Janusz Maszczyk: Moja pani profesor

****

W trakcie nauki w Liceum Ogólnokształcącym im. St. Staszica absolutnie wtedy nie wiedzieliśmy o tym, że pani profesor Józefa Trzaska podczas okupacji niemieckiej nie zajmowała się tylko sobą, ale zagłębiła się w wir polskiej konspiracji patriotycznej, o czym więcej poniżej. Podobnie nie wiedział też o tym mój brat, Wiesław Maszczyk (rocznik absolwencki 1950/1951), jak i jego koledzy klasowi. Te nieprawdopodobne jej patriotyczne, wręcz bohaterskie czyny, ku memu nieograniczonemu zdumieniu i osłupieniu, odkryłem więc zupełnie przypadkowo i to dopiero w XXI wieku, gdy całkiem przypadkowo, jakimś nieprawdopodobnym cudem, pozyskałem wspaniałą publikację książkową o sosnowieckich nauczycielach2/.

Wychowywany byłem od dziecka w jakże specyficznej atmosferze, gdzie najwyższe zasady wrażliwości ludzkiej, dominowały nad codziennym bytem. Nie jestem tego w stanie obecnie dociec, mimo iż się starałem, czy te wszystkie cechy odziedziczyłem jednak tylko w genach rodzinnych, czy po prostu zakodowałem je na skutek specyficznego poznawania życia jakie dominowało w moim rodzinnym otoczeniu, poprzez życzliwość i ludzki stosunek do drugiego człowieka. W każdym razie jako uczeń byłem wrażliwy wobec innych aż do przesady, co z perspektywy minionych lat oceniam jednak negatywnie, gdyż kłopoty sypały się same jak na zawołanie. Do tego jeszcze nagle zostałem dotknięty chorobą jąkania, co niezmiernie jeszcze utrudniało mój kontakt z niektórymi pedagogami, szczególnie z mniej wrażliwymi na tego typu dolegliwości chorobowe ucznia. A tacy przecież wtedy w „Staszicu” dominowali3/. Taka więc niewiasta pełna ciepła i ludzkiej życzliwości, jaką była pani profesor, w takich warunkach szkolnych, była niczym Anioł, darem od samego Pana Boga. Pokazała bowiem wtedy wszystkim uczniom, w tych trudnych dla nas szkolnych czasach, jak dużo dobra potrafi dać człowiek drugiemu, gdy tylko ma dobrą do tego wolę.

     Pragnę łaskawie zwrócić uwagę Czytelnika na pewien istotny fakt, jaki odkryłem, ale dopiero po wielu, wielu latach. Pani profesor Józefa Trzaska nigdy nie była wtedy w budynku „Staszica” widoczna, tak jak niektóre jej koleżanki i koledzy, którzy brylowali w trakcie akademii, przedstawień i indoktrynacyjnych spektakli w auli szkolnej, czy w trakcie płomiennych porannych propagandowych capstrzyków, jakie nam serwowano w okresach wiosenno – letnich, prawie codziennie przed szkołą, od strony parku szkolnego. Jakoś tak się zawsze ustawiała w szyku profesorskim i pośród zgromadzonych uczniów, że absolutnie nie mogę sobie przypomnieć żadnego incydentu szkolnego, w którym wiodące skrzypce należałoby tej drobnej kobiecie przypisać. Dopiero w pierwszych latach XXI wieku, co już wyżej zasygnalizowałem, dowiedziałem się o jej niezwykłych przeżyciach w czasach krwawej okupacji niemieckiej. Możliwe więc, że jako niezwykle inteligentna kobieta, a żyjąca przecież na co dzień w komunizowanym już środowisku, podświadomie chyba widziała to czego jeszcze większość uczniów wtedy nie dostrzegała. Inna sprawa, że bywali też wśród nas i tacy uczniowie co nie chcieli nigdy nic i niczego dostrzec. A były to przecież już takie stalinowskie lata, że gdy jedni już „siedzieli na atłasowych kanapach, to Ak-owcy lądowali wtedy, na więzienne prycze do gmachów UB”, a inni nawet do bezimiennych dołów śmierci. To zjawisko, gdy stosunkowo duża liczba Polaków nagle wtedy zmieniała swe dotychczasowe oblicza jest dzisiaj bez trudu dostępne w wielu publikacjach książkowych, a nawet w Internecie. Może więc warto jeszcze tylko przypomnieć, że były to lata gdy część zesłanych AK-owców na Syberię, będzie wracała do Ojczyzny, ale dopiero po 1956 roku. Natomiast tysiące innych polskich patriotów, za miłość do Ojczyzny, pozostanie tam na zawsze w bezimiennych dołach śmierci. Jak z tego króciutkiego opisu wynika, to Pani profesor jako była łączniczka z Armii Krajowej i z takim patriotycznym życiorysem, to jednak miała się czego w tych stalinowskich czasach obawiać.

****

     Jeszcze wówczas – co wyżej już zasygnalizowałem – ani wiele, wiele lat później, nie znałem jej dawnych, niezwykłych losów – jakże zwykłego przecież polskiego okupacyjnego  życia. Tacy bowiem wspaniali nauczyciele nie trafiali na karty wspomnień o moim liceum. Ale okazuje się, że wówczas była jedną z tych pedagogów, która już posiadali ukończone wyższe studia, a dyplom magisterski zdobyła w Uniwersytecie Jagiellońskim w królewskim mieście Krakowie i to jeszcze w okresie wolnej i niepodległej Polski, w 1933 roku. A przecież pośród naszego grona profesorskiego byli jeszcze wtedy nawet tacy pedagodzy, co mogli się pochwalić zaledwie tylko maturą. O tym, że jako nieliczna z grona profesorskiego naszego liceum posiadała już wówczas wyższy cenzus nauczycielski niż inni, nie tylko nigdy nie wspominała, ale nawet swym zachowaniem nie dawała tego nikomu do zrozumienia. W przeciwieństwie do innych niektórych nauczycieli, co się tym wprost nawet zachłystywali.

W latach 1934 – 1939 zatrudniona była w Gimnazjum Sióstr Benedyktynek w Staniątkach” – jako nauczycielka chemii i biologii. Ponoć już w latach 1939 – 1942, prawdopodobnie na terenie Zagłębia Dąbrowskiego, prowadziła też tajne konspiracyjne nauczanie w tak zwanych kompletach uczniowskich. Uczyła wtedy dzieci tylko według polskiego przedwojennego programu gimnazjalnego i licealnego. Już od 1939 roku należała do nielegalnej, tajnej i konspiracyjnej Organizacji Orła Białego (OOB), a od lutego 1940 roku do Związku Orła Białego (ZOB). To dzięki tej organizacji jak wspomina: „otrzymała książki i niektóre pomoce naukowe”. Jakby tych poświęceń dla Ojczyzny było ciągle za mało, to ta drobniutka i subtelna niewiasta, uczyła też jeszcze 9. uczniów, w wieku od 17 do 19 lat, z zakresu przysposobienia wojskowego. Prawdopodobnie już wtedy tropiona przez Gestapo i konfidentów, a tych ostatnich jak pamiętam w Sosnowcu i Zagłębiu Dąbrowskim wówczas nie brakowało, w 1942 roku opuszcza te strony i udaje się do jednej ze wsi podhalańskich do pięknej i malowniczej górskiej miejscowości – Ochotnicy Dolnej. W tej górskiej miejscowości prowadzi jednak dalej tajne konspiracyjne nauczanie, w tym przypadku uczy w zakresie gimnazjalnym już polskich górali oraz też te dzieci, których rodziców Niemcy wysiedlili z terenów uznanych jako integralną część III Rzeszy Niemieckiej. W trakcie nauki przygotowywała też uczniów z przedmiotów ścisłych do matury. Od 1943 roku jest też łączniczką dowódcy 1 Pułku Strzelców Podhalańskich Armii Krajowej oraz dowódcy IV batalionu z tego samego zgrupowania – mjr Juliana Zapały ps. „Lampart”4/.

****

W latach 1944 – 1945, przeżyła trzy pełne ludzkiej tragedii i trudnych nawet do opisania dramatów pacyfikacyjnych dokonywanych przez Niemców. W tym samym czasookresie już dwa razy stała przed niemieckim plutonem egzekucyjnym, gdyż miała być rozstrzelana. Jednak chyba dzięki Bogu i życzliwym ludziom jednak wtedy cała uszła z życiem. Ta trzecia pacyfikacja w Ochotnicy Dolnej, w dniu 23 grudnia 1944 roku według przekazów historycznych była najbardziej nieludzka i okrutna, tragiczna i niezwykle też krwawa.

Strony: 1 2 3 4 5

Bear