Janusz Maszczyk: Moje niezwykłe lata ze Stalinem w tle

-„No cóż bęcwały? Jak mnie dochodzą słuchy, to przerabiacie akurat Adama Mickiewicza. Polecam więc wiersz pod tytułem „Nocleg”. Nigdy w życiu nie byłem w wojsku…ale…

Nagle zawahał się i po cichutku jeszcze powiedział:

„Tym wszystkim bęcwałom, którym dzisiaj wpisałem do dzienniczka dwóję… udzielam dyspensę. Zaraz wygumuję w pokoju nauczycielskim wszystkie wpisane oceny niedostateczne… O ile tam tylko jeszcze zdołam dojść…. To tylko tyle, i aż tyle na dzisiaj”.

Tego dnia bardzo powoli i niezwykle ociężale podnosił się z krzesła. Tak jakby go dopadła nagle jakaś choroba. Ten zazwyczaj z natury dziarski staruszek, dzisiaj z opuszczoną głową, dostojnie i zgodnością profesorską opuszczał pomieszczenie klasowe. A niektórzy uczniowie jakby wyczuwając niezwykłość zdarzenia i chwili, zastygli w powadze i żegnali go wzrokiem, przyjmując postawę stając na baczność.

****

     Popychadłem szkolnym był pan Turliński (imię?). W tamtych czasach już bardzo sędziwy człowiek. W przeciwieństwie do naszych niektórych profesorskich osobistości, mających o sobie wygórowane mniemanie, on pozostawał zawsze skromny i cichy. Człowiek o ogromnej kulturze osobistej, jeszcze dawny woźny z okresu II Rzeczypospolitej Polski. Chodząca skarbnica wiedzy i historii tego obecnie już zaniedbywanego, a kiedyś uroczego budynku szkolnego. Znający jak mawiał wszelkie niezwykle skrywane nawet tajemnice i sekrety „Staszica”, jego dyrektorów i profesorów, sięgające jeszcze dawnych czasów, gdy w tym budynku był uczniem „chłopiec z Sosnowca” – Jan Kiepura. Może niejako przy okazji wspomnę, że o dawnym uczniu – jak mawiał Janku Kiepurze – nie miał najlepszego zdania. Jak pewnego dnia, gdy kolejny już raz zagościłem w jego „kanciapie” mawiał:

-„Może i Janek żył śpiewem i muzyką? Ale z tego co wiem, gdy nawet jak był jeszcze tylko uczniem, to najbardziej interesowały go pieniądze. I to tylko wielkie pieniądze i sława”.

Niezwykle taktowny i spokojny towarzysko, życzliwy i ludzki wobec każdego ucznia. W kontaktach osobistych, a spędzałem na pogawędkach w jego usytuowanej na parterze „kanciapie woźńego” setki razy, przypominał mi mojego wiecznie rozmodlonego dziadziusia z Katarzyny. Może więc dlatego intuicyjnie wyczuwałem w nim jakąś wyjątkową życzliwość wobec mojej skromniutkiej uczniowskiej osoby.

Trzecim woźnym i zarazem palaczem w kotłowni szkolnej był pan Chalcarz (imię?). Ponoć góral z okolic Zakopanego. Zamieszkiwał wraz z rodziną, żoną i dwojgiem synów w malutkiej ale przepięknej pod względem wystroju architektonicznego stróżówce, która była usytuowana, tuż, tuż przy głównym wejściu na teren „Staszica” od strony ulicy Stefana Żeromskiego. Jego dwaj synowie ukończyli w późniejszych okresie czasu wyższe studia, a Edziu Chalcarz, gdy już byłem młodzieńcem był moim nieodłącznym przyjacielem.

[Źródło: – www.WikiZaglebie.pl. Po lewej stronie widoczna stróżówka, w której z rodziną zamieszkiwali państwo Chalcarz.]

Pan Chalcarz swój pracowity dzień dzielił zawsze na prywatne usługi pana woźnego M. i pośpieszną później obsługę kotłowni szkolnej, gdyż budynek ten ogrzewany był centralnie poprzez kaloryfery. Natomiast już po południu, gdy mury tego przepięknego budynku na dobre już opustoszały, to ponoć sprawował też jeszcze funkcję szkolnego dozorcy. Przypuszczam więc, że z ogromną ulgą witał kolejne zmiany pory roku, gdyż nie musiał już wtedy wrzucać poprzez specjalny otwór usytuowany od strony parku szkolnego do czeluści kotłowni wielu ton przywożonego co roku węgla i koksu. Po zakamarkach szkolnych przemieszczał się zawsze w bardzo zniszczonym i zabrudzonym roboczym stroju. Podobno był byłym legionistą naszego dziadka Józefa Piłsudskiego. W okresie rodzenia się naszej Ojczyzny – jak mawiał mi na ucho – tak w 1920 roku „pogonił bolszewickich czerwonoarmiejców, że dopiero zatrzymał się w Kijowie”. Podobno ten incydent, a raczej partyjny hak woźnego M. tak na nim zaważył, że każdy dzień przeżywał w depresji psychicznej. Bardzo go lubiłem.

****

     W tamtych stalinowskich latach w „Staszicu” było dwóch etatowych matematyków. Diametralnie się jednak od siebie różniących. Zarówno posturą, wiekiem, znajomością przedmiotu, inteligencją, kulturą i życzliwością wobec uczniów. Jednym, o którym już wspomniałem, był pan profesor Zygmunt Błaszczyk (K.P. 1984, s.250). Człowiek o pokaźnej posturze, z charakterystycznie przystrzyżonymi zawsze na jeż siwymi włosami. Wśród naszego grona nauczycielskiego prezentował się jako starszy już wiekiem człowiek. Świetny wykładowca, ale niezmiernie też wymagający. Może trochę zbyt profesorski wobec uczniów. Ale nigdy nie paplał w pokoju nauczycielskim i nie podjudzał też innych pedagogów na uczniów. Nawet na tych, z którymi wydawało się, że ma z nimi na „pieńku”. Tak jak to niestety ale czyniły ponoć uchodzące w Księgach Pamiątkowych za autorytety pedagogiczne dwie kobiety. Jedna wykładowczyni historii, a ta druga to polonistka. O czym się dopiero dowiedziałem jako już dorosły człowiek od jednego z członków naszej szeroko rozumianej rodziny. A był nim mój wujek Gienek Maszczyk z pogońskiej uliczki Mazowieckiej, wieloletni przyjaciel pana profesora Stasia B. i jego zacnej małżonki.

Był przez uczniów lubiany i szanowany. W tym czasie moja mama bardzo poważnie zachorowała i od wielu już dni przebywała w szpitalu przy ulicy Konrada (obecna ulica Odrodzenia), na oddziale ginekologicznym. Mój ojciec więc, codziennie ją odwiedzał, niekiedy nawet w godzinach przed południem, za zezwoleniem swoje zakładowego dyrektora. Jej nagłą i bardzo poważną chorobą byłem ogromnie wtedy przerażony. Więc starałem się za wszelką cenę uzyskiwać jak najlepsze oceny przedmiotowe, które później na przerwie wypisywałem kredą na parkanie otulającym jeszcze wtedy budynek i park szkolny naszego liceum, tuż przy stróżówce pana Chalcarza, od strony uliczki Stefana Żeromskiego, przy bramie i furtce wiodącej jeszcze wtedy na teren naszego liceum. Podobno te oceny według mojego ojca ogromnie ją podbudowywały psychicznie i mobilizowały do dalszego życia. Ojciec w trakcie pieszej wędrówki do szpitala, w którym za niedługo jak na ironię losu zmarł, odnotowywał je więc skrupulatnie i przekazywał później w szpitalu leżącej tam ciężko chorej mojej mamie. W trakcie jednej lekcji z matematyki, będąc odpytywany przy tablicy, ogromnie podenerwowany coś pokręciłem. Muszę jednak uczciwie powiedzieć, że nigdy nie byłem wirtuozem matematycznym. Matematyki nawet raczej nie lubiłem. Pan profesor prawdopodobnie podenerwowany, aby mnie pobudzić do szybszego refleksu myślowego, zareagował z żartów kopnięciem mnie nogą w siedzenie.Oczywiście, że ten klaps nogą był delikatny i natychmiast rozwiązał wszelkie moje wątpliwości. Z radością więc zaraz na przerwie międzylekcyjnej, bardzo szybko udałem się w umówione miejsce, by kredą napisać uzyskaną ocenę z matematyki. W trakcie wypisywania tej nieszczęsnej oceny na murze, natknąłem się jednak nagle i niespodziewanie na mojego pryncypała. Bowiem pan profesor Zygmunt Błaszczyk akurat w tym samym czasie opuszczał już tereny naszego „Staszica”. W wyniku jego ostrej reprymendy, pełen przerażenia wyjaśniałem, jak on to określił, powód mojego bazgrania kredą parkanu szkolnego:

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8

Bear