Janusz Maszczyk: W oparach dymów i gwiżdżących parowozów

[Zdjęcie 17A – Źródło: Pan Henryk Dorman. Ulica Główna (obecnie ulica 3 Maja).

Po lewej stronie okolica dawnego kina „Zagłębie” i restauracji oraz kawiarni Savoy.]

[Zdjęcie 17B – Źródło: Pan Paweł Ptak.

Dworzec kolejowy i niekończący się las drewnianych płotów.]

[Zdjęcie nr 18. Źródło: Pan Paweł Ptak. Ulica Główna oddzielona drewnianymi płotami od Dworca Kolejowego Warszawsko – Wiedeńskiego.]

     Jeden z takich to właśnie bałaganiarskich rozjazdów kolejowych ciągnął się więc nawet od Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej, poprzez same centrum dzisiejszego miasta Sosnowca. I to jeszcze do tego środkiem dzisiejszej ulicy Warszawskiej. Z kolei naprzeciw gwarnej i kupieckiej już wtedy ulicy Modrzejowskiej postawiono nawet drewnianą budkę dróżnika oraz szlaban, który nawet „mechanicznie” był podnoszony i opuszczany sznurkiem, co doskonale widać na starej poniżej prezentowanej pocztówce (zdjęcie nr 20). Ten sam dosłownie motyw autor wiernie prezentuje też powyżej, który widnieje na rysunku, na samym początku tego artykułu. Pierwsze jednak strzeżone przejście poprzez tory „bocznicy niweckiej” – jak ta bocznicowa trasa kolejowa wówczas była powszechnie zwana – wraz z podobną jak przy ul Warszawskiej budką dróżnika i szlabanami, mieściło się przy ulicy Głównej, mniej więcej w okolicy dzisiejszej ul. Małachowskiego. Poprowadzona przez władze carskie poprzez centrum miasta bocznica kolejowa, zwana nie tylko popularnie ale i urzędowo – „bocznicą niwecką” – stworzy więc mimo woli wizualny bałagan i ogromne też kłopoty komunikacyjne w tej okolicy oraz doprowadzi też do poważnego zagrożenia mieszkańców, szczególnie tych z okolicznych kamienic, gdzie przebiegała ta kuriozalna trasa kolejowa. Proszę bowiem sobie tylko wyobrazić, że tę kolejową trasę pokonywały w ciągu tylko jednego dnia przynajmniej dwukrotnie sznury towarowych wagonów. W kierunku Niwki puste, a z powrotem już po same burty załadowane węglem. Jakby nie dość było tych dolegliwości, to jeszcze tą uliczną w sercu miasta trasą dostarczano do kopalń w Niwce ogromne tony pisaku zamułkowego oraz obudowy drewnianej chodnikowej („stemple” „filarówki”, „okorki”, itd.,itp) i przeróżne akcesoria oraz maszyny potrzebne do pracy, nie tylko pod ziemią, ale i na powierzchni niweckich kopalń. Podobno więc dzisiejsza piękna uliczka Warszawska była wtedy tak potwornie zadymiona i wibracyjnie rozdygotana od przetaczających się wagonów i sapiącego dymem i parą parowozu, że trzęsły się nie tylko jak w febrze same budynki, ale i wyposażenia czynszowych mieszkań. A z kolei nasycone dymem mieszkania i korytarze kamienic jeszcze długo, długo, niemal wiecznie, po przejeździe takiego transportu kolejowego, trzeba było jeszcze skutecznie wietrzyć i nasączać w miarę świeżym powietrzem. Pamiętajmy też o tym, że były to jeszcze lata gdy choroby płucne zwane wtedy gruźlicą były w zasadzie nieuleczalne. Jednym znanym zalecanym więc wtedy antidotum przez sosnowieckich lekarzy, były wtedy uzdrowicielskie wyprawy na letniska, do okolicznych żywicznych lasów i nasyconych słońcem piasków. Jednak i na takie zdrowotne eskapady nie wszystkich było wtedy stać.

     Co jest jednak kuriozalne i wielu współczesnym mieszkańcom tego miasta absolutnie nieznane? Ano to, że ta zawalidrogowa bocznica niwecką zostanie dopiero usunięta z ulicy Warszawskiej pomiędzy rokiem 1925, a 1928, gdy prezydentem miasta Sosnowca zostanie działacz patriotycznej Polskiej Partii Socjalistycznej (przyp. autora: – w czasie okupacji niemieckiej PPS –WRN) pan Aleksy Bień, co jednoznacznie wynika ze „Sprawozdania z działalności socjalistycznego Magistratu m. Sosnowca za okres 1925 -1928”. Rozjazdy były wtedy tak bałaganiarsko rozległe, że nawet wciskały się z Dworca Południowego do dzisiejszej ulicy Kościelnej 3/. W tym samym czasie część zresztą ulicy Modrzejowskiej, a raczej jeszcze klepiskowej wtedy drogi i niemal cała okolica Dworca Południowego tonie jeszcze w żywicznym powykrzywianym jak starzec lesie sosnowym. Szczątki tego starego, dziewiczego sosnowego lasu – jak doskonale jeszcze pamiętam -zachowają się przy ulicy Kościelnej, obok Szkoły Podstawowej nr 4 do lat końcowych 50. XX w. i będą przez starych mieszkańców Sosnowca zwane „Laskiem sosnowieckim”. Dzisiaj to pojęcie topograficzne współcześnie urodzonym już jednak absolutnie nic nie mówi. I to z wielu powodów. Głównie – gdyż wycięto tam już co do jednego pnia wszystkie sosnowe drzewa.

[Powyżej fragment mapy z 1891 roku – Sosnowice. Opisywana wyżej tak zwana „niwecka bocznica kolejowa” jest na tej mapie już widoczna (oznaczona nr 3). Ciągnie się od Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej, poprzez centrum Sosnowca, aż do ówczesnych kopalń w Niwce. Oznaczenia: 1 – Dworzec Główny, 2 – Kościółek Kolejowy, 3 – ul. Małachowskiego, 4 – ul. Modrzejowska, 5 – ul. H. Sienkiewicza, 6 – ul. J. Piłsudskiego, 7 – Dworzec Południowy.]

[Zdjęcie nr 20. źródło: www.wikizaglebie.pl

Wyżej wymieniona odnoga „niweckiej bocznicy kolejowej” oraz przejście dla pieszych poprzez skrzyżowanie ulic: Warszawskiej i Modrzejowskiej; po prawej stronie niewidoczna ulica Modrzejowska.]

****

     Podobno jak to niektórzy współcześni pisarze i historycy koloryzują na kartach swych wydawnictw publicystycznych, już w tym czasie i jeszcze później w XX wieku za czasów zaborów Rosji carskiej, powstają w Sosnowcu niczym grzyby po deszcze piękne i wytworne kawiarnie oraz nasycone zapachem drogich cygar restauracje, eleganckie hotele, pracownie i atelier fotograficzne. A po ulicach paradują już eleganckie panie odziane w awangardowe francuskie kreacje, i towarzyszą im wykwintnie ubrani, i kulturalni mężczyźni. To jednak w swych bajkowych opisach zapominają o jednym. Aby te sosnowieckie eldorado herbaciano – kawiarniane można było pokonać w dni słotne główną klepiskową ulicą Główną jaka się wtedy ciągnęła w pobliżu stojącego tu już od 1859 roku pięknego dworca kolejowego (dzisiejsza ul. 3 Maja), to sosnowieckie elegantki zmuszone były jednak tonąć po kostki w potwornym zalegającym tu niemal wszędzie błocie. A samo tylko pokonanie dawnego wzniesienia (dzisiejsza ul. J. Piłsudskiego) i głównych torów Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej – jak wielokrotnie w naszej rodzinie wspominano – zanim powstanie tu w okresie II Rzeczypospolitej Polski z prawdziwego zdarzenia wiadukt kolejowy, to w dni słonecznego i parnego lata, wymagało niezwykłej ekwilibrystyki. Bowiem totalny kurz po przejeździe każdego transportu kolejowego wciskał się nieubłaganie, nie tylko w oczy i do włosów, ale we wszystkie zakamarki ubrania. I unosił się w powietrzu niczym mgławica przez nieskończenie długi jeszcze okres czasu. Natomiast prawdziwą już drogą przez mękę było pokonanie tego wzniesienia suchą nogą w porze deszczowej. Przechodnie musieli bowiem wtedy dokonywać wyjątkowej wprost nie do opisania żonglerki. Wiele więc miejscowych modniś i eleganckich panów – jak wspominali to moi dziadkowie i moja mama – zanim wyruszyło w miasto, czy na pogawędki towarzyskie do kawiarni, a raczej tradycyjnie do herbaciarni, czy nawet w odwiedziny do swych znajomych, czy bliskich z rodziny, o czym się dzisiaj nie wspomina, to nosiło wtedy ze sobą specjalną ściereczkę i szczotkę, by oczyścić zakurzone lub zabłocone miejsca na ubraniu. Inni z kolei mieszkańcy, a była ich zdecydowana większość, raczej w wiecznej pogoni za pracą i pogrążeni myślami jak nędzną pensją wyżywić swą rodzinę, na takie niuanse estetyczne już raczej zbytnio nie zwracali uwagi. Tak zwany „Tunel katowicki” na ulicy J. Piłsudskiego, którego drążenie rozpoczęto w 1927 roku zostanie bowiem dopiero uruchomiony w 1932 roku. Warto więc i o tym pamiętać. Oj warto.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Bear