Janusz Maszczyk: Koszykarze z “Rurkowni Huldczyńskiego”

Jako ciekawostkę podaję przy każdym zawodniku w nawiasie numer zawodnika, jaki każdy koszykarz miał wtedy umieszczony z przodu i z tyłu na koszulce.

Punkty dla KS „Stal” zdobyli: Jerzy Engelking (5) – 13 punktów, w tym 1 punkt z rzutu osobistego, Włodzimierz Torbus (9) – 16 punktów, Kazimierz Niciecki (8) – 7 punktów (w tym 1 punkt z rzutu osobistego), Andrzej Kalinowski (4) – 4 punkty (w tym 2 punkty z rzutu osobistego), Jan Świderski (10) – 0 punktów, Stanisław Adamczyk (11) – 3 punkty (w tym 1 punkt z rzutu osobistego), Roman Kącki (3) – 0 punktów, Antoni Suchanek (7) – 0 punktów, Janusz Czepczyk (6) – 3 punkty (w tym 1 punkt z rzutu osobistego).

Punkty dla KS „Włókniarz” zdobyli: Lucjan Oleksiak (13) – 4 punkty, Waldemar Masior (6) – 0 punktów, Jerzy Nowiński (12) – 12 punktów (w tym 2 punkty z rzutów osobistych),Jerzy Kozubowski – 4 punkty (w tym 2 punkty z rzutów osobistych), Andrzej Bryła – 0 punktów, Janusz Maszczyk (8) – 13 punktów (w tym 6 punktów z rzutów osobistych). Z tego spotkania zachował się w moim archiwum domowym skserowany oryginalny protokół pomeczowy, który poniżej prezentuję.

[Kopia z oryginalnego protokołu pomeczowego z 29 stycznia 1956 r. pomiędzy KS „Włókniarz” Sosnowiec i KS „Stal” Sosnowiec. Do spotkania doszło w sali gimnastycznej Technikum Hutniczego na Osiedlu Rudna.]

****

Po podjęciu pracy w Katowicach w 1962 roku, już utraciłem prawie całkowicie kontakt z moimi kolegami i kierownikiem z Koła Sportowego „Stal” panem Ludwikiem Plebankiem. Ostatni raz pana Ludwika spotkałem w centrum Katowic, przy rynku głównym, na przystanku tramwajowym. Oczekiwał tam wtedy niecierpliwie na tramwaj nr 15, by nim dojechać do swojego rodzinnego Sosnowca. Ja z kolei w tym samym dosłownie czasie jechałem w kierunku katowickiego Zawodzia do KS „Słowian”, gdzie trenowałem już wtedy piłkarki ręczne. Nie mieliśmy więc wiele czasu, tym bardziej, że tramwaj pędził jak obłąkany, a my niemiłosiernie wzruszeni patrzyliśmy na siebie i łapaliśmy pośpiesznie życzliwe i pełne tęsknoty słowa, wspominając tamte jednak już na zawsze utracone sentymentalne i romantyczne czasy. Już wówczas pan Ludwik, jak twierdził, że pod względem zdrowotnym, nie czuje się tak znakomicie jak to bywało jeszcze dawniej. Po jakimś czasie dotarła do mnie niezwykle smutna informacja, że pan Ludwik Plebanek już nie żyje.

Janka Matyję, byłego absolwenta Technikum Energetycznego i mojego podwórkowego przyjaciela, spotkałem całkiem przypadkowo w Katowicach przy dawnym „Supersamie” w latach 70. XX wieku. Wspominał mi wtedy czekając na autobus, że mieszka i pracuje w Elektrowni Jaworzno. Był cały w skowronkach, gdyż jak wspominał już lada dzień spodziewa się upragnionego talonu na kupno samochodu osobowego marki Fiat 125p. W związku z tym już na wyrost w wyobraźni snuł dalekie podróże i bliższe wycieczki po zagłębiowskiej ziemi. Od tamtego czasu już niestety, ale nigdy Go nie spotkałem.

Jurka Engelkinga też byłego absolwenta Technikum Energetycznego, spotkałem całkiem przypadkowo, również w Katowicach w okolicy „Supersamu”, gdzieś w latach 70. XX wieku. Wspomnieniom rzewnym i uściskom nie było końca. Wszak doskonale jeszcze pamiętałem nie tylko jego życzliwy do mnie stosunek, ale i jego mamę, moją kochaną nauczycielkę – wychowawczynię klasową ze Szkoły Podstawowej nr 9 im. Tadeusza Kościuszki. Serdeczną też jeszcze z czasów II Rzeczypospolitej bardzo bliską przyjaciółkę mojej mamy. Obiecywaliśmy sobie wtedy solennie, że koniecznie się musi spotkać i z drobiazgami powspominać tamte sentymentalne i romantyczne sportowe chwile. Niestety ale los zadecydował odwrotnie, gdyż do tego spotkania już jednak nigdy nie doszło.

Jasia Świderskiego, byłego absolwenta Technikum Energetycznego, podobno mieszkańca Milowic, jeszcze raz miałem okazję spotkać w latach 70. XX wieku, przed Dworcem Głównym w Sosnowcu. Ja jak zwykle jechałem wtedy z Katowic do mojej już osamotnionej mamy, po sumiennym jak zwykle odpracowaniu ośmiogodzinnego dnia pracy biurowej w Katowicach. W pewnej chwili, ku naszemu zaskoczeniu, wpadliśmy dosłownie na siebie i to już na schodach wychodząc z hali dworcowej na gwarną i rozpromienioną słońcem ulicę. Rozrzewniony Jasiu tym niezwykłym przypadkowym po latach spotkaniem, wspominał wtedy, że dopiero co powrócił z delegacji służbowej po dwóch latach spędzonych w tropikalnym Wietnamie. Bardzo się wtedy spieszył więc tylko po bratersku się uściskaliśmy, gdyż liczyliśmy na dalsze spotkania, które już jednak nigdy nie nastąpiły. Dopiero wtedy w trakcie tej rozmowy dowiedziałem się dlaczego dyrektor naczelny sosnowieckiego PGR był tak przychylnie do mnie ustosunkowany, gdy pracowałem wtedy w kopalni. Po prostu był wujkiem – drogiego mi Jasia.

Stasia Adamczyka, byłego absolwenta z Technikum Energetycznego, którego za koszykarskich czasów zwaliśmy „Sinusem”, spotkałem przez przypadek,pod koniec lat 50. XX wieku, gdy trafiłem do mrocznych podziemi Kopalni „Milowice”. Z tego co zapamiętałem, to Stasiu był starszym ode mnie przyjacielem, przynajmniej o cztery lata. Już w KS „Stal” okazywał mi niemal na każdym kroku swą przyjacielską, wręcz braterską życzliwość, której towarzyszyły nadopiekuńcze gesty, szczególnie w trakcie powitania i żegnania się. W Kopalni „Milowice” był już szanowanym i cenionym inżynierem, zatrudnionym w specjalistycznym wydziale, który między innymi dokonywał pomiarów i wytyczał też prawidłowy kierunek budowy nowych chodników kopalnianych. Spotkałem Go pod ziemią, w mrocznych i przesiąkniętych stęchlizną chodnikach, zaledwie kilka razy. W trakcie tych spotkań zawsze podbiegał do mnie tak jak dawniej z życzliwym okrzykiem:

-„Witam cię Januszku”, czy „Serwus Januszku!”

I natychmiast, jeszcze w trakcie wypowiadania tych ciepłych słów, po bratersku i z widocznym rozrzewnieniem obejmował mnie swymi ramionami tuląc do swej piersi. Te braterskie gesty, dwóch dryblasów, z jednej strony potwornie umorusanego robola w wytartym i popękanym roboczym hełmie oraz brudnym i przepoconym roboczym ubraniu, a z drugiej strony cenionego już wtedy w kopalni kierownika jednego z wydziałów, odzianego w wyprasowany górniczy strój, w białym jak śnieg hełmie na głowie, były wtedy w podziemiach mrocznej kopalni niespotykanym widokiem. Te spotkania wywoływały więc mimo woli nie tylko zdziwienie, ale też niebywałą sensację i liczne późniejsze komentarze, zarówno wśród moich umorusanych kolegów jak i elegancko odzianych urzędników towarzyszących memu drogiemu serca przyjacielowi. Podobno Stasiu od wielu lat już jednak też nie żyje.

Antosia Suchanka z kolei, mojego serdecznego kolegę klasowego z liceum „Staszica”, spotykałem jeszcze w latach 80. XX wieku w Katowicach. Sugerował mi, a nawet mnie prosił o interwencję w pewnej istotnej dla jego rodziny sprawie w RSW „Prasa – Książka – Ruch”, ale ja wtedy, mimo iż byłem kierownikiem Działu Kadr i Szkolenia w tej instytucji, absolutnie nie byłem mu w stanie nic pomóc. Czy Antoś mym uczciwym usprawiedliwieniom jednak wtedy uwierzył?… Już wtedy narzekał, że pod względem zdrowotnym nie czuje się doskonale. Od tego czasu już słuch o nim całkowicie zaginął.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Bear