Janusz Maszczyk: Odkrywamy tajemnicze wątki z przeszłości Nowego Sielca

Jak w rozmowie przekazał minister płk Zbigniew Zieliński, Ks. Edward Banaszkiewicz jako jeden z niewielu wspólnie z żołnierzami chodził na akcje a po wojnie komuniści nieoficjalnie wydali wyrok śmierci na księdza Banaszkiewicza. Przez krótki czas od lutego 1945 roku do listopada tegoż roku był administratorem w Sulmierzycach, pełniąc od 28 maja 1945 roku także obowiązki wicedziekana dekanatu brzeźnickiego. 14 listopada 1945 roku został dyrektorem Związku „Caritas” Diecezji Częstochowskiej i kierował tą organizacją do czasu jej likwidacji przez władze państwowe wielokrotnie pomagając ukrywającym się żołnierzom AK. Formalnie zwolniony 1 lutego 1950 roku otrzymał 14 lutego nominację na wikariusza parafii św. Jana Chrzciciela w Sosnowcu-Niwce, a wkrótce potem 6 czerwca 1950 roku powrócił do Częstochowy jako sekretarz Ks. Biskupa Ordynariusza Teodora Kubiny i referent Kurii Diecezjalnej. Po śmierci Ks. Biskupa został skierowany do parafii Niepokalanego Poczęcia NMP w Sosnowcu. W latach 1958 – 1961 był dziekanem dekanatu sosnowieckiego II, a od lipca 1953 roku członkiem Diecezjalnej Rady Administracyjnej i w latach 1954 – 1957 kierownikiem Referatu Finansowo-Gospodarczego Kurii Diecezjalnej, z zachowaniem obowiązków proboszczowskich w Sosnowcu /dojeżdżał przynajmniej raz w tygodniu do Kurii/. Od 29 marca 1954 roku był nadto sędzią prosynodalnym Sądu Biskupiego, a od 26 listopada 1954 roku członkiem Komisji Urządzania Katedry Częstochowskiej. Wkrótce po konsekracji kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP Ks. Banaszkiewicz powrócił kolejny raz do Częstochowy, tym razem jako kanclerz Kurii Diecezjalnej. Obowiązki kanclerza pełnił 3 lata do 23 maja 1964 roku choć już od października 1963r. duszpasterzował w parafii Nawiedzenia NMP w Wieluniu, proboszczem parafii kolegiackiej w Wieluniu został 23 maja 1964 roku. Razem z nominacją proboszczowską otrzymał dekret ustanawiający Go dziekanem dekanatu wieluńskiego, w 1971 roku Ks. Biskup Bareła zlecił mu nadto obowiązki rejonowego duszpasterza rodzin, a od 1975r. wizytatora urzędów i parafii dziekańskich okręgu częstochowskiego. Od 1976 r. był członkiem Rady Kapłańskiej. Jako proboszcz parafii Nawiedzenia NMP w ciągu dwudziestu jeden lat podejmował wiele inicjatyw duszpasterskich i gospodarczych. Przygotował uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Pocieszenia 4 września 1971 roku. Kontynuował podjętą przez swego poprzednika regotyzację kolegiaty. zabezpieczył ją przez położenia ramy żelbetonowej nad prezbiterium i dodanie skarp przyporowych, Jego staraniem odtworzono w prezbiterium pierwotne okna gotyckie, wewnątrz kościoła wymieniono całkowicie tynki. Odrestaurował gruntownie drewniane kościoły w Gaszynie i św. Barbary w Wieluniu, odbudował od fundamentów przylegający do kolegiaty budynek dawnego klasztoru augustiańskiego. Nieprzeciętny kapłan, świadomy swej wartości, o cechach przywódczych. Jego rady w dziedzinie ekonomiczno-finansowej chętnie słuchał Ks. Biskup Goliński, który też odznaczył Go godnością kanonika honorowego Kapituły Katedralnej w Częstochowie, Ks. Biskup Bareła wyniósł Go do godności prałata-prepozyta Kapituły Kolegiackiej w Wieluniu oraz wyjednał mu u Papieża Pawła VI godność prałata honorowego.
Zmarł 10 lutego 1989 roku”.
Koniec cytatu.

****

     W latach 70. XX wieku zaczęły krążyć wśród inteligencji sosnowieckiej legendarne raczej opowieści jakoby to na „Cmentarzu pekińskim”, odkryto takie miejsce, które skrywa zwłoki ponad 300 Polaków zamordowanych przez Niemców w okresie okupacji niemieckiej. Przekaz w formie plotkowej był o tyle ogólnikowy co mityczny, gdyż co jak co ale akurat ten cmentarz jest naszej rodzinie wprost doskonale znany i to jeszcze od czasów zaborów Rosji carskiej. Dlatego tę plotkę potraktowaliśmy zupełnie ulgowo, nawet nie zagłębiając się w jej szczegółowy przekaz. Dopiero w roku 1987 kupiłem w Katowicach książkę, którego redaktorem był pan profesor dr hab. Jan Kurtyka, w której już znacznie szczegółowo potraktowano ten temat 5/. Pan profesor pisze bowiem tak:

-„Ulica Feliksa Dzierżyńskiego – Płyta, na mogile zbiorowej, w której spoczywają zwłoki ponad 300 Polaków, obywateli miasta – więźniów sosnowieckich więzień, zamordowanych i zmarłych w latach II wojny światowej. Na płycie, ufundowanej w 1970 roku przez władze miejskie Sosnowca, umieszczono napis: – ‘Miejsce uświęcone krwią najlepszych synów miasta Sosnowca, poległym w walce o Polskę Ludową”. Koniec cytatu.

Tę dla wielu może nawet sensacyjną informację, potraktowałem jednak wówczas z pewnym ale jakże charakterystycznym przymrużeniem oka. Zawarte bowiem w przekazie stwierdzenie, o czym więcej poniżej, raczej nie miało charakteru merytorycznego, do tego jeszcze zgodnego z prawdą obiektywną. Z tym „Cmentarzem pekińskim” przecież nasza rodzina jest od wielu, wielu już lat ogromnie, ale to wprost ogromnie uczuciowo związana. Tak bardzo, że mam nawet obecnie kłopoty, gdy piszę ten artykuł, ubrać swoje uczucia w odpowiednie słowa. Bowiem ten malutki cmentarzyk, położony przez dziesiątki lat niemal w środku zalegających tam pól Gwarectwa „Hrabia Renard”, obok polowego lotniska wojskowego, znali już przecież moi dziadkowie i rodzice w czasach jeszcze zaborów Rosji carskiej. Zresztą bardzo często tam bywali, początkowo sami a później ze mną i z moim bratem. Na tym cmentarzu jest pochowana niemal cała moja rodzina z Osiedla Katarzyna (i nie tylko): dziadkowie, dwóch wujków, ciocia oraz moi rodzice: mama i ojciec. A w 2016 roku spoczął tam na zawsze też mój kuzyn. Na tym malutkim najbiedniejszym kiedyś sosnowieckim cmentarzu, z duszą romantyczną i polskim sumieniem, przypominającym malutkie cmentarze z dalekich kresów wschodnich, z okolic Słonima, Baranowicz, czy Puszczy Nalibockiej, dzisiaj zdecydowanie już jednak zatracającym swój charakterystyczny romantyczny urok, pochowano też bardzo wielu moich sąsiadów, przyjaciół i kolegów. Są tam między innymi też groby obrońcy Lwowa, byłych uczniów z mojego Liceum „Staszica” i Powstańcy Śląscy, itd. Na tym cmentarzu bywałem już z rodzicami w okresie okupacji niemieckiej, a później jeszcze tysiące, tysiące razy sam, a od 1963 roku z moją żoną oraz z synem. Oczywiście, że dzisiaj będąc już od lat 60. XX wieku mieszkańcem Katowic, i jako stary już ponad 81 lat człowiek, bywam tam już nie tak często jak to bywało kiedyś. Tym bardziej, iż w Katowicach na cmentarzu bogucickim też czeka na mnie moja żona – Renia – która nagle odeszła z tego świata w sierpniu 2017 roku oraz w Katowicach przy ulicy Sienkiewicza jej mamusia i tatuś – moja kochana teściowa i teść. Natomiast w Dąbrówce Małej jest jeszcze pochowana babcia mojej Reni, która też zapewne jest rada, gdy tam o lasce ale jednak każdego roku co jakiś czas docieram. Ilekroć jednak tylko na sosnowieckim „Cmentarzu pekińskim” jestem to odnoszę takie wrażenie, że poznaję każde drzewo, każdy kamień i każdy grób. A z wieloma z nich związane też polskie, jakże niekiedy pogmatwane historie. Niektóre tak niezwykłe, iż innym jak przypuszczam trudno w nie nawet byłoby uwierzyć.

Strony: 1 2 3 4 5 6

Bear