Janusz Maszczyk: Transporty kolejowe i marsze śmierci

****

     W tym bezlitosnym okupacyjnym świecie, gdzie jak wspomina pan Natan Eliasz Szternfinkiel w cytowanej już przeze mnie kilkakrotnie publikacji książkowej, gdy rodzice byli w pracy w sosnowieckich „szopach” to Gestapo strzelało wtedy w getcie na Środuli do ich malutkich dzieciaków, to my jednak polskie dzieci mieliśmy wtedy wiele godzin przepełnionych beztroską, radością i prawie niekończącymi się zabawami. Takimi enklawami zabaw, na bajecznie kolorowych pełnych kwiecia i zielonych traw łąkach, były między innymi też tereny leżące, tuż, tuż obok Placu Tadeusza Kościuszki, które rozciągały się wzdłuż torów Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej, aż do samej Nastawni Kolejowej12/. Jeszcze wtedy ciągnąca się wąskim pasmem łąką nie była skażona trującymi pestycydami, więc godzinami można było tam podziwiać niezwykły balet różnorodnych kolorowych motyli i ważek. Do tego zielonego terenu docierało się poprzez furtkę, która była wmontowana w parkan dosłownie po prawej stronie obok widocznego na poniższym zdjęciu kolejowego zabudowania (zdjęcie pozyskane z NAC). Wystarczyło więc tylko wsunąć poprzez szczeble drobniutką dłoń dziecięcą i podważyć metalowy haczyk, a dotąd na głucho zamknięte drzwi otwierały się natychmiast niczym w czarodziejskim sezamie. Po niemających się prawie końca dziecięcych zabawach, nadchodził też jednak czas odpoczynku. Wdrapywaliśmy się więc wtedy po wystających kamieniach na wysoki ponad 3 metry mur, jaki się ciągną niczym wąż boa od tego kolejowego budynku aż niemal do samych tak zwanych „Białych Domów”, które też jak nasze osiedlowe budynki były enklawą, jednak już nie urzędniczego, ale Robotniczego Osiedla Mieszkaniowego Rurkowni Huldczyńskiego. Tam siedząc na szczycie tych murów nie tylko odpoczywaliśmy po męczących zabawach ale z lubością obserwowaliśmy też mknące po torach Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej przeróżnej maści wagonowe transporty.

Kolei Warszawsko Wiedeńska ze względu na usytuowania Głównego Dworca Kolejowego w centrum Sosnowca była tak pod względem technicznym zorganizowana, że akurat na wprost naszego osiedla mieszkaniowego, postawiono wysokie semafory, których zadaniem było niekiedy też wymuszenie przez Nastawnię Kolejową natychmiastowego zatrzymywania się pędzących dotąd beztrosko po torach pociągów. Najczęściej były to platformy załadowane niemieckim sprzętem wojskowym oraz specjalne pociągi typu lazaretowego, którymi transportowano wtedy rannych niemieckich żołnierzy do szpitali. Od pewnego jednak czasu, o ile mnie pamięć jednak nie myli, to od 1943 roku, coraz to częściej przed naszymi oczami przemieszczały się też transporty z uwięzionymi ludźmi w specjalnych towarowych wagonach. Pewnego jednak dnia taki właśnie transport złożony wyłącznie tylko z krytych bydlęcych wagonów towarowych, ku naszym zdumionych oczom zatrzymał się właśnie przed semaforami. W zamkniętych na głucho krytych wagonach towarowych, z malutkimi pod dachem dwoma tylko wąskimi i podłużnymi okienkami, które i tak było dodatkowo jeszcze zabezpieczone drutem kolczastym, patrzyły na nas pełne litości i przerażenia ludzkie oczy. Wtedy zdumieni tym co zobaczyliśmy, dotąd siedząc wygodnie na murze wszyscy jak na wydaną komendę wstaliśmy. A wówczas spoza zakratowanych okienek zaczęły do nas dobiegać przeraźliwe wołania i krzyki rozpaczy, mężczyzn, kobiet i dzieci. Krzyk był jednak tak niesamowicie przeraźliwy i trudny do rozszyfrowania, że nie byliśmy absolutnie w stanie zorientować się, jakiej narodowości ludzie są uwięzieni w tych bydlęcych wagonach. W pewnej chwili poprzez zakratowane malutkie okienka uwięzieni tam ludzie zaczęli na sznurkach opuszczać różnej wielkości puszki i jakieś pojemniki. Prawdopodobnie z prośbą o picie i jedzenie. W tym samym niemal czasie zaczęto też wyrzucać na zewnątrz karteczki papieru. Różnego wymiaru. Wówczas już nie wytrzymaliśmy i skacząc na łeb i naszyję z muru na trawę zaczęliśmy się pomalutku ale skutecznie zbliżać do tego transportu śmierci, by je pozbierać i zobaczyć co na nich jest napisane. Wtedy to nagle, najpierw usłyszeliśmy w języku niemieckim niezrozumiałe dla nas wrzaski, a później jeszcze oddano w naszym kierunku też strzały z broni palnej. Krzyczał i strzelał w naszym kierunku chyba tylko jeden żołnierz niemiecki, który dotąd spokojnie siedział w umocowanej charakterystycznej nadbudówce na szczycie jednego z wagonów bydlęcych, którą wówczas popularnie określaliśmy jako „budka”. Dopiero wówczas zorientowaliśmy się, że co kilka krytych bydlęcych wagonów, również kolejny wagon jest wyposażony w taką samą identyczna nadbudówkę, w których też ukryci byli niemieccy żołnierze.

W kilka sekund później ten pełen ludzkiej tragedii i rozpaczy pociąg ze zgrzytem ruszył w kierunki centrum Sosnowca. Wyrzuconych z wagonów karteczek na pobocze torów kolejowych nie mogliśmy jednak pozbierać. Gdyż nagle spoza pociągu, gdy tylko odjechał, na torach pojawili się na czarno umundurowani kolejarze, którzy z niemiecką dokładnością co do jednej sztuki pozbierali wszystkie wyrzucone przez tych uwięzionych biedaków karteczki. A nam natychmiast kazali się oddalić z tego miejsca. Była to niemiecka policja kolejowa Bahnschutz, która stanowiła kolejne ogniwo aparatu represji. W następnych dniach razem z niemiecką policją kolejową pojawiali się też zwykli jednak wyjątkowo wtedy małomówni kolejarze, prawdopodobnie narodowości polskiej, którzy po odjechaniu podobnych transportów, też pod nadzorem – Bahnschutzu – zbierali wyrzucone z wagonów karteczki i drobniutkie przedmioty. Zarówno jedni jak i drudzy, byli pracownikami położonej w pobliżu Nastawni Kolejowej.

[Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe; sygn. 1 –G – 1763. Prawdopodobnie okres II Rzeczypospolitej Polski. Ta okolica tak jak na prezentowanym zdjęciu, wprost identycznie się prezentowała aż do końcowych lat 50. XX wieku.

Po prawej stronie wprost doskonale widoczny budynek kolejowy obok, którego też po prawej stronie była furtka. A obok budynku kolejowego, po jego lewej stronie widoczny też z kamienia wapiennego mur. Szczyt muru był pokryty płaskimi żelbetowymi płytami. Mniej więcej o wymiarach 50 x 50cm. W tej sytuacji na tych płytach można było nie tylko spokojnie i bezpiecznie siedzieć, ale nawet i po nich biegać. Co oczywiście jako dzieciaki czyniliśmy to wtedy nieskończoną ilość razy…]

[Źródło: Pan Paweł Ptak. Zdjęcie wykonano z terenu dawnej „Rurkowni Huldczyńskiego”. Znana mi doskonale okolica Placu Tadeusza Kościuszki. W tyle, poza torami kolejowymi widoczny kamienny mur, o którym wspomina autor tego artykułu.]

[Źródło: Pan Paweł Ptak. Po prawej stronie doskonale widoczny wysoki kamienny mur, a dalej już w kierunku centrum Sosnowca, ciągnął się już tylko obskurny carski jeszcze parkan z podkładów kolejowych. Zdjęcie wykonano z terenu Robotniczego Osiedla Mieszkaniowego Rurkowni Huldczyńskiego (po 1945 r. Huta „Sosnowiec”). Z tych dwóch usytuowanych tu kiedyś osiedli do naszych czasów zachowały się już tylko dwa trzykondygnacyjne zabudowania, typu koszarowego. Stoją obok basenów kąpielowych. Kiedyś to osiedle zwane było popularnie „Białymi Domami”.]

Po tych i kolejnych wydarzeniach, rodzice zabronili nam już jednak udawać się na zabawy łąkowe jakie rozciągały się przy torach kolejowych. Po prostu bardzo obawiali się o nasze życie, bowiem żołnierze niemieccy konwojujący nie tylko transporty śmierci, ale nawet transporty lazaretowe i ze sprzętem wojskowym mogli jednak kogoś z nas postrzelić, a nawet i zastrzelić. Tym bardziej, że był to przecież okreswyjątkowego krwawego terroru ze strony okupanta niemieckiego jaki wtedy stosowano na okupowanych ziemiach polskich.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7

Bear