Janusz Maszczyk: W przeszłość dymiącej huty…


[Źródło: pan Paweł Ptak. Zdjęcie pozyskane od pana Artura Babika. Widoczny wiadukt z XIX wieku i bocznica dwutorowa z Kopalni „Harabia Renard”. Zdjęcie wykonano z uliczki G. Narutowicza w kierunku uliczki Piekarskiej.]
Powyższe zdjęcie pozyskane od pana Artura Babika jest niezwykle charakterystyczne dla określenia topograficznego usytuowania ówczesnych terenów. Otóż! Fotograf utrwalił widok stojąc jeszcze w Sielcu przy widocznym parowie na ulicy G. Narutowicza, gdzie biegnie bocznica kolejowa z Kopalni „Hrabia Renard” w kierunku Wenecji. Jednak już wieża ciśnień widoczna po lewej stronie stała nie w Sielcu, ale w Nowym Sielcu, przy uliczce Piekarskiej. Natomiast sam wiadukt i uliczka Staszica po prawej stronie były już zaliczane do Katarzyny.

****
Na tej samej powyższej pocztówce, gdzie widnieje napis: „Ogólny widok z Sielca”, pozyskanej od pana Pawła Ptak, w samym rogu od dołu po lewej stronie, przy głównej bramie wiodącej wtedy na teren huty widoczny jest kilkumetrowy charakterystyczny stożkowy obelisk, czy pomnik w formie wysokiego smukłego słupa. Ten stożkowy obiekt pokryty jest prawdopodobnie jasną zaprawą cementową, lub w całości wykonano go z litego, czy spajanego kamienia. W górnej jego części, już po powiększeniu rozmiarów pocztówki jest jeszcze wyraźnie widoczny wyryty krzyż równoramienny. Natomiast już poniżej krzyża jest jeszcze widoczny, trudny jednak obecnie do rozszyfrowania symboliczny odlew, prawdopodobnie wykonany z metalu. Natomiast na murze Huty „Katarzyna”, po prawej stronie tego postumentu, zawieszona jest znacznej wielkości tablica, z solidną szeroką ramą. Prawdopodobnie opisywany postument niemieccy właściciele Huty „Katarzyna”, tak jak to czyniło wtedy wielu właścicieli kopalń, hut i fabryk, poświęcili carycy Katarzynie II Wielkiej, i związany jest z uruchomieniem huty jej imienia.

[Artykuł „Polonia” z środy 22 czerwca 1938 roku pozyskałem od mojego przyjaciela, pana Janusza Szaleckiego.]
Jak wynika z powyższego artykułu, wydanego przez katowickie czasopismo „Polonia”, „usunięcie kompromitującego szyldu z bramy Huty ‘Katarzyna”, nastąpiło jednak dopiero wiele, wiele lat później, gdyż dopiero w 1938 roku. Przepraszam za operowanie w tym przypadku wyjątkowymi skrótami myślowymi, ale temat jest bardzo obszerny, gdyż ówczesna brama wjazdowa na teren huty i stojąca obok portiernia, były nie tylko symbolicznie, ale nawet i tragicznie związane z wypadkami z 9 lutego 1905 roku, gdyż doszło tam do krwawych porachunków żołdaków rosyjskich ze strajkującymi Polakami, po stronie których byli zabici i ranni. Co jest jednak w tym wszystkim niezmiernie ciekawe i zastanawiające? Ano to, że przez dziesiątki lat w wolnej już i niepodległej oraz suwerennej Polsce, bowiem od 1922 roku, na murach portierni wisiała pamiątkowa płyta pamięci z imiennymi nazwiskami zamordowanych tam 9 lutego 1905 roku Polaków. Jej twórcą był Cezary Zefiryn Uthke, wielki polski patriota, który zmarł śmiercią męczeńską 26 maja 1944 roku w niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym KL Auschwitz. Po wielu latach okazało się jednak, że nazwiska zamordowanych Polaków 9 lutego 1905 roku ustalono wyłącznie w wyniku przeprowadzonych wywiadów środowiskowych, nie dokonując nigdy ekshumacji Polaków pochowanych na cmentarzu zagórskim. Jakim więc sposobem ustalono tę opublikowaną listę poległych? Tematyki liczby rannych w tym przypadku Polaków nie staram się nawet poszerzyć w tym miejscu, gdyż ludzie w wielu przypadkach z przeróżnych powodów nie podają prawdy obiektywnej, tylko aby zaistnieć na kartach historii, koloryzują fakty, a nawet składają fałszywe świadectwa. Pikanterii dodaje jeszcze fakt, że przez kolejne lata, bowiem aż do 1938 roku, obok siebie wisiały dwie płyty. Jedna, o której już wspomniałem, poświęcona pamięci narodowej poległych tam Polaków i druga dziękczynna, poświęcona z kolei carycy rosyjskiej, napisana do tego jeszcze cyrylicą. Podobno, jak wspomina pan Stanisław Andrzej Radek, wojsko rosyjskie do huty sprowadził jej pierwszy dyrektor pan Tadeusz Skawiński, który nawet „sam osobiście – razem z carskimi żołnierzami – strzelał do tłumu z rewolweru……[…]…..Bezpośredni sprawca i uczestnik tego potwornego mordu, łotr Skawiński uciekł natychmiast zagranicę”. W tej masakrze strajkującego tłumu Polaków podobno brał udział jako dowódca carskiego wojska także drugi Polak – kapitan Antonowicz (imię?) 9/. Kolejnym po panu T. Skawińskim dyrektorem Huty „Katarzyna” ponoć miał zostać pan Ludwik Brandenburg, tym razem pochodzenia pruskiego.

[Źródło: pan Janusz Szalecki. Zdjęcie pozyskano z archiwum prywatnego sosnowieckiego księdza dr Mikołaja Dziewiatowskiego. Na zdjęciu pani Maria Brandenburg i jej małżonek Ludwik Brandenburg.]

[Źródło: pan Grzegorz Onyszko.
Na zdjęciu pan Ludwik i Maria Brandenburg. Na palcu prawej dłoni widoczna obrączka ślubna. Zdjęcie pod względem technicznym udoskonalił pan Henryk Dorman.]
Postać kolejnego dyrektora Huty „Katarzyna” jest jednak tak niesamowicie tajemnicza, że obecnie mimo woli trudno jest dociec prawdy obiektywnej. Niektórzy bowiem podają, że dyrektorami w tej hucie byli nawet dwaj panowie o nazwisku Brandenburg. Pan Ludwik Brandenburg, dyrektor Huty „Katarzyna”, z tego co słyszałem od moich dziadków, mieszkał koło huty, w jednym z ceglastych willowych budynków położonych przy obecnej ulicy Staszica (od strony hipermarketu „Plejada”). Ponoć został przez ciężko postrzelony Organizację Bojową, Frakcję Rewolucyjną PPS, o czym zresztą oficjalnie poinformował 5 stycznia 1907 roku dziennikarz z „Gońca Częstochowskiego”.
Z kolei pan St. Andrzej Radek w tym samym wydaniu książkowym (patrz bibliografia i przypisy, pkt. 2 i 9) na stronie 74 i 100 pisze tak: „ Nie skorzystali z tego ostrzeżenia inni i zostali następnie zabici – dyr. Huty „Katarzyna” Brandenburg i fabrykant Szen” (przyp. autora: pismo zgodne z oryginałem). To podziałało. Inni fabrykanci stali się teraz ostrożniejsi w powoływaniu wojska przeciwko robotnikom, jako ‘arbitrażu’ w zatargach ekonomicznych, czy administracyjnych. Zresztą stając do krwawej rozprawy z najeźdźcą, chcąc sobie wywalczyć wolność polityczną i niepodległość kraju, robotnicy byli zmuszeni zabezpieczyć ‘tyły’ frontu walki i nauczyć kapitalistów, że w zatargach fabrycznych nie może być rozjemcą bagnet, czy kozacka nahajka….[…]… Stanisław Czaja, bojowiec od 1906 roku. On zabił szpicla Mirowskiego, brał udział w zamachu na dyrektora huty ‘Katarzyna’, Brandenburga”…
Jak się okazuje, w przestrzeni publicznej funkcjonują jednak dwie, sprzeczne ze sobą informacje. Pan St. Andrzej Radek podaje, że dyrektor Huty „Katarzyna” pan Brandenburg został zabity, a z kolei „Goniec Częstochowski (z 5 stycznia 1907 roku) informuje, że pana Brandenburga po postrzale „w stanie prawie beznadziejnym odwieziono rannego przez Modrzejów do szpitala w Katowicach”. Jak się jednak okazuje, pytań jest jeszcze więcej. Oto tylko niektóre z nich. Dlaczego ciężko rannego dyrektora Huty „Katarzyna”, w chwili gdy o jego dalszym życiu decydowały już tylko minuty, nie przewieziono natychmiast wtedy do położonego opodal szpitala na Pekinie, lub do Sielca, czy choćby na „Lepianki” na Pogoń, tylko pokonywano tak odległą i wyjątkowo męczącą, wręcz karkołomną jak na tamte czasy, pełną dziur i kolein trasę? Logiczna odpowiedź w tym przypadku może być tylko jedna. Możliwe, że obawiano się, że w tych sosnowieckich szpitalach bojówki z Frakcji Rewolucyjnej PPS ponownie zaatakują rannego dyrektora.
Jako ciekawostkę pozwolę sobie jeszcze przekazać dalszą informację. Otóż! Podobno małżonka pana Ludwika Brandeburga była rosyjską arystokratką urodzoną w Jałcie i zmarła na atak serca w czasie I wojny światowej. Jej grobowiec o niezwykłym architektonicznym wystroju znajduje się na cmentarzu prawosławnym w Sosnowcu, przy uliczce Smutnej.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

Bear