Janusz Maszczyk: TROPAMI „WYGWIZDOWA” – poprzez „Wenecję” w kierunku uliczki Gampera i Placu Tadeusza Kościuszki

[Zdjęcie z 2007 roku. Okolica określana popularnie przez kolejne pokolenia sosnowiczan mianem „Wenecji”. Końcowy fragment uliczki Chemicznej, utrwalony od strony Placu Tadeusza Kościuszki i centrum Sosnowca. W dali już tereny „Placu Schoena” a jeszcze dalej Muzeum w Sosnowcu na Środulce. Po prawej stronie obok widocznej kałuży od XIX wieku było specjalnie wytyczone przejście dla pieszych przez tory Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej, a obok tego przejścia na nasypie kolejowym stał wysoki „Domek dróżnika” (w początkowym okresie tylko jako nastawnia semaforowa).]

Po stronie „Wenecji” wzdłuż uliczki Chemicznej, jeszcze wtedy pokrytej „kocimi łbami”, ale od strony torów kolejowych, do tego przejścia ciągnął się jeszcze od „Placu Schoena” w latach 50. XX wieku z malutką tylko przerwą na bocznicę kolejową z fabryczki „Siła”, stary jeszcze z XIX wieku carski parkan, postawiony z wycofanych i zużytych już sosnowych podkładów kolejowych. Oczywiście, że dziko rosnących zielsk, krzewów i samosiejek w postaci drzew wtedy na tym odcinku drogi nie było. Przed carskim parkanem ciągnął się bowiem tylko nieregularnie wytyczony pas klepiskowej ziemi z drobniutkimi kępkami rosnącej trawy. Natomiast już poza tym carskim z podkładów kolejowych parkanem, aż do samych torów kolejowych, zalegała tylko dziko rosnąca trawa. Identyczny „parkan” był też po drugiej stronie torów kolejowych, ale on z kolei nieprzerwanie się tylko ciągnął od „Wenecji” – „Domku dróżnika” – do mostu kolejowego, jaki łączył i łączy nadal obydwa brzegi rzeki Czarnej Przemszy w okolicy „Rurkowni Huldczyńskiego”. Przejście dla pieszych przez tory kolejowe było jak na tamte odległe czasy utrzymane w stosunkowo dobrym stanie, jednak miało charakter prymitywnej carskiej zabudowy: stylu architektonicznego, jaki nam zaborca wtedy kreował na dalekich kresach swego wielkiego imperium. Pamiętam, że od strony „Wenecji”, podobnie jak od strony uliczki Gampera, aby to przejście pokonać, trzeba było się najpierw wdrapać na nasyp szynowy po kilku szerokich schodach, które były ułożone z podkładów kolejowych. Te podkładowe schody dopiero po 1945 roku zamieniono na murowane. Schody były po dwóch stronach dodatkowo jeszcze zabezpieczone wysokim parkanem, a w rzeczywistości były to stare, nasączone jakąś ciemną cieczą podkłady kolejowe, pamiętające jeszcze carskie zaborcze czasy z XIX wieku. Samo torowisko po dwóch stronach było zabezpieczone typowymi szlabanami, które automatycznie uruchamiano z wnętrza pobliskiej nastawni. Całkiem możliwe, że początkowo był to tylko prosty ręczny korbowód, który był uruchamiany silą mięśni dróżnika, a dopiero później zainstalowano już bardziej nowoczesne urządzenie elektryczne.

[Rok 2007, „Wenecja”. Po lewej stronie, poza dziko rosnącymi zielskami, niewidoczne tory dawnej Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej. To właśnie po lewej stronie jeszcze w latach 50. XX w. ciągnął się od XIX w. carski parkan z podkładów kolejowych, aż do końca widocznej uliczki Chemicznej, do samego przejścia przez tory kolejowe.]

Od strony „Wenecji” na nasypie kolejowym stała już wtedy nastawnia, zwana popularnie przez miejscowych „Domkiem dróżnika”. Budynek nastawni był już wtedy obiektem murowanym, otynkowanym i pobielanym, w formie geometrycznego prostopadłościanu, u podstawy szeroki na około 5×5 metrów i wysoki na około 5 do 6 metrów, w górnej części natomiast wizualnie wyraźnie szerszy. Jednak od drugiej połowy XIX wieku spełniał już rolę nie tylko samej nastawni kolejowej, jak to bywało kiedyś przed laty, ale zajmował się też wspomaganiem wytoczenia z centralnej bocznicy kolejowej stojących tam już sapiących parą parowozów z doczepionymi doń sznurami załadowanych po brzegi wagonów kolejowych z Huty „Katarzyna” i z Kopalni „Hrabia „Renard”. Podobny manewr wykonywano też w chwilach wtaczania na te dwie bocznice jeszcze pustych pod załadunek wagonów.
Budowla była niezwykła. Sama górna jej część była wyraźnie gabarytowo większa niż u podstawy, i ze wszystkich stron do tego jeszcze była przeszklona. Wmontowane bowiem okna były sporych gabarytowo wymiarów. Miała bowiem spełniać też wiele innych zadań, o których nie wszyscy nawet z tej okolicy jednak wtedy chyba wiedzieli. Po pierwsze: miała już wtedy bezpośrednie telefoniczne błyskawiczne połączenie z dworcem głównym w Sosnowicach i Będzinem Głównym oraz z leżącymi opodal, bowiem w zasięgu ludzkiego wzroku, carskimi wojskowymi koszarami kozackimi. Podobno źródłem tego asekuracyjnego połączenia, szczególnie z carskimi koszarami wojskowymi, były wydarzenia w trakcie powstania styczniowego, gdy uzbrojeni polscy powstańcy z 6 na 7 lutego 1863 roku bez jakichkolwiek przeszkód dotarli koleją z Granicy (obecne Maczki) przez Będzin do wsi położonej na terenie dzisiejszego Sosnowca. Czy te przekazy polegały jednak faktycznie na prawdzie obiektywnej, czy były wyłącznie tylko kolejną plotką, czy mitem powstańczym? Trudno obecnie jest tego dociec.

[Źródło: Wikipedia A.
Szwedzki telefon z 1896 roku.]
A po drugie: jeszcze w okresie zaborów Rosji carskiej, jak również później, w czasie drugiej okupacji niemieckiej (1939-1945), nastawnia spełniała już rolę typowego posterunku żandarmerii z wiecznie czujnymi i otwartymi oczami dyżurującej tam całodobowo kolejowej policji. Pamiętam, że w okresie okupacji niemieckiej dyżurujący tam na czarno odziany wartownik – Bahnschutz – prawie nigdy nie odrywał swych oczu od lornetki, tylko penetrował okoliczny teren. Strażnicy niemieccy z tej nastawni byli wtedy uzbrojeni. To bardzo niebezpieczne przejście kolejowe wielokrotnie wtedy pokonywał komendant Śląskiego Okręgu AK, który – jak w swych książkowych wydaniach wspomina – korzystał z okupacyjnej „meliny”, jaka się wtedy mieściła w jednym z budynków na terenie „Wenecji”. Wspominam o tym dlatego, że do tego budynku można było też bezproblemowo dotrzeć z innego kierunku, znacznie bardziej wtedy bezpiecznego 1/.

[Zdjęcie z 2009 roku. Po drugiej stronie torów kolejowych widać okolice „Wenecji”. Zdjęcie wykonane zostało z dawnego, bowiem jeszcze z XIX wieku przejścia dla pieszych (dzisiaj już nieistniejącego) wiodącego poprzez tory Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej od strony dawnej uliczki Gampera. Tor na pierwszym planie to dawna jeszcze linia kolejowa wiodąca z Katowic, poprzez Sosnowiec w kierunku Warszawy. Drugi natomiast tor obok (od strony „Wenecji”) był przeznaczony dla trasy Warszawa – Sosnowiec – Katowice. Jest to dawna linia Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej. Po lewej stronie, od uliczki Chemicznej, od XIX wieku stał „Domek dróżnika”.]

Jako ciekawostkę pozwalam sobie przekazać pewne nie wiem dlaczego, ale zupełnie nieznane dla większości sosnowiczan wydarzenie z odległych lat. W latach 50. XX wieku z wielką pompą uruchomiono jednowagonowy spalinowy pojazd szynowy określany jako Luxtorpeda. Ten pojazd w błyskawicznym tempie pokonywał wówczas odcinek Katowice – Warszawa, o wiele szybciej niż dzisiejsze ekspresowe pociągi. Przynajmniej tak wówczas informowała nas prasa. Jak na tamte czasy, było to więc dla nas niebywałe wydarzenie, a nawet sensacja. Tutaj, na tym samym przejściu dla pieszych poprzez tory Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej, często wraz z przyjaciółmi z Placu Tadeusza Kościuszki wypatrywaliśmy więc już zawczasu, w późnych godzinach popołudniowych – o ile mnie pamięć nie zawodzi, to dopiero o godzinie 18:00 – pędzącej jak wicher Luxtorpedy. Już kilkanaście minut wcześniej szlabany po dwóch stronach torów kolejowych były przez dróżników opuszczone, co zwiększało jeszcze bardziej nasze i tak już duże emocje i ekscytację tym wydarzeniem, jakie miało niebawem nastąpić. Najczęściej z bijącym przyspieszonym rytmem serca staliśmy więc już tam kilkanaście minut wcześniej, oparci o opuszczony już szlaban od strony uliczki Przewodników Pracy, dawnej uliczki Gampera, a obecnie Fabrycznej, podobnie jak inni, nieznani nam ludzie. Po drugiej natomiast stronie torów kolejowych, od „Wenecji”, również przy opuszczonym już szlabanie, stała też najczęściej inna, nieznana nam grupka ciekawskich. Mknąca jak wicher po szynach Luxtorpeda już mniej więcej po minięciu Placu Tadeusza Kościuszki niemiłosiernie doniosłym sygnałem dawała znać o sobie. Najpierw więc docierał do nas przejmujący ryk syreny i zaledwie po kilku sekundach widoczne już były światła tego pojazdu, a później przelatywała obok nas jakaś rozświetlona ogromna masa z włączoną syreną ostrzegawczą, i to z takim pędem i świstem, że czapki niekiedy spadały nam z głów. Po kilku zaledwie sekundach już było tylko na horyzoncie widać jej tylne czerwone ostrzegawcze światła. Ale już wtedy błyskawicznie pokonywała dalsze przejście dla pieszych i pojazdów, tym razem w okolicy „Placu Schoena”, i tyle po tej Luxtorpedzie pozostawało wspomnień. A później pozostawały wśród nas już tylko frapujące wspomnienia i szeptane najczęściej opowieści od „mędrców” z mojego grona przyjaciół na temat Luxtorpedy i jej niezwykłych technicznych walorów.
* * * *
Fragment torów dawnej Kolei Warszawsko–Wiedeńskiej położony pomiędzy tym przejściem przez tory a zawieszonym kilkaset metrów dalej żelaznym mostem ponad rzeką Czarną Przemszą w okolicy „Rurkowni Huldczyńskiego” był też jednak w pewnych okresach czasu miejscem wyjątkowo diabolicznym 2/, bowiem już w okresie II Rzeczypospolitej Polski, a nawet i za caratu samobójczą śmiercią na torach kolejowych ginęli ludzie. Podobnie bywało też w okresie powojennym, czyli po 1945 roku. W wyjątkowo bowiem krótkim okresie czasu, zaledwie na przestrzeni do lat 50. XX wieku, odnotowano tam kilka przypadków samobójczych. Jednym z tych nieszczęśników był nasz powojenny sąsiad i dobry znajomy z Placu Tadeusza Kościuszki, rozkochany akwarysta złotych rybek. Pamiętam jak w jego kuchennej izbie na stołach stało co najmniej kilkanaście oświetlonych akwariów, pełnych przeróżnych kolorowych rybek i egzotycznych roślin, a on by je wyżywić, prawie codziennie łowił dla nich pokarm w rzece Czarnej Przemszy, tuż, tuż obok mojego ogródka. Postać ze względu na zaangażowanie polityczne bardzo zresztą wówczas znana w Sosnowcu. Wspomina nawet dwukrotnie o tym Panu w książce o Sosnowcu pan prof. dr hab. Henryk Rechowicz 3/. Według Pana profesora, ta osoba po 1945 roku była czołowym sosnowieckim działaczem partyjnym w Hucie „Sosnowiec”, w „peperowskiej twierdzy”. Z kolei jego starszy syn już wtedy był etatowym działaczem Komitetu Miejskiego PZPR i jednocześnie też w późnych latach 50. XX wieku organizatorem unicestwionego w 1949 roku harcerstwa sosnowieckiego. W latach 70. XX wieku będzie też z-cą dyrektora ds. administracyjnych w Hucie im. Mariana Buczka na Pogoni, przy uliczce Nowopogońskiej. Drugi natomiast syn – Gienek – był moim podwórkowym kolegą. Był ode mnie jednak znacznie młodszy. Podobno w późniejszych latach pracował w Hucie Cedlera. Zaangażowany zresztą, tak jak jego brat, w odradzające się harcerstwo pod auspicjami Komitetu Miejskiego PZPR. Oczywiście harcerstwo było już wtedy oparte na innych wzorcach nawet niż to działające w latach 1945 – 1949. Gienka już jednak nigdy potem nie spotkałem, od co najmniej 57 lat. Rodzina tego Pana, podobnie jak on sam, byli na co dzień wyjątkowo porządnymi i zacnymi ludźmi. Przynajmniej zarówno ja, jak i moja rodzina, takimi ich zapamiętała.
Losy człowieka niestety bywają niekiedy tak powikłane i pełne takich tajemnic i zagadek, że nie sposób ich nawet po latach obiektywnie ocenić. Podobno to zjawisko bierze się z tego, że prawie każdy z nas ma jednak dwa oblicza, a im bardziej człowiek jest inteligentny, to tych oblicz ma więcej. Dobrze, gdy emanują one aspektami szlachetności, życzliwości i serwowanego innym na co dzień ciepła. Gorzej, gdy są nieżyczliwe, fałszywe i pełne ludzkich tragedii, lub gdy bywają wręcz nienawistne. Syn bowiem tego działacza partyjnego, gdy był jeszcze etatowym pracownikiem Komitetu Miejskiego PZPR, to utrzymywał też bardzo dobre stosunki ze znanym jeszcze z okresu II Rzeczypospolitej harcmistrzem, a podczas okupacji niemieckiej Zastępcą Komendanta Chorągwi Szarych Szeregów UL Barbara. To dzięki temu Panu, doskonale też zresztą znanemu mojemu ojcu, gdyż razem pracowali jeszcze w okresie II Rzeczypospolitej w firmie „Fitzner i Gamper”, wymieniony pracownik z Komitetu Miejskiego PZPR otrzymał ponoć drogą kurierską z Londynu specjalny Złoty Krzyż Harcerski wraz ze specjalną imienną legitymacją potwierdzającą to nadanie. Odznaczenie, jakimi na zachodzie ozdabiano wtedy piersi wyłącznie wybitnych byłych działaczy harcerskich, wielkich polskich patriotów. Tym odznaczeniem – Złotym Krzyżem Harcerskim – jednak go nie pokazując, chełpił się nawet przed moim bratem, byłym też harcerzem i z-cą drużynowego z sieleckiego hufca z lat 1945 – 1949, który poza sentymentalnymi wspomnieniami nic nie pozyskał od władz harcerskich. A był przecież wiernym harcerzem, aż do ostatniej chwili rozwiązania tej organizacji w 1949 roku, której mottem było Bóg – Honor – Ojczyzna, czy jak inni twierdzą Ojczyzna – Nauka – Cnota. Czy jednak polegało to na prawdzie, że urzędowo takie odznaczenie faktycznie otrzymał? Czy w chwili słabości chciał tylko u brata wzbudzić zazdrość? W każdym razie osoba odznaczona tym krzyżem harcerskim już jednak nie żyje, podobnie jak jego darczyńca. Na nagrobku tego ostatniego Pana figurują wygrawerowane na płycie piastowane przez niego najwyższe patriotyczne stanowiska w zagłębiowskim patriotycznym harcerstwie. Gdzie natomiast została pochowana druga osoba, to tego nigdy nie starałem się dociec.

Strony: 1 2 3 4 5

Bear