Janusz Maszczyk: Moje niezwykłe lata ze Stalinem w tle

-„To co teraz zrobiłem, to jest prezent dla mojej ciężko chorej mamy. Bo moja mama panie profesorze, to”…

Moim pośpiesznym wyjaśnieniom pan profesor był chyba tak ogromnie zaskoczony i wstrząśnięty moralnie, że poruszyło to też jego sumienie. Bowiem już z samego rana na drugi dzień, przyszedł specjalnie do naszej klasy i w obecności wszystkich siedzących już na krzesłach za stolikami licealistów i prowadzącego już zajęcia innego profesora powiedział, że „już tyle lat uczy i wychowuje młodzież, ale dopiero wczoraj zobaczył to, że są wartości cenniejsze nawet od nauki. To miłość i troska o rodzinę. A o tym musiał mi przypomnieć dopiero malutki uczeń”. Na zakończenie jeszcze powiedział: – „Ta noc… była dla mnie i mojej żony okropna. Nie przespaliśmy jej bowiem tak jak zwykle spokojnie”. Od tej chwili zawsze już wyczuwałem z jego strony jakieś specjalne, nawet przesadnie specjalne wobec mnie względy. A to z kolei ogromnie mnie peszyło.

****

Jak już powyżej zasygnalizowałem był jeszcze drugi profesor matematyki. A był nim pan Józef K. Mężczyzna szczuplutki i niskiego wzrostu. Ponoć pochodził z Kresów Wschodnich, ze Lwowa. Zawsze elegancko odziany w garnitur z nieodłącznym krawatem i ze starannie przylizanymi do czaszki włosami. Człowiek niezwykle jednak pobudliwy z wyszukanymi manierami lwowskiego batiara. Człowiek, który przy tym stanie psychiki, absolutnie nie nadający się do nauki ani dzieci, ani też młodzieży w szkołach. O ich wychowaniu to nawet już nie wspominam. Między panem profesorem a nami dochodziło więc do wiecznych scysji i ostrych spięć. Przypominam sobie jego wieczne napastliwe i wyjątkowo złośliwe uwagi kierowane do mojego przyjaciela klasowego Witolda Wideryńskiego8/. W trakcie jednej z takich krzykliwych scysji rzucił w odchodzącego od tablicy Witka zeszytem z taką siłą, że „kajet” rozleciał się na drobne kawałki, a poszczególne kartki zalegały niemal na całej podłodze przed stolikami uczniowskimi i katedrą pana profesora. Na jego wulgarne krzyki, by „kartki teraz sobie ten gówniarz pozbierał”, Witek ku zdumieniu wszystkich uczniów w klasie na ten pełen krzyku i gniewu nietaktowny zwrot nawet nie zareagował. Tylko spokojnym krokiem poszedł w stronę swojego uczniowskiego stolika i spokojnie usiadł na krześle. A pan profesor już wyraźnie rozwścieczony prowokował go dalej kierując pod jego adresem różne nieparlamentarne słowa. Witek tym czasem w ogóle na te grubiańskie prowokacje absolutnie nie reagował. Ten ponoć pochodzący z robotniczej rodziny chłopak, jakże mi wtedy zaimponował swą odwagą i ludzką uczniowską godnością. Inne grubiańskie zachowania pana profesora może już tym razem tylko kilkoma słowami zasygnalizuję. Upośledzonego garbem kolegę klasowego Zdzisia K. ordynarnie zwymyślał od tumanów i nieuków i wytykał mu jego kalectwo. Janusza B. wiecznie głośno i napastliwie ośmieszał zniekształcając z lubością jego nazwisko. Natomiast Janusza S. ośmieszał przed całą klasą wytykając mu przy każdej okazji jego ponoć nadmiernie odstające uszy. Był według informacji wynikających z Ksiąg Pamiątkowych ponoć jednak doskonałym matematykiem. W tych przekazach zapomniano jednak podać, że jego przedmiot w naszej klasie cieszył się takim powodzeniem, że około aż 20. uczniów miało ocenę niedostateczną i ciągle walczyło o zaliczenie przedmiotu na stopień dostateczny. Tylko dwaj uczniowie byli wyróżniani: jeden z oceną bardzo dobrą, a ten drugi z dobrą. Ten jego specyficzny „pedagogiczny”stosunek wobec uczniów był przez grono profesorskie do tego stopnia po „przyjacielsku” tuszowany, że jego pogrzeb w Sosnowcu przerodził się w pewnej chwili w demonstrację miłości i smutku. Ale o to zadbała już skutecznie tuba Komitetu Miejskiego PZPR w Sosnowcu – ówczesny lokalny Wydział Oświaty.

****

Lekcje z fizyki od 8. klasy aż do matury były wyłączną domeną pana profesora Stanisława Bomskiego, popularnie przez nas zwanego Stasiem. Był przedwojennym absolwentem „Staszica”. Ogromnie miły, wrażliwy oraz dowcipny człowiek o głębokim wprost ludzkim sumieniu. Lubił chorobliwie stawiać oceny niedostateczne, które natychmiast pod koniec już trwania zajęć lekcyjnych skreślał.

Pedagog obdarzony głębokim nieskazitelnym wrażliwym sumieniem i zasadami moralno – etycznymi. Jego słowa: – „niech siada, znowu nic nie umie…[…]… Dzisiaj dostaje dwie dwóje: jedną za brak zeszytu, a drugą za plecenie głupstw, a…a… jeszcze trzecią na dodatek żeby wreszcie wziął się za naukę” – odbieraliśmy jak ojcowski pouczający nas klaps. Chyba w ciągu długich lat posługi pedagogicznej w „Staszicu” absolutnie nikogo nie oblał, a natomiast jak tylko mógł to wyciągał zawsze życzliwą rękę. Jak opowiadał mój brat Wiesław Maszczyk, to pan Stasiu Bomba miał wiele zastrzeżeń do dwóch koleżanek i kilku kolegów z tego liceum. To właśnie według jego przekazów do mojego wujka, panie profesor z historii i polonistyki, już w pokoju nauczycielskim, zanim oblały ucznia, to ustalały odpowiednio niskie stopnie. Jak mawiał – „traktowały ‘Staszica’ jak własny folwark, a uczniów jak parobków. To były bez litości i chore z nienawiści kobiety” – powie po latach gdy przebywał już na emeryturze. Człowiek kochający rodzinę, Boga, Naród i Ojczyznę. Człowiek głębokiego honoru, który w latach gdy zniewalano Ojczyznę, jako jeden z nielicznych profesorów w „Staszicu” publicznie kpił, jak to określał  z „Cieni targowicy”, która tym razem serwuje nam komunizm. W trakcie mojej matury, gdy pani profesor z historii, mająca jeszcze wtedy tylko średnie wykształceni, zarzucała mi, że znowu fałszuję polską historię, to on będąc w komisji egzaminacyjnej gwałtownie przerwał jej te antypolskie plwociny i wziął mnie w obronę. A później już na korytarzu szkolnym obok auli pocieszając mnie ściszonym głosem, tak by nikt tego co mówi nie usłyszał, tłumaczył:

-„W czasie okupacji niemieckiej tylko nieliczni kolaborowali, a prawie cały Naród stawiał Niemcom opór. Dzisiaj w czasie okupacji sowieckiej jest odwrotnie. Tysiące, a może i miliony kolaborują, dalsze miliony przyjmują pozycję strusia, a tylko jednostki są pełne godności i honoru. I to one jeszcze tylko stawiają opór”.

****

Piękno ojczystego kraju, starał się nam przekazywać pan Adam Sochacki (K.P. z 1984, s.251), przedwojenny jeszcze pedagog z wykształceniem wyższym geograficznym. Jeden zresztą z najwybitniejszych w Zagłębiu Dąbrowskim geografów, posiadający ogromną wiedzę i obdarzony też niezwykłymi zdolnościami ich przekazywania innym. Wielki przedwojenny jeszcze podróżnik nie tylko po Europie. Członek wielu komitetów geograficznych. Współautor wspaniałego „Przewodnika po Zagłębiu Dąbrowskim” 9/. W trakcie przekazywania nam informacji, szczególnie dotyczących naszego sąsiada ze wschodu, potrafił w tych trudnych stalinowskich czasach zachować twarz patrioty i wielkiego Polaka. Przypominam sobie jak jeden z uczniów przesadnie wychwalał Związek Radziecki, za każdym razem zaznaczając, że:

„ZSRR produkuje najwięcej w świecie bawełny, buraków cukrowych, pszenicy, żyta, ziemniaków stali i żelaza, itd.itp”….

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8

Bear