Janusz Maszczyk: Moje niezwykłe lata ze Stalinem w tle

Wielu działaczy z tych młodzieżowych organizacji komunistycznych, co jest zupełnie zrozumiałe, zostało później w dowód wdzięczności za poparciem PZPR „profesorami, docentami, doktorami, dyrektorami kopalń, naczelnymi redaktorami, pracownikami TV i działaczami komunistycznymi”. Koniec cytatu z Księgi Pamiątkowej z 1984, s.55.

Ponieważ wątek wspomnień, dotyczący powstawania i działalności organizacji prokomunistycznych i szerzenia ideologii leninowsko – stalinowskiej w „Staszicu” jest wprost niezwykle drobiazgowo opracowany zarówno w Księdze Pamiątkowej z 1969 roku jaki i z 1984 roku, więc autor odstępuje już od dalszych przekazów tematycznych o tych organizacjach, natomiast przekaże w zasadzie tylko te wątki wspomnień, które w tych dwóch pamiątkowych księgach nie zostały absolutnie opublikowane.

Z rocznika mojego brata, Wiesława Maszczyka (rocznik absolwencki 1950/1951), spośród 98 absolwentów, tylko dwóch licealistów odmówiło wstąpienia do organizacji ZMP. O tym drugim przypadku, brat dowiedział się jednak dopiero i to całkiem przypadkowo od swego klasowego kolegi podczas spotkania absolwenckiego w „Staszicu” pod koniec lat 80. XX wieku.

Brat z powodu odmowy wstąpienia do ZMP został jednak solidnie ukarany. Bowiem mimo zdania egzaminu wstępnego do Śląskiej Akademii Medycznej w Rokitnicy, nie został jednak przyjęty w poczet studentów. Jak się bowiem okazało zadecydował o tym pisemny kapusiowy donos jakiego dokonali jego doskonale mu znani koledzy z ZMP, z młodszego rocznika ze „Staszica”.Te osoby podpisane imieniem i nazwiskiem na tym nieludzkim pisemnym donosie, w wyniku pewnych zabiegów z naszej rodziny, zostały w kancelarii uniwersytetu udostępnione mojemu bratu, więc są mu doskonale znane.

****

W tym okresie czasu kiedy już ja do „Staszica” uczęszczałem, to nasi pedagodzy prezentowali swe postawy podobnie jak nasze społeczeństwo i jak zdecydowana też większość licealistów. Wszak byli jego nierozerwalną cząstką. Mimo, iż społeczeństwo zakwalifikowało nas i naszych pedagogów do elit intelektualnych Sosnowca, to praktyka codziennego dnia nie zawsze była w kolorze różowym.

W latach 1951 – 1955 dyrektorem Liceum Ogólnokształcącego im. St. Staszica był pan Julian Latosiński6/. Człowiek inteligentny i kulturalny oraz niezwykle ludzki wobec uczniów. Na pewno bardziej ludzki niż typowy ówczesny krzykacz na stanowisku dyrektorskim. Niskiego wzrostu, szczuplutki i utykający. Więc zawsze poruszał się bardzo ostrożnie i powoli, podpierając się laską. Jako pedagog prawie niewidoczny dla uczniów w długich korytarzach szkolnych. O ile mnie pamięć nie zawodzi to tylko raz w ciągu mojej nauki dokonał hospitacji w naszej klasie. Była to lekcja z języka polskiego, prowadzona przez panią profesor Alfredę Lis – Gumułczyńską. Natomiast co nas wszystkich zdumiewało? Ano to, że bardzo często natomiast uczestniczył w tak zwanych „capstrzykach” organizowanych jeszcze przed rozpoczęciem lekcji porannych, które zawsze odbywały się od strony parku szkolnego, przed samym wejściem do gmachu liceum. Bardzo wtedy lubił w trakcie przemowy spacerować po owalnym betonowym obramowaniu fontanny jaka tam jeszcze wtedy była usytuowana (obecnie już nie istnieje). Do nas uczniów, bardzo przepraszam, ale te płomienne przemówienia jednak wtedy nie trafiały, gdyż patrzyliśmy tylko kiedy Pan Dyrektor, podpierający się laską wreszcie wpadnie do napełnionej wodą fontanny.

[Zdjęcie autora z 2000 roku. To przed tymi drzwiami wejściowymi, usytuowanymi od strony parku szkolnego, jeszcze w latach 50. XX wieku fontanna była umieszczona w owalnym betonowym baseniku.]

Jak przypuszczam, nie był jednak odpowiednio szanowany w ówczesnym Wydziale Oświaty i Komitecie Miejskim PZPR. Świadczyłby między innymi o tym taki fakt. W tym okresie jego rodzony brat, pan Zdzisław Latosiński (K.P. z 1984, s. 251) był pedagogiem przedmiotu szkolnego zwanego – Wychowaniem Wojskowym, czy Przysposobieniem Wojskowym. Przepraszam w tym przypadku za skróty myślowe. Człowiek niezwykle ludzki i życzliwy każdemu. Bardzo Go lubiłem. W tym okresie czasu chodziliśmy też na strzelnicę, która mieściła się w głębokim i długim niczym wąż boa wąwozie – kamieniołomie koło „Cmentarza pekińskiego”. W trakcie jednego z ostrych strzelań do tarcz, doszło do niebezpiecznego incydentu. Kiedy bowiem pan profesor udał się na odległość 100 metrów, do stojących tam tarcz strzelniczych, by odczytać wyniki strzałów, to wówczas jeden z uczniów z głupoty podniósł niezaładowany nabojami karabin i skierował go zgodnie z przyjętą stojącą postawą strzelca, prosto w stronę pana profesora. On przerażony, co było zrozumiałe, tym widokiem, krył się za leżącymi koło tarcz gruzami kamieni. Co oczywiście u głupowatych uczniów wyzwoliło nie do opisania objawy radości i śmiechu. Tego ucznia więc grono profesorskie ukarało niedopuszczeniem do egzaminu. Pan profesor jednak nie przewidział jednego. A mianowicie tego, że babcia tego ucznia już od II Rzeczypospolitej Polski była wysoko notowana w Sosnowcu jako członek Komunistycznej Partii Polskiej (KPP). Do „Staszica”, po kilku dniach przybyli więc zarówno pracownicy z Wydziału Oświaty, Komitetu Miejskiego PZPR jak i pracownicy z UBP. Na pośpiesznie zorganizowanej w auli szkolnej posiedzeniu rozdano uczniom karteczki, by opisali zarówno przebieg imprezy strzelniczej, jak również stosunek pana profesora wobec uczniów. Oczywiście, że w takiej sytuacji jak to zwykle w zbiorowisku szkolnym bywa, wszyscy koledzy solidarnie poparli „skrzywdzonego” ucznia. Jednocześnie na podanych im karteczkach opisali takie zmyślone głupoty, że w konsekwencji pan profesor Zdzisław Latosiński już więcej się w liceum nie pojawił. Jego miejsce zajął wtedy towarzysz delegowany z Komitetu Miejskiego PZPR, który w późniejszych latach piastował kierownicze stanowisko naczelnego sosnowieckiego cenzora.

****

Po nagłej i zaskakującej opinię światową śmierci krwawego oprawcy sowieckiego – Józefa Stalina – ktoś na szkolnej ścianie korytarza napisał białą kredą wielkie litery: – STALIN TO WIELKA DUPA! Podejrzenia jak zwykle padły na licealistów. Ten napis pojawił się akurat w wyjątkowo nieodpowiedniej chwili, bowiem wówczas gdy wszyscy już uczniowie i grono profesorskie byli zgromadzeni w auli szkolnej, by trzema minutami grobowej ciszy, uroczyście i dostojnie uczcić odejście w zaświaty „towarzysza Józefa Stalina co miał usta słodsze od malin”. Wśród zgromadzonych uczniów w kolumnach klasowych stałem również i ja. Staliśmy w kolumnie cisi i potulni, z „nabożną” miną i sztucznym namaszczeniem, jednocześnie bardzo czujnie kontrolowani  rozświdrowanym wzrokiem naszej pani profesor z historii – S.K. Sterczeliśmy umęczeni już przez długą chwilę w oczekiwaniu na nadejście pana dyrektora. On jednak bardzo długo nie nadchodził. Nagle ktoś z tyłu ze stłoczonych klasowych kolumn uczniów nie wytrzymując tego sztucznego adorowania bardzo głośno gardło „beknął”. A echo niezwykle akustycznej sali ten głos poniosło dalej, dalej i dalej…

Momentalnie więc jak to wśród uczniów najczęściej w takich sytuacjach zwykle bywa, dotychczasowy dostojny nastrój nagle pękł jak bańka mydlana i zapanowała też momentalnie w tym gronie swobodna atmosfera. Jak za sprawą czarodziejskiej różdżki niemal wszyscy jakby umówieni wcześniej wybuchnęli głośnymi młodzieńczym niekontrolowanym śmiechem. Dostojność i powaga w mig gdzieś się nagle ulotniła. Przerażona nie na żarty tym co się stało dozorująca naszą klasę pani profesor historii, S.K., natychmiast zaczęła więc nas uspakajać i besztać. A w trakcie jej spanikowanego i piskliwego krzyku, z przeciwległej ściany od strony sceny spoglądały na stojących w kolumnach licealistów sportretowane oczy wielkiego ale już nie żyjącego dyktatora – Józefa Stalina 7/. Człowieka nieobliczalnego w czynach, którego bali się wówczas nawet panicznie nie tylko sami komuniści, ale nawet najbliższa też jego rodzina. Mimo woli, w odruchu bezwarunkowym, patrzyłem więc na przeciwległą ścianę, na wiszący dostojnie o ogromnych rozmiarach portret oprawiony w grube ramy i chyba tak jak większość licealistów, poczułem nagle wtedy też wielką ulgę, że wreszcie ten bolszewicki krwawy dyktator i tyran, pękł jak bańka mydlana…

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8

Bear