Janusz Maszczyk: Uliczkami i zaułkami Konstantynowa

Natomiast kilkadziesiąt metrów już poniżej tego szlabanu, w stojącym obecnie budynku Liceum Ogólnokształcącego im. Walentego Roździeńskiego już na terenie Konstantynowa przy ulicy Stanisława Staszica, podczas okupacji niemieckiej (1939 – 1945) był wojskowy niemiecki szpital. Funkcjonował jeszcze w 1944 roku. Również i ten szpital – jak pamiętam – był całodobowo strzeżony przez umundurowanego z karabinem żołnierza niemieckiego (formacja wojskowa?). Kilka też razy widziałem, jednak z oddali, jak przed tym szpitalem stały grupki umundurowanych Niemców (formacja wojskowa?). Jednak wówczas się nawet nad tym absolutnie nie zastanawiałem, co było powodem ich tak licznego zgrupowania w tym konkretnym miejscu. Czy również w murach tego budynku esesmani i policja mieli tam też swoją stałą siedzibę? Czy byli to raczej tylko Niemcy, którzy odwiedzali w tym szpitalu swoich bliskich i znajomych?

[Zdjęcie autora z 2020 roku. Końcowe już fragmenty Konstantynowa. Zdjęcie utrwalone od strony Środuli i ceglastej Szkoły Podstawowej nr 16. Po lewej stronie obecne Liceum Ogólnokształcące im. Walerego Roździeńskiego. Natomiast w okresie okupacji niemieckiej w tym budynku mieścił się niemiecki wojskowy szpital. O ile mnie pamięć jednak nie zawodzi, to pewien fragment z tego budynku został dopiero dobudowany po 1945 roku. Po lewej natomiast stronie widoczny fragmencik dawnej fabryki W. Fitzner i K. Gamper.]

[Zdjęcie z października 2020 roku. Ostatnie fragmenty Konstantynowa. Poza widocznym tramwajem porosły kolorowym drzewostanem opisywany przez autora skwer, na którym podczas okupacji niemieckiej Ukraińcy z organizacji TODT budowali ponoć schron przeciwlotniczy.]

Może warto jeszcze przypomnieć o jeszcze innym jak mi się wydaje ciekawym też epizodzie z tamtych lat. Pomiędzy dawną fabryką W. Fitzner i K. Gamper oraz obecnym Liceum Ogólnokształcącym i. W. Roździeńskiego oraz dawnym jeszcze ceglastym budynkiem, a przeznaczonym dla kolejarzy bocznicowych wraz z ich rodzinami z wymienionej już fabryki, rozciąga się na sporym terenie skwer. Obecnie ten skwer jest porosły trawą, barwnymi kwiatami i ozdobnymi też krzewami oraz znacznie rozrośniętymi już drzewami. Przez ten skwer poprowadzono też obecnie alejki ze schodami. Na tym skwerze widoczne są też jednak nieregularnie rozmieszczone kopce. Niektóre z nich zostały już zniwelowane w latach 60. – 70. XX wieku. Z tym skwerem związana jest też niezmiernie ciekawa historia. Otóż i ona. W roku 1944 cywile ukraińscy z organizacji niemieckiej TODT, wśród nich były też kobiety, na tym gołym jeszcze wtedy skwerze, ponoć budowali schrony przeciwlotnicze. Przynajmniej taką pozyskaliśmy wtedy od nich z moim bratem informację. Te schrony przeznaczone były głównie dla pracowników z pobliskiego wojskowego szpitala i fabryki, aby w trakcie nagle ogłaszanego alarmu przeciwlotniczego mogli się schronić w ich wnętrzach, by nie ulec rażeniu w wyniku ewentualnego ataku bombowego dokonywanego przez pojawiające się już wówczas coraz częściej na sklepieniu niebieskim – samoloty alianckie. Oczywiście, że głównie miały służyć Niemcom przebywającym w tych zabudowaniach. Byłem wtedy z moim starszym bratem, Wiesławem Maszczykiem (rocznik 1933), pasażerem jednej z furmanek ukraińskich z organizacji TODT, które transportowały z Nowego Sielca na ten skwer budulec. Ukraińcy z tej organizacji kradli bowiem wtedy z terenów placu kościelnego w Nowym Sielcu wapno. Jeszcze wtedy kościół Niepokalanego Poczęcia NMP był niewykończony (zostanie udostępniony dopiero w latach 50. XX w.), a na rozległym placu kościelnym oraz w szopie przy drewnianej bramie zgromadzone były ogromne wprost ilości przedwojennego jeszcze materiały budowlanego. Ukraińcy nie wiem dlaczego ale szczególnie jednak zainteresowali się tylko wapnem, które jeszcze wówczas leżakowało w ogromnych ilościach w specjalnie wykopanych i wyprofilowanych przez Polaków dołach jeszcze w okresu II Rzeczpospolitej Polski. To kradzione wapno jedni Ukraińcy ładowali do ogromnych pojemników, które były później przewożone na ich furmankach. A inni po prostu niewrzucali je do pojemników, tylko bezpośrednio na drewniany spód do furmanek. Ta furmanka na, której ja z bratem wtedy jechałem ciągniona była przez konia z charakterystycznym kresowym hołoblem. Na stosunkowo wąskiej furmance z samego przodu, na desce siedział z batem woźnica a obok niego otulona w koc kobieta. Nas natomiast – chyba w nagrodę za wskazanie tego wapna – z bratem usadowiono w tyle na worku z sianem. I w taki oto sposób odbyliśmy z bratem nieprzewidzianą dla nas podroż, trzęsącą się po „kocich łbach” ukraińską furmanką. Czy jednak na tym skwerze faktycznie jednak wtedy budowano schrony i czy się tam jednak jeszcze pod ziemią znajdują, to tego oczywiście, że nie wiem. Pytani przeze mnie w październiku 2020 roku przechodnie też nie wiedzieli, a nawet sprawiali wrażenie jakby ta tematyka był dla nich zjawiskiem księżycowym. Jednak ciągnące się na tym skwerze charakterystyczne wzniesienia w formie podłużnych kopców, podobne są zresztą do tych z Katarzyny, gdzie są też pod ziemią ukryte jeszcze do współczesnych lat dawne poniemieckie tunele schronów, mogą świadczyć o tym, że również i na tym konstantynowskim skwerze mogą się pod warstwą ziemi też jednak jeszcze znajdować ukryte tunele schronowe.

****

Biedny i zapomniany przez bogatych ludzi i administrację miejską Konstantynów, to jednak patriotyczna dusza i serce mojego Sosnowca. Widoczna poniżej kapliczka z 1863 roku na pewno jest więc poświęcona pamięci naszego jakże tragicznego Powstania Styczniowego. Niestety ale istnieje jednak kilka wersji związanych z jej historią powstania w tym miejscu. Która z nich jest jednak prawdziwa?

Tutaj też, bowiem zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej od tej kapliczki, u samych już jednak bram dawnej Huty „Katarzyna”, carskie wojsko w 1905 roku dokonało masakry strajkujących Polaków. Jak potrafią jednak być zagmatwane konstantynowsko – katarzyńskie losy polskiej historii, to może o tym świadczyć nawet z pozoru błahy fakt. Liczba zamordowanych strajkujących robotników w Katowicach w latach 80. XX wieku koło Kopalni „Wujek” była znacznie mniejsza niż ta koło katarzyńskiej bramy z 9 lutego 1905 roku, nie mówiąc już o ciężko rannych, którzy później zmarli w szpitalach lub w swoi domach 9/. Ale katowicka tragedia corocznie i niezwykle uroczyście czczona jest nie tylko przez władze lokalne z Katowic, ale nawet i przez władze państwowe. Natomiast katarzyńska tragedia z 9 lutego 1905 roku jakby nieśmiało tylko na skalę lokalną. Nie szukajmy jednak znowu winnych daleko poza rogatkami naszego Sosnowca. Raczej zastanówmy się jak tę tragedię poprzez profesjonalną promocję ponownie przypomnieć Polsce!

O bohaterstwie Sosnowiczan i przelanej krwi za Ojczyznę powinniśmy bowiem nie tylko zawsze pamiętać, ale w miarę możliwości przekazywać też młodemu pokoleniu prawdę o tych nieludzkich i zaborczych dniach. Bowiem wolności i suwerenności nikt nigdy i nikomu nie podarował na wieczność…

Strony: 1 2 3 4 5 6

Bear