Janusz Maszczyk: Moje niezwykłe lata ze Stalinem w tle

Wówczas wyraźnie już poirytowany pan profesor przerwał ten długi uczniowski monolog chwały i z rozbrajającym grzecznie uśmiechem zapytał tego ucznia:

-„Bardzo cię chłopcze przepraszam. Ale jeszcze nie wymieniłeś w potoku tych przekazów – krasnoludków”.

Wymagający wiedzy od uczniów, ale niezwykle wobec nich sprawiedliwy i życzliwy. Jednym słowem cieniem na jego szlachetnej dotąd postawie, czego nie jestem sobie w stanie do dzisiaj absolutnie wytłumaczyć, było zajęte przez niego sprzeczne z zasadami etyczno – moralnymi  stanowisko i tajemnicze podjęcie wybitnie krzywdzącej i niesprawiedliwej decyzji. W wyniku, której jako członek dwuosobowej Poprawkowej Komisji Egzaminacyjnej podpisał protokół stwierdzający, że odpytywany uczeń jednak „oblał egzamin”. Mimo, iż w trakcie tego egzaminu i zaraz po jego zakończeniu, pani profesor powiedziała „no bardzo dobrze ci dzisiaj poszło”. A był to egzamin poprawkowy z języka polskiego, który prowadziła wtedy pani profesor Alfreda Lis – Gumułczyńska.

Obecnie jako już bardzo stary człowiek, zadaję sobie niekiedy pytanie bez odpowiedzi, czy czasem nie było to zdarzenie związane z incydentem, w wyniku, którego pan Zdzisław Latosiński, rodzony brat dyrektora „Staszica” pana Juliana Latosińskiego, został niesprawiedliwie osądzony i zwolniony, lub zmuszony do „dobrowolnego odejścia” ze „Staszica”. Ten niezwykły przypadek, związany z ostrym strzelaniem w kamieniołomie pekińskim opisałem już bardzo szczegółowo powyżej. Może tylko jeszcze go uzupełnię o następujący fakt. Zdającym egzamin poprawkowy był bowiem wtedy kuzynem, właśnie tego ucznia, z którego powodu pan Zdzisław Latosiński, w trybie natychmiastowym zmuszony został rozstać się ze „Staszicem”. Chyba, że pan profesor Adam Sochacki, zatwierdził wtedy zafałszowany protokół egzaminacyjny z innych jeszcze powodów. Bo i takie potknięcia zdarzały się przecież nawet wśród Aniołów.

****

W klasach najmłodszych, czyli w ósmej wtedy klasie wykładowcom języka rosyjskiego był pan profesor Wacław Bryndzki. Średniego wzrostu, szczupły, z charakterystycznymi bardzo gęstymi i zbyt długimi jak na tamte czasy siwymi włosami oraz z charakterystycznie wielką i zwisającą z szyi, przesadnie nawet długą czarną muszką, w formie wijącej się wstążki. Wysoce kulturalny, niezmiernie ludzki, uczciwy, małomówny, trochę jednak skryty jakby wiecznie się czegoś obawiał. Były mieszkaniec Krakowa. Przed 1 wojną światową po zdaniu matury ukończył austriacką oficerską szkołę rezerwy. W czasie 1 wojny światowej trafił do niewoli rosyjskiej, gdzie przebywał do 1917 roku. W 1917 roku wstąpił do tworzącej się w Murmańsku, polskiej 5 Dywizji Piechoty. Wraz z nią walczy z bolszewikami. W trakcie starć dostaje się do niewoli bolszewickiej. I tak trafił na zesłanie syberyjskie. Mimo Traktatu Ryskiego (1921) dalej jednak przebywał uwięziony na Syberii aż do roku 1928. Wyraźnie zaznaczam, że część jego kolegów została już zwolniona z Syberii przez bolszewików w 1923 roku. Od „braci Moskali” doświadcza tak wspaniałej dobroci i życzliwości, że narzucony nam Polakom komunizm potraktował nie tylko jako wielką tragedię Narodu Polskiego, ale też hańbę sprzedajnych Polaków. Wielokrotnie w zacisznych kuluarach szkolnych korytarzy, niektórym z nas, szczególnie tym o poglądach bardziej patriotycznych pośpiesznie i szeptem wykładał prawdziwe lekcje polskości. Zadawał nam wtedy niejednokrotnie zagadkowe pytania, ale co ciekawe? Nie oczekiwał jednak na te zadawane pytania naszych odpowiedzi.

„Jak sobie łobuziaki wyobrażacie lata rozbiorów Polski? Czy sytuacja Polski była wtedy inna, jakaś taka wyjątkowa? Przecież zabory to nie tylko najazdy obcych. Tak naprawdę, to w zasadzie nikt na nas właściwie nie najechał. To sami Polacy oddali i sprzedali obcym Polskę. To elity polskie były pierwsze w tym wyścigu w sprzedawaniu Polski. Czy dzisiaj nie jest podobnie? Człowiek mądry i wykształcony ma tę przewagę nad innymi, gdyż ma możliwość dokonywania bieżącej analizy sytuacji politycznej, społecznej, gospodarczej, kulturowej, it., itp. Może, ale nie musi… A wiec może mieć też sumienie, duszę oraz oczy wiecznie i szeroko otwarte i ciągle, ciągle dokonywać analizy aktualnej sytuacji. To właściwie powinna zagwarantować wam szkoła. Oczywiście nie wszystkim. Tylko tym wybranym przez naszego kochanego Boga. Ale czy wy mnie kochane bęcwały chociaż słuchacie, czy chociaż rozumiecie to co wam teraz, a nie w klasie, do tych gorących głów przekazuję?

[Zdjęcie autora z 5 czerwca 1954r. Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Staszica. Egzamin pisemny z języka polskiego, tak zwany przejściowy z klasy X do klasy XI maturalnej (wg nowych ustaleń programowych Ministerstwa Oświaty). W pierwszej ławce (nie za stolikiem?), po prawej stronie autor – Janusz Maszczyk. W tyle, za autorem jak zwykle serdecznie i życzliwi uśmiechnięty mój klasowy przyjaciel – Ludomir Małachowski. W Komisji Egzaminacyjnej uczestniczył też wtedy pan profesor Wacław Bryndzki (siedzi tyłem odwrócony; siwe włosy), człowiek z wielkim sercem, wrażliwością i polską patriotyczną duszą.]

To on pewnego dnia podczas zajęć lekcyjnych w pomieszczeniu klasowym na parterze tego budynku, w porywie patriotycznego zrywu ogromnie wzruszony i poirytowany oraz podniecony, tłumaczył nam, na czym polega przewrotność prezentowanego w sosnowieckich kinach radzieckiego filmu o Bajkale”

„Ta sentymentalna pieśń – ‘Na stepach za dzikim Bajkałem’ – jest melodią wraz ze słowami polskiej tęsknoty za utraconą Ojczyną. To nie jest absolutnie pieśń rosyjskich tułaczy! Czy może bowiem tęsknić Rosjanin, mieszkaniec z okolic Bajkału za utraconą ojczyzną?… Wszak Bajkał i Syberia to jego obecny kraj! To jego ziemia. Kochani Panowie przecież nawet, ten przekaz jest nielogiczny. Wiem coś o tym… wiem o tym bardzo dużo….ale”…….

Nagle usiadł za „katedrą” na rozwalonym koślawym krześle i ukrywając siwą głowę w swe drżące dłonie, długo bardzo nawet długo w nich jeszcze je tulił. A jego pochylona siwa głowa i przesadnie dziwnie zgarbione plecy, drgały wtedy jak kościelne pogońskie organy. Po tym potoku słów pana profesora nagle w klasie ucichły gwary. Wszyscy spoważnieli. Siedzieliśmy też wtedy solidarnie bardzo skupieni i przejęci. Dosłownie wszyscy. Niezależnie od pobrudzonych rąk i kolaboracyjnie prezentowanych poglądów politycznych. I chyba wtedy każdy z nas, na swój sposób, przeżywał to wzruszenie byłego polskiego syberyjskiego zesłańca. Takie chwile dziwnie łączyły nas wtedy wszystkich jakimiś niewidzialnymi, promieniującymi nićmi patriotyzmu. A pana profesora wzruszenie o tyle było wymowne i zarazem demonstracyjnie bohaterskie, gdyż w tamtych latach stalinizmu, komunizm w Polsce już otwarcie odsłonił swe prawdziwe zakłamane oblicze. Istniała zatem obawa, że niektórzy uczniowie pochodzący z rodzin kolaborujących, mogli we własnym mieszkaniu zadenuncjować postawę pana profesora. Takie po prostu były wtedy realia i codzienne pieskie polskie życie.

W starszych natomiast klasach, od klasy dziewiątej do maturalnej wykładowcą języka rosyjskiego był pan profesor Henryk Tazbir (K.P. z 1984, s.251). Niezwykle kulturalny spokojny, tolerancyjny, przyjacielski i życzliwy profesor. Niemiłosiernie jednak wykorzystywany przez niektórych niesfornych licealistów. Do dzisiaj nie potrafię więc sobie logicznie wytłumaczyć dlaczego akurat tak przyzwoitego belfra niektórzy uczniowie tak prostacko, a nawet po chamsku traktowali. Zadaję sobie to pytanie wielokrotnie. Co było przyczyną, że nawet ja ten wiecznie chory moralista i szukający też sprawiedliwości, jednak przymykał wtedy na to swe oczy? Dlaczego na boga milczałem?… Dlaczego?… Z tego powodu mam do dzisiaj ogromne wyrzuty sumienia. Te chamskie zachowania niektórych licealistów tuszowali też jednak jego koledzy i koleżanki z rady pedagogicznej. Oceniając jego postawę negatywnie. Broniąc chamskie zachowanie uczniów, przypinali więc jemu łatę – „nauczyciela fajtłapy”. Podobną zresztą negatywną o nim ocenę wystawił mu nawet woźny z tego liceum, w trakcie wizyty mojego ojca, Ludwika Maszczyka, w „Staszicu”.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8

Bear