Janusz Maszczyk: TROPAMI „WYGWIZDOWA” – poprzez „Wenecję” w kierunku uliczki Gampera i Placu Tadeusza Kościuszki

* * * *
Obok dawnej „Nastawni semaforów” od strony „Wenecji”, a później też strzeżonego przejścia, zaledwie kilka kroków dalej od strony uliczki Gampera, było jeszcze wtedy drugie też strzeżone całą dobę przejście dla pieszych, które prezentuję poniżej na zdjęciu z 2007 roku. To drugie, na styku z uliczką Gampera, wiodło poprzez tory dwóch bocznic kolejowych jakie się tu już ciągnęły od XIX wieku, z Huty „Katarzyna” i z Kopalni „Hrabia Renard”.

[Zdjęcie z 2007 roku. W widocznym po lewej stronie gąszczu krzewów, stał przez dziesiątki lat, od XIX wieku, aż co najmniej po lata 50. XX wieku ceglasty „Domek dróżnika”. Ten sam co utrwalony został na poniższej pocztówce, a opisanej jako „Sosnowiec Huta ‘Katarzyna” z odręczną adnotacją daty – „16.12.1931”). Szlabany natomiast były umieszczone po lewej i prawej stronie przejścia przez tory kolejowe. Po prawej uliczka Gampera, a po lewej, zaledwie kilka kroków dalej, było opisywane wyżej przejście do „Wenecji”, a w drugą stronę w kierunku Placu Tadeusza Kościuszki, ciągnęła się już tylko aleja.
Po prawej stronie jeszcze zachowały się szyny starej bocznicy kolejowej z Huty „Katarzyna”, a po lewej z Kopalni „Hr. Renard”, a później KWK „Sosnowiec”. W oddali transport wagonowy był dopiero zespalany z główną linią kolejową.]
Ta budowla z okresu mojego dzieciństwa i lat młodzieńczych jest częściowo widoczna na poniższej pocztówce, w samym rogu po prawej stronie, przy węglarkach. Na tej samej unikatowej dla autora pocztówce z okresu II Rzeczypospolitej Polski, pozyskanej od pana Pawła Ptak, po lewej stronie utrwalono fabrykę „Fitzner i Gamper” i wysoki niczym komin piec wapienny, a po prawej już stronie potwornie jeszcze wtedy dymiącą Hutę „Katarzyna”. W głębi widoczne jeszcze ceglaste mury jakimi była wtedy otoczona wąziutka uliczka Gampera (obecnie uliczka Fabryczna). Powracając jednak do „Domku dróżnika” i tej lokalnej już tylko bocznicy kolejowej.
[Źródło: Sosnowiec Archiwum, pan Paweł Ptak.]
„Domek dróżnika” przy uliczce Gampera stał już od XIX wieku i obsługiwał dwie zakładowe bocznice, bowiem już w latach 1881- 1883 położona zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej Huta „Katarzyna” pociągnęła od fabryki szyny kolejowe, które kilkadziesiąt metrów dalej połączone były z torami Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej. Natomiast w roku 1886 z odległego Sielca, Kopalnia „Hrabia Renard” również połączyła się za pomocą bocznicy z Drogą Żelazną Warszawsko – Wiedeńską. Pod renardowską bocznicę podczepiono też jeszcze dodatkowo po 1904 roku tory z browaru z Nowego Sielca, a w 1904 roku, po tych samych torach eksportowano też jeszcze sztuczny lód z nowouruchomionej fabryczki z tego samego browaru. Te dwie martwe już obecnie bocznice zdążyłem jeszcze jakimś cudem utrwalić na poniżej prezentowanym zdjęciu w 2007 roku.

[Zdjęcie z 2007 roku, wykonane z tego samego dosłownie miejsca jak powyższe, tylko w kierunku daleko położonego Sielca.
Jeszcze widoczne ślady po dawnych dwóch bocznicach zakładowych. Ta po lewej stronie to jeszcze dawna bocznica z Huty „Katarzyna”, a ta po prawej to kiedyś długa na kilka kilometrów bocznica ciągnąca się od Kopalni „Hrabia Renard” i browaru. W tyle już widoczna nowo wybudowana hala fabryczna Huty im. M. Buczka (dawna Huta „Katarzyna”), a kilka kilometrów dalej była KWK „Sosnowiec” (dawna Kopalnia „Hrabia Renard”).]
Jak się okazuje, ruch wagonów był ogromny i z każdym rokiem nawet wzrastał. Podobnie jak wzrastały też z każdym rokiem niepomiernie tłumy pędzących do pracy i z pracy robotników i urzędników, którzy te dwa obok siebie leżące przejścia pokonywali. Jedni bowiem pędzili do pracy do Huty „Katarzyna”, inni do „Fabryki Budowy Kotłów W.Fitzner i K.Gamper”, jeszcze inni do przędzalni czesankowej Schoena i fabryczki „Siła” na Środulkę, a byli też i tacy co tę trasę pokonywali na skróty do „Rurkowni Huldczyńskiego” oraz do wielu, wielu jeszcze innych mniejszych zakładzików pracy. Jak się okazuje, ruch w tym zakątku ziemi był wówczas przeogromny. Może warto podkreślić fakt, że dzisiaj panuje tu dudniąca w uszach diaboliczna cisza, gdyż prawie wszystkie wymienione zakłady pracy prawie na amen zamilkły, a niektóre nawet zlikwidowano. Nie wiem, dlaczego ale ta cisza, mnie jako już emeryta z 45-letnim stażem pracy w czasach PRL jednak dziwnie przeraża i zadaje też mimo woli liczne pytania.

* * * *
„Domek dróżnika” był parterowy, ceglasty, o charakterystycznym, skośnym, pokrytym papą dachu, z jednymi tylko wąskimi, ale dwuskrzydłowymi drzwiami wejściowymi i wiecznie kopcącym kominem. Zamieszkiwał w nim nie tylko sam dróżnik, ale cała też jego wielodzietna rodzina. Ta budowla była położona po lewej stronie w widocznych rosnących tam obecnie bujnie dzikich krzakach i drzewach samosiejkach. To przejście utrwaliłem na jednym z powyższych zdjęć z 2007 r.
Przejście dla pieszych poprzez szyny tych dwóch zakładowych bocznic od zawsze zabezpieczone było z dwóch stron stosownymi i typowymi wówczas korbowodowymi szlabanami, podnoszonymi i opuszczanymi ręcznie przez dróżnika, lub przez jego małżonkę. Korbowód był usytuowany obok „Domku dróżnika”. Tę prostą czynność, traktowaną jednak zawsze jak uroczystą ceremonię, widywałem setki razy. Już w trakcie opuszczania szlabanów od strony ręcznego korbowodu zawsze dochodził do mych uszu charakterystyczny ostrzegawczy sygnał o zbliżaniu się parowozu przetokowego z wagonami. Już w czasie okupacji niemieckiej, aby znacznie przyspieszyć transport kolejowy, zrezygnowano już jednak całkowicie z charakterystycznego sapiącego z wysiłku parowozu przetokowego, a korzystano już tylko z dalekobieżnego parowozu, który po obładowane wagony jechał torami bocznicowymi aż do samego celu, czyli na leżący opodal teren huty, a w drugim przypadku do znacznie dalej położonych zabudowań kopalni i browaru. Ponoć w tym „Domku dróżnika” od zawsze zatrudniona była polska rodzina. Taka przynajmniej opinia funkcjonowała w naszej rodzinie. Podstawowym zadaniem dróżnika z tej ceglastej budowli było więc w zasadzie nie tylko samo nadzorowanie bezpiecznego przejścia przez bocznicowe tory, ale również koordynowanie wtaczania pustych wagonów i wytaczania obładowanych już towarem wagonów do głównej linii kolejowej. Ten „Domek dróżnika” już jednak nie istnieje.
* * * *
Z tą kolejową budowlą jest też związana ciekawa historia, bowiem sięgająca jeszcze czasów zaborów Rosji carskiej. Jak wspominał to często mój ojciec, to w okresie zaborów, tajna policja carska „Ochrana” miała niezmiernie szeroko rozbudowaną sieć donosicieli, szpiclów i płatnych konfidentów. Nawet dozorcy i stróże, co było w Sosnowcu niezwykle charakterystyczne, siedzieli więc przed budynkami na stołeczkach, czy skleconych drewnianych pieńkach, i pilnowali skrzętnie do kogo obcy ludzie wchodzą. A później skrupulatnie systematycznie składali meldunki do Ochrany. Zresztą o identycznej konfidenckiej historii w Sosnowcu w swych dziennikach pisze też Marszałek Józef Piłsudski. Podobnie zresztą z usług przeróżnych „kapusiów” podczas okupacji niemieckiej korzystało też Gestapo i Kripo, a takich przecież szpicli wtedy też nie brakowało. Do tego gremium należy jeszcze zaliczyć porządnych na co dzień ludzi, ale już całkowicie złamanych w czasie gestapowskich krwawych tortur i „sypiących” wtedy innych. Ojciec, pamiętający więc doskonale jeszcze czasy zaborów carskich, zawsze gdy tylko się zbliżaliśmy do tych dwóch „Domków dróżnika” w czasie okupacji niemieckiej (1939-195), ostrzegał nas, by w tym rejonie całkowicie zamilknąć, gdyż „licho nigdy nie śpi, tylko czeka na naiwnych i gadatliwych ludzi”. Rodzinę dróżnika wprawdzie znał stosunkowo dobrze, przynajmniej tak mu się wydawało, więc bardzo często gdy to przejście przekraczaliśmy, to ich nawet zawsze uprzejmie pozdrawiał. Najczęściej widywaliśmy ich w chwili jak opuszczali szlabany, czy jak wykonywali drobne prace w warzywnym i ukwieconym przydomowym ogródku. Oczywiście nie znał ich na tyle, by mógł im całkowicie i bezgranicznie zaufać. Te sugestywne ojcowskie uwagi tak wtedy zakodowałem, że nawet łapałem się na tym, iż stosuję je też jeszcze mimo woli w latach 50. XX wieku.
* * * *
Może jako kolejną ciekawostkę warto jeszcze młodym mieszkańcom z Sosnowca i przybyszom z odległych stron też przypomnieć, że te dwie utrwalone na zdjęciach w 2007 roku, dzisiaj już historyczne i zabytkowe końcowe fragmenty dawnych bocznic kolejowych: katarzyńskiej z 1883 roku i renardowskiej z 1886 roku jeszcze się jakimś cudem do 2015 roku jednak zachowały. Ich trasa kolejowa została już jednak całkowicie unieruchomiona, o czym świadczą coraz to bardziej zarośnięte dzikimi krzakami, chwastami i trawą pordzewiałe szyny kolejowe i nadszarpnięte już zrębem czasu spróchniałe podkłady kolejowe. Wielka szkoda, że nikt dotąd o tym nie pomyślał, by chociażby tylko te końcowe zabytkowe bocznice kolejowe w odpowiedni jednak sposób uchronić przed ostateczną ich dewastacją i ozdobić pamiątkową tablicą informacyjną, która by służyła wiedzą kolejnym jeszcze pokoleniom sosnowiczan o minionych latach, kiedy to jeszcze Sosnowiec był w Polsce potęgą w zakresie nie tylko eksploatacji węgla kamiennego, ale i produkcji szerokiej gamy wyrobów hutniczych i jego kolejowego transportu nawet do odległych miejscowości naszej Ojczyzny oraz gdy Sosnowiec jeszcze nie był bezrobotną Golgotą, dla wielu wręcz nie do przeskoczenia.
* * * *
Na tym króciutkim, alejkowym odcinku, idąc już jednak w stronę rzeki Czarnej Przemszy i Placu Tadeusza Kościuszki, pomiędzy terenem browaru i fabryczką sztucznego lodu, a kolejową kopalnianą bocznicą, stała już od drugiej połowy XIX wieku potężna gabarytowo wieża ciśnień. Cała jej bryła o niezwykłej architektonicznej urodzie była wykonana z metalu i pokryta czarną farbą lub smołą. Na jej szczyt prowadziły, niczym na zakopiański Giewont, umocowane z zewnątrz metalowe schody z metalową barierkę. Jej zadaniem była ochrona wspinającego się po schodach pracownika by nie runął w dół. A miał się gdzie taki delikwent wdrapywać, gdyż wieża była wysoka na około od 80 do 100 metrów. W górnej jej części gromadzono dopiero pitną wodę. To unikatowe budowlane cacko, jedyne tego typu w Sosnowcu pod względem wystroju architektonicznego, zostało już jednak bezmyślnie zburzone w latach 70. lub 80. XX wieku. Co ciekawe?… Nikt wówczas nawet nie protestował i nie rozrywał też szat historii, mimo, iż w Sosnowcu już wówczas ponoć zamieszkiwała spora grupa intelektualistów, zawsze ponoć rozkochana w starej architekturze tego miasta. Górna część tej wieży ciśnień jest częściowo widoczna na poniższej starej pocztówce pozyskanej od pana Pawła Ptak – obok trzeciego w kolejności od prawej strony komina. Bardziej natomiast jest widoczna na pozyskanej poniżej pocztówce z fotopolska.eu.

Strony: 1 2 3 4 5

Bear