jeden z tych willowych budynków przetrwał nawet do czasów współczesnych. Również w odziedziczonych po Gwarectwie Hrabia Renard budynkach położonych wzdłuż ulicy Staszica od strony wschodniej, z charakterystyczną zabudową z kamienia wapiennego i w ceglastych też budynkach, mieszkały pojedyncze rodziny, w których przynajmniej jedna osoba była zatrudniona w Hucie „Katarzyna”. Więcej szczegółów o katarzyńskim fabrycznym osiedlu mieszkaniowym pozwolę sobie przekazać w odrębnej już jednak publikacji. Zabudowania i hale tego sosnowieckiego giganta fabrycznego rozciągały się na kilkuhektarowej powierzchni, w kształcie nieregularnego prostokąta.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

Bear