Janusz Maszczyk: Niezwykłe karty historii Władysława Piotra Mazura

Tym razem, by nie narazić się na „wsypę” i grasujących agentów z Gestapo i z policji Kripo wyruszają jako niemieccy turyści pociągiem z sosnowieckiego dworca głównego, ale tylko do Heydebreck. Tam z kolei wykupiono już dalsze bilety do roztańczonego i rozśpiewanego nad modrym Dunajem Wiednia. Będąc w Wiedniu udając austriackich turystów zwiedzili więc też miasto, a nawet udali się na wystawę „Siegg in Polen”. Przepraszam bardzo, ale w tym przypadku, gdy dwie osoby nie znały absolutnie języka niemieckiego oraz cała trójka nie posiadała też doskonale podrobionych paszportów to taka decyzja była chyba jednak wyjątkowo ryzykowna. Tym bardziej, że na terenach ówczesnej wielkiej już teraz terytorialnie III Rzeszy Niemieckiej obowiązywało podwyższone pogotowie wojenne. A to z tego powodu, że atak na Związek Sowiecki został przełożony z 15 maja 1941 roku na 22 czerwca 1941 roku. Jak wspomina pan Bartek Mazur po obejrzeniu tej wystawy „długo pozostawali pod jej przygnębiającym wrażeniem”. Obejrzeli bowiem zwycięską armię niemiecką, więc długo pozostawali w psychicznym dołku. Tym bardziej, że na prezentowanych propagandowych niemieckich fotkach były też „fotografie płonących domów, zabitych na drogach, jeńców, zdobytych dział, rozbitych tankietek, zdobywców w hełmach w cieniu wielkich czołgów, defilad przed Hitlerem w Warszawie”5/. Ten pesymistyczny zarejestrowany obraz w ich umysłach więc tkwił mimo woli dalej podczas tej długiej pociągiem podroży, na trasie z Wiednia do Monachium. W Monachium kupiono już kolejne bilety. Tym razem do Singen miejscowości położonej około 20 km od terytorium jak sądzili zbawczej i tolerancyjnej wobec Polaków Szwajcarii.

     Początkowo wszystko przebiegało zgodnie z ustalonym jeszcze w Sosnowcu planem i absolutnie nic nie wskazywało, że coś niemiłego może się jednak wydarzyć i to jeszcze do tego na samej już granicy niemiecko – szwajcarskiej. W praktyce okazało się jednak, że pierwsza próba przekroczenia granicy zakończyła się fiaskiem. Spłoszeni bowiem nagle przez patrol niemieckiej straży granicznej uciekają więc nawet kilka kilometrów dalej, by tylko nie dać się rozszyfrować. Dopiero następna przeprawa w dniu 25 marca 1941 roku podjęta nocą i z kompasem w dłoniach, po pokonaniu jeszcze licznych bajor i płotów, zaowocowało pełnią szczęścia. Bowiem w tym dniu jak się po jakimś czasie zorientowali w pobliżu szosy zobaczyli kilka zabudowań. Na jednym z nich był napis „Sonnez deuz fois” (przyp. autora: napis brzmiał po francusku – „Dzwonić dwa razy”). Okazało się ku ich nieopisanej radości, że są już wreszcie w zbawczej, tolerancyjnej i neutralnej Szwajcarii. Uradowani więc tym nagłym odkryciem z polskim narodowym hymnem na ustach, bez najmniejszej obawy maszerowali dalej samym środkiem szosy. W pewnej chwili natknęli się jednak na osobnika odzianego w żołnierski szwajcarski mundur. Ten dobrodusznie ale stanowczo powiódł ich do najbliższego posterunku policyjnego, a tam ku ich niepomiernemu zaskoczeniu i zdziwieniu usłyszeli wyrok, że „Szwajcaria nie udziela azylu i musimy wracać do Niemiec”. W konsekwencji policja szwajcarska przekazała ich w ręce niemieckiej policji w Singen. Tam po kolejnych nieprawdopodobnych perypetiach i groźbie nawet rozstrzelania, uwierzono im w końcu w ich na poczekaniu zełganą historyjkę i „zawieziono do więzienia w Konstancy”, gdzie z kolei umieszczono ich na 6 tygodni, każdego jednak w odrębnej celi. Bo odbyciu tej kary, na szczęście zostali przekazani tylko do bauerów. Po upływie miesiąca – jak wspomina pan Bartek – z jednym z sosnowieckich kolegów, ponownie przekroczył granicę szwajcarską. Tym razem dotarli do miejscowości Winterthour, położonej w kantonie Zurych 6/. W tej miejscowości unikając już jednak jakichkolwiek kontaktów z policją szwajcarską, zgłosili się do polskich żołnierzy internowanych z 2 Dywizji Strzelców Pieszych, gdzie dowództwo polskie umożliwiło im dostanie się do polskiej ambasady w Bernie. Jednak i tym razem szczęście im jednak nie dopisało, gdyż zostali aresztowani przez policję szwajcarską i ponownie osadzeni na 3. tygodnie w więzieniu. Po uwolnieniu, pełni szczęścia dotarli wreszcie do Lyonu we francuskiej Strefie Nieokupowanej. Jednak w trakcie sprawdzania dokumentów „nasi byli sojusznicy wpakowali ich do więzienia, gdzie było dużo gorzej niż w Niemczech…[…]… Przy okazji zostaliśmy też pozbawieni pieniędzy, rzekomo zajętych na pokrycie kary. W Lyonie dostaliśmy się pod opiekę placówki PCK i do jesieni 1942 roku mieliśmy zapewniony dach nad głową oraz skromny wikt”.

Nocną porą 8 listopada 1942 roku 8. Armia Brytyjska rozpoczęła lądowanie w Afryce Północnej. W tym samym niemal czasie III Rzesza Niemiecka wkracza do dotąd nieokupowanej części Francji. W tym przypadku dla uciekinierów jedyna więc droga do Wielkiej Brytanii możliwa była tylko poprzez górzyste i dzikie Pireneje. Nasz bohater – pan Bartek – z bliżej jednak nieokreśloną grupą Polaków w końcu przekracza Pireneje i w okolicy Figure – Gerona „ląduje” kolejny już raz do więzienia. Tym razem hiszpańskiego. „Po 12. dniach i nocach spędzonych na betonie w więzieniu w Geronie i 3. dniach podróży w bydlęcych wagonach bez pożywienia (na drogę skuto mnie kajdankami z byłym studentem lwowskim a późniejszym kolegą w Brygadzie Spadochronowej, Edmundem Skowronem) znalazłem się w znanym Campo do Concentracion w Miranda del Ebro w północnej Hiszpanii”. Warunki więzienne początkowo były tam bardzo ciężkie. Pewna poprawa nastąpiła dopiero po klęsce Niemców w 1943 roku pod Stalingradem. W kwietniu 1943 roku wszyscy Polacy przebywający w tym więzieniu zostali zwolnieni, a on przedostaje się do brytyjskiego Gibraltaru. W dniu 1 maja 1943 roku otrzymuje mundur z hełmem i na jednym ze statków brytyjskich dociera do Anglii do portu Avonmouth koło Bristolu. Stamtąd zostaje skierowany do Kingshaven w Szkocji. Po uprzednim jeszcze przesłuchaniu przez kontrwywiad brytyjski w końcu staje przed polską komisją poborową i otrzymuje upragniony przydział do polskiej marynarki wojennej.

     W Bazie Marynarki Wojennej w Plymouth spotyka go jednak kolejne rozczarowanie. Z powodu noszenia okularów zostaje skierowany do ośrodka umundurowanych, ale nieuzbrojonych żołnierzy. Na odchodne jeszcze słyszy komentarz: – „W polskiej marynarce wojennej tylko admirałowie mogą nosić okulary”. Tam jednak jak pisze wreszcie dopisało mu szczęście. Staje bowiem przed komisją poborową do 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Aby przechytrzyć komisję, jako krótkowidz zdejmuje więc okulary i jednocześnie „wkuwa na pamięć litery z tablicy okulistycznej”. Ten blef po jakimś czasie zostaje jednak wykryty, z natychmiastową groźbą wydalenia z Brygady. Jednak kapitan Graaf (imię?) dowódca 7. kompanii po wysłuchaniu jego nieprawdopodobnych przejść na trasie z okupowanej Polski do Wielkiej Brytanii, lituje się nad nim i zatwierdza jego udział w tej jednostce. W końcu bierze udział w legendarnej dzisiaj dla nas Polaków bitwie pod Arnhem. Jednak ani razu nie korzysta z broni palnej. Jak wspomina:- Tak się złożyło, że nie zabiłem żadnego Niemca. Zrazu nasz 3 baon był w odwodzie dowódcy, a atak niemiecki został odparty bez konieczności użycia odwodu. Potem opóźniona przeprawa na północny brzeg Renu w nocy z 23 na 24 września 1944 r. została przerwana z powodu wstającego dnia i nie dostałem się do Oosterbeek jak część moich kolegów. Pozostało mi tylko przetrwać ciągle powtarzany ogień niemieckiej artylerii i moździerzy, co już nie było moją zasługą, ale darem losu. Po powrocie do Anglii długo wstydziłem się tego, że nie użyłem swego karabinu. Trwało to do czasu, gdy podjąłem studia medyczne w Edynburgu, gdzie przekonano mnie o wyższości ratowania życia ludzkiego nad jego zabieraniem”.

Strony: 1 2 3

Bear