Janusz Maszczyk: Moje niezwykłe lata ze Stalinem w tle

Nagle do auli nie wszedł, ale niemal wtoczył się podpierając laską pan dyrektor Julina Latosiński. Był wyraźnie nie do ukrycia cały drżący i chwiał się na nogach. Pośpiesznie w rejonie sceny zwołał całe grono profesorskie do siebie. Jednocześnie gwałtownie i zamaszyście trzymaną w dłoni laską zaczął coś gestykulować nie ukrywając już w trakcie przekazów swego przerażenia. Niektórzy z grona nauczycielskiego stali jakby osłupieni i również przerażeni. Coś między sobą zamaszyście gestykulowali i tajemniczo też szeptali. Już po króciutkiej naradzie spocony już kompletnie pan dyrektor powolutku wdrapał się po drewnianych schodkach na zabudowaną scenę. Dalej niezwykle podenerwowany zaczął wymachiwać rękami i trzymaną jak zwykle w dłoni laską. I nagle w naszą stronę, ku naszemu zdumieniu i zaskoczeniu popłynął rozpaczliwy jego lament, że jakiś przebrzydły bikiniarz, czy chuligan szkolny, nabazgrał kredą na szkolnej korytarzowej ścianie jakieś okropne słowa. „A są to tak straszne i okropne słowa, że nawet nie mam odwagi by je głośno i publicznie wypowiedzieć!” Adresując te słowa wyraźnie skierowane w naszym kierunku, cały czas równocześnie wycierał też chusteczką swą spoconą twarz. Oczywiście, że w trakcie tych dyrektorskich utyskiwań prawie całe grono profesorskie nawet się dalej nie zastanawiając i nie dochodząc prawdy, natychmiast wskazało winnego. Winnym mógł być wyłącznie tylko uczeń ze „Staszica”. Do tego jeszcze – bikiniarz i chuligan! Tymczasem pan dyrektor nadal wycierając twarz chusteczką w pewnej chwili zaczął głośno wzywać na scenę mojego klasowego kolegę:

„ Niech tu zaraz do mnie podejdzie….no, no…ten…no…ten… Henryk P.….Twój ojciec był znanym w Sosnowcu długoletnim działaczem komunistycznym. Więc tylko twoje ręce są godne zetrzeć ze ściany ten plugawy i ordynarny napis… Proszę Henryku zabrać od woźnego mokrą ściereczkę i zaraz razem zetrzemy ze ściany te okropne słowa”…

Mówiąc to, a raczej wykrzykując już pojedyncze słowa, cały czas wycierał chusteczką chyba dalej spoconą swą twarz. Stałem wtedy stosunkowo blisko mojego kolegi klasowego. I nagle zdumiony usłyszałem jego na tyle głośne i chyba też niekontrolowane słowa:

-„O kurwa! A co mnie to wszystko może obchodzić!”

Po tych słowach wypowiedzianych w „Staszicu”, absolutnie nie przypuszczałem, że Heńka za kilkanaście lat jeszcze raz spotkam i to w gmachu i w sytuacji jakiej się wówczas absolutnie nie spodziewałem. Już wówczas na stałe mieszkałem w Katowicach. Pewnego dnia idąc katowicką uliczką, spotkałem całkiem przypadkowo dawnego mojego przyjaciela z koszykarskich jeszcze lat z KS „Stal” przy Hucie „Sosnowiec”, a był nim Andrzej P. On wówczas poprosił mnie na dalszą pogawędkę do stojącego obok nas gmachu, gdzie ponoć teraz od kilkunastu lat już pracuje. Tym gmachem, ku memu zdumieniu i zaskoczeniu była siedziba z czasów okupacji niemieckiej Gestapo, a po 1945 roku Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (UBP), a obecnie organu bezpieczeństwa państwa – Służba Bezpieczeństwa (SB). Budynek zwany przez katowiczan drugim Gestapo z warszawskiej ulicy Szucha, bowiem podobnie jak tamta siedziba, to również on przesiąknięty był w trakcie przesłuchań krwią i krzykami bólu zamęczanych tam polskich patriotów. Początkowo więc stawiałem opór, ale w miarę próśb miękłem i miękłem coraz bardziej. W wyniku dalszych z jego strony licznych próśb, w końcu jednak wyraziłem zgodę i tak po kilku minutach znalazłem się w jego służbowym gabinecie. W gabinecie, gdzie poza stołem i krzesłami stały jeszcze tylko dwie lub trzy o ile pamiętam wysokie, na głucho pozamykane żelazne pancerne szafy. Po wymianie wzruszających dla nas obu wspomnień z dawnych jeszcze młodzieńczych koszykarskich spotkań i wypiciu też kawy, w pewnej chwili udałem się do wskazanej przez Andrzeja – toalety. Po wyjściu z niej tak się jednak zagubiłem w tym długim i mrocznym korytarzu, że absolutnie nie mogłem rozszyfrować, za którymi drzwiami przed chwileczką przebywałem. Korytarz w tym urzędzie SB był bowiem nie tylko wyjątkowo długi, ale po jego dwóch stronach wmontowane było co najmniej kilkanaście identycznych wprost bliźniaczo podobnych do siebie drzwi. Aby więc odszukać pomieszczenie, które dopiero co przed chwilą opuściłem, nerwowo więc zapukałem do jednych z pierwszych napotkanych na pierwszym piętrze drzwi. Dzisiaj lokalizacji tych drzwi już oczywiście nie pamiętam. W odpowiedzi na moje delikatne pukanie, usłyszałem wtedy spoza nich głośny i ostry, wręcz rozkazujący męski głos:

-„Wejść !”

Gdy drzwi delikatnie otworzyłem, to ku memu zaskoczeniu za biurkiem zobaczyłem siedzącego w mundurze Milicji Obywatelskiej jakiegoś mężczyznę. Na naramiennikach widoczny był stopień majora… A tym majorem jak się po kilku sekundach okazało był nie kto inny jak właśnie mój dawny klasowy kolega ze „Staszica” – H.P. Nie muszę chyba głębiej uzasadniać jak tym nagłym i niespodziewanym spotkaniem byliśmy wtedy obydwaj zaskoczeni, a ja byłem tak zmieszany, że miałem kłopoty ze sformułowaniem do mojego klasowego kiedyś kolegi nawet prostego pytania. Więc po kilku zaledwie wymienionych kurtuazyjnie zdaniach pożegnaliśmy się. Mój dawny szkolny kolega przed rozstaniem, wskazał mi jeszcze pomieszczenie, którego tak podenerwowany przed chwileczką bezskutecznie szukałem. Od tego dnia już Heńka P., mojego dawnego kolegi ze „Staszica”, już nigdy w swym długim życiu nie spotkałem.

****

Już od pierwszego dnia nauki z wychowania fizycznego w obawie jak mawiano – interwencji państw zachodnich – na lekcjach z wychowania fizycznego wprowadzono naukę rzutem granatem trzonkowym na odległość. Określano to rzuty jako ćwiczenia „tężyzny fizycznej”. Rzutu na polecenie pana profesora z wychowania fizycznego wykonywano od strony uliczki Mariackiej, od siatki drucianej jaka wtedy jeszcze odgradzała boisko do gry w koszykówkę od tej cichutkiej jeszcze wtedy uliczki. Na domiar złego teren boiska był nie tylko stosunkowo wąski, ale z jednej strony ciągnęły się jeszcze zabudowania szkolne, w postaci sali gimnastycznej i zespolonego z salą zabudowania, w którym w jednym z mieszkań służbowych na parterze mieszkał pan woźny M. (imię?) z małżonką i synem. Natomiast z drugiej strony boiska, już poza parkanem stał oszklony budynek Domu Kultury „Metalowiec”.Te rzuty imitacją granatu trzonkowego nie trwały jednak zbyt długo. W trakcie bowiem jednej z tych specjalistycznych lekcji, jeden z uczniów tak zamaszyście rzucił tym granatem, że mało brakowało a doszłoby do tragedii. Rzucony bowiem ciężki przedmiot niespodziewanie zatoczył łuk w powietrzu i nie poleciał we wskazanym przez pana profesora kierunku, lecz uderzył prosto w kratownicę metalową osłaniającą okno, poprzez, które naszej lekcji przyglądał się akurat wtedy woźny szkolny. Jak to w takich przypadkach bywa, uczniowie zamiast stać z powagą, to ten rzut powitali salwą ironicznego śmiechu. Zapewne nie do śmiechu jednak było wtedy panu profesorowi z wychowania fizycznego, gdyż mogło dojść do bardzo poważnej tragedii, bowiem woźny pan M. tylko cudem uniknął ciężkiego urazu głowy. A w tamtych czasach taki rzut, mimo iż był nieumyślny mógł być jednak potraktowany jako sabotaż polityczny. Tym bardziej, że ten pan ponoć w tym samym okresie czasu pełnił też funkcję pierwszego sekretarza Podstawowej Organizacji Partyjnej – PZPR w „Staszicu”. Jednak grono pedagogiczne zorientowało się, że uczeń, który akurat wtedy wykonywał ten rzut granatem był wyjątkowym fajtłapą klasowym. Więc sprawę w mig delikatnie wyciszono. Aby jednak już nie doprowadzić do podobnych niebezpiecznych incydentów zaniechano więc rzuty granatem trzonkowym, wprowadzając natomiast zastępczo rzut piłeczką palantową.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8

Bear