Janusz Maszczyk: Moje niezwykłe lata ze Stalinem w tle

[Zdjęcie autora współczesne. To od widocznej na zdjęciu uliczki Mariackiej i od wysokiej latarni, która obecnie stoi na dawnym terenie boiska do gry w koszykówkę, wykonywaliśmy rzuty granatem trzonkowym w kierunku wschodnim. Po prawej stronie dawna sala gimnastyczna, a po lewej stronie zaledwie kilka kroków obok drzewa stał dawny budynek Domu Kultury „Metalowiec”. Obecnie podobno dostosowany już wyłącznie tylko do celów mieszkalnych.]

[Zdjęcie z zasobów autora z 1957 roku, lub 1958. Klepisko boisko szkolne do gry w koszykówkę. Po prawej stronie w spodenkach sportowych – Janusz Maszczyk. Po lewej stronie widoczny D.K. „Metalowiec”, a przed nim parkan jaki kiedyś odgradzał boisko szkolne do gry w koszykówkę od tego budynku.]

Równocześnie w powstałą lukę sprawnościową, na wzór radziecko – chiński wprowadzono nową dotąd nieznaną nam dyscyplinę sprawnościową. A było nią – pokonywanie na czas toru przeszkód. Na pewien więc czas kosztem naszego boiska do gry w siatkówkę i skoczni, powstał wieloetapowy tor przeszkód. Składający się z pionowych deskowych ścianek, równoważni i tuneli z rur ocynkowanych. I tak prawie na każdej lekcji z wychowania fizycznego pokonywaliśmy już odtąd około 40. metrowej długości tor przeszkód. Jednocześnie, niemal w tym samym okresie czasu, wprowadzono też tak zwane „ćwiczenia oddechowe”. Czwórkami niczym w wojsku, maszerowaliśmy więc po klepiskowym szkolnym terenie, głośno do tego jeszcze skandując bardzo wtedy popularne hasła, ponoć antyimperialne:- „Nie da rady złamać chłopa Radio Wolna Europa”, czy „Od bieguna do równika leży imperialistyczna Ameryka”, albo „Churchill, Truman i Acheson jutro wszyscy was powieszą”. W rytm przeraźliwego gwizdka i rytmicznych klaśnięć w dłonie pana profesora z WF, wznosiliśmy więc kolejne hasła. Aby nasze ewentualne chyba potknięcia w marszu można było jednak w mig wychwycić, to pan profesor śledził nas po uprzednim wdrapaniu się na wysoki sędziowski piedestał metalowy, jaki stał obok przy boisku do gry w siatkówkę. Jakże wtedy wstydziłem się tych głupawych dla mnie ćwiczeń oddechowych i wznoszonych idiotycznych okrzyków. Tym bardziej, że mieliśmy je ponoć zaprezentować w pochodzie 1 Maja idąc ulicą Czerwonego Zagłębia. Na szczęście do tego jednak nigdy nie doszło.

Kolejne w tamtym czasie wyjątkowo wzniosłe szkolne inicjatywy, nie wiadomo jednak przez kogo wprowadzone, to „prasówki”. Już od ósmej klasy wprowadzono więc w liceum niezwykle ponoć pouczające nas lekcje z zakresu bieżącej historii, tak zwane „prasówki”, w których głównie prezentowano imperialistyczny charakter państw zachodnich, a zachwalano natomiast program jaki nam zaoferował Związek Radziecki i sprzymierzone z nim inne państwa socjalistyczne. Państwa w przeciwieństwie do zachodu, które ponoć pragnęły tylko stabilizacji życia i wiecznego pokoju. Zwykle więc codziennie, później już tylko raz w tygodniu, odpowiednio do tego celu dobrane panie profesor, komentowały i tłumaczyły nam ponoć niezwykle zawiły literacki sens wypowiedzi zawartych w artykułach prasowych z Trybuny Robotniczej i Trybuny Ludu. Te interpretacyjne wyjaśnienia tłumaczyły nam panie profesor z języka polskiego i historii. Te „prasówki” były tak wspaniałe i doniosłe, że na głowę biły późniejsze ideologiczne wykłady, których byłem mimowolnym też świadkiem w kopalnianych podziemnych czeluści, w trakcie organizowanych tam codziennie z samego rana „felezunków”. Serwowane nam w „Staszicu” „prasówki” jednak umarły śmiercią naturalną z chwilą tylko odejścia w zaświaty Józefa Stalina.

****

Mimo czynionych wysiłków umysłowych w kojarzeniu kolejnych podobizn pedagogów, absolutnie nie jestem obecnie w stanie określić imiennie praworządnego zastępcy pana dyrektora. Możliwe, że ma niepamięć jest jednak niezwykle uzasadniona. Faktyczna bowiem rola zastępcy w tamtych latach spoczywała w rękach „pierwszego woźnego” z tego liceum. To wyraźnie się odczuwało w liceum niemal na każdym kroku. Ten ponad stukilogramowy średniego wzrostu mężczyzna, niezwykle bystry, niekiedy swoim zachowaniem i prezentowaną postawą sprawiał bowiem faktycznie wrażenie, że w „Staszicu” jest ważniejszym nie tylko od pedagogów, ale i od samego pana dyrektora. O każdym zresztą z nich – w trakcie, gdy tylko z nami niekiedy rozmawiał – miał o nich też swoje wyszukane prostackie określenie, które głośno i z namaszczeniem nam ogłaszał. W trakcie tych niezwykłych „profesorskich” opinii nawet nie ściszał głosu, nie gardził też inwektywami. Im bardziej pedagog był osobą ludzką i okazywał swe serce uczniom i bliźniemu, tym bardziej był przez tego pana zohydzany. Bowiem profesor, będący sumieniem Narodu, powinien być prawdą. A to stanowiło już poważne zagrożenie dla ludzi, którzy wówczas sowietyzowali Polskę. W tamtym bowiem okresie czasu zgodnie z „linią partii” – jak mawiano – człowiek sumienia, to „niewolnik grzechu kapitalistycznego”. To „burżuazyjny śmieć i sanacyjny nicpoń”. Intuicyjnie więc wyczuwało się, że większość „groźnych” na co dzień profesorów w jego otoczeniu nagle miękła i przesadnie stawała się grzeczna. O niemal sterroryzowanych pracownikach z administracji to nawet nie wspominam. Wobec nich był bowiem tak nieczuły i przesadnie wymagający oraz zarazem tak pewny siebie, że przerażone sprzątaczki zazwyczaj tylko wzywał przeraźliwym krzykiem:

-Marta!.. Marta!… Marta!… No gdzież znowu ta cholera się włóczy?…

A echo jego głośnych pokrzykiwań i przekleństw niosło się i niosło, po licznych korytarzach, klasach lekcyjnych i salach liceum… W trakcie tych niemal władczych komend woźnego, nagle milkli rozgadani uczniowie i zamierali też ciszą dostojni na co dzień profesorowie. Na chwilę nawet przerywano wtedy prowadzenie lekcji, lub odpytywanie ucznia, a w pomieszczeniu klasowym zalegała wtedy grobowa cisza. Tylko po opustoszałych korytarzach tego szacownego liceum niosły się wtedy błagalne i pełne przerażenia głosy sprzątaczek:

„Idę!… Idę!… Już lecę!… Już lecę panie szefie !…

Od niego czuło się władzę. Jak często do nas mawiał:

-„My członkowie rady pedagogicznej zrobimy z wami porządek”…

Możliwe, że w tych stalinowskich jeszcze latach z racji pełnionej partyjnej funkcji też był zaliczany do Rady Pedagogicznej „Staszica”? No cóż. Niezbadane są wyroki i naciski partyjne z tamtych lat.

Przypominam sobie niezwykły incydent, który nie został jednak odnotowany w żadnej Księdze Pamiątkowej, gdy w nowo utworzonym pomieszczeniu na parterze, w radiowęźle, jeden z uczniów podłączył płytę z pieśnią Pierwszej Brygady Legionów Polskich. Nagle w skomunizowanym już zdawać się mogło „Staszicu” z zawieszonych na ścianach w każdym pomieszczeniu i na korytarzach głośników popłynęła przepiękna patriotyczna polska pieśń. Pieśń doniosła i dostojna, śpiewana przez nieznany męski chór, z solistą, o tak doniosłym i wzniosłych głosie, że w panującej ciszy klasowej słyszałem jak biło moje oszalałe ze szczęścia serce:

„Legiony to żołnierska nuta,

Legiony to straceńców los.

Legiony to żołnierska buta.

Legiony to ofiarny stos”…

To było wówczas coś niesamowitego i zapierało dech w piersiach, a wstrzymywane łzy jak obłąkane cisnęły się jednak do oczu. Zamarłem z wrażenia, gdyż to był przecież głos mojej wolnej i niepodległej Polski! Inni koledzy klasowi choć tego demonstracyjnie nie okazywali chyba jednak też zareagowali podobnie jak ja. Prowadzący wtedy z nami lekcję matematyki szacowny siwy już staruszek, pan profesor Zygmunt Błaszczyk, gdy usłyszał tę przepiękną polską patriotyczną pieśń to zaniemówił z wrażenia i chyba by nie upaść na podłogę, to oparł się o ścianę. A kredę trzymaną w drżącej dłoni tak niemiłosiernie miętosił i gniótł palcami, że po chwili wokół jego stóp utworzył się wielki biały krąg. Ten przypadek w komunizowanej wtedy szkole był tak nieprawdopodobnym wydarzeniem, że do końca lekcji profesorski wykład już się absolutnie nie kleił. Pan profesor siadł na krześle za biurkiem, z którego już do końca lekcji nie wstawał. Z chwilą jednak dzwonka obwieszczającego przerwę międzylekcyjną, drżącym głosem nagle obwieścił wszystkim zaskakującą dla nas wiadomość:

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8

Bear