Janusz Maszczyk: Koszykarze z “Rurkowni Huldczyńskiego”

****

W okresie późno jesiennym i zimowym, dzięki niestrudzonej inicjatywie naszego kierownika sekcji koszykarskiej, pana Ludwika Plebanka, od pewnego czasu (rok?) zaczęliśmy już wreszcie też korzystać z sali gimnastycznej, która była wtedy doklejona do Technikum Hutniczo – Mechanicznego na Osiedlu Rudna, który to obiekt utrwaliłem na poniższym zdjęciu. Do wymienionej sali aby się jednak wtedy można było dostać, to najpierw należało pokonać od strony placu szkolnego główne drzwi wiodące do szkoły, a później do celu docierało się już tylko wąskim korytarzem szkolnym. Ta parkietowa sala gimnastyczna podobnie jak wiodące kiedyś wejście do tej szkoły są już jednak dzisiaj przebudowane. Do wnętrza sali gimnastycznej bowiem obecnie można się już dostać, bezpośrednio z placu szkolnego.

[Zdjęcie autora z 2007 r. Po lewej stronie malutki podłużny budynek, to sala gimnastyczna z dawnego Technikum Hutniczo – Mechanicznego z Osiedla Rudna.]

Sala gimnastyczna, mimo wyjątkowo mizernych wymiarów jak na wymogi tamtych zabiedzonych powojennych lat, była jednak wtedy dla nas cudownym i wprost wymarzonym obiektem sportowym. Były to bowiem jeszcze takie lata, że w Sosnowcu nie było absolutnie większych pomieszczeń parkietowych, lub były, jak na przykład stosunkowo duża sala gimnastyczna w Domu Kultury „Górnik” przy uliczce Żytniej, ale na głucho jednak jeszcze wtedy przed sportowcami wyczynowi zamknięta. O dużej parkietowej hali sportowej nawet więc wtedy nie marzyliśmy, bo były to wizje absolutnie nierealne, wprost księżycowe, więc były przez naszych opiekunów postrzegane niczym sny z innego nierealnego zupełnie dla nas świata. Wprawdzie wśród sportowców i niektórych trenerów dominowały sugestie, by na terenach dawnych opustoszałych już warzywniaków Dietla, które już wtedy bezlitośnie demolowano (dzisiejszy rozległy fragment Parku Sieleckiego od strony ul. 3 Maja), wybudować dużą halę sportowa i kryty basen kąpielowy oraz halę do sportów zimowych. Ale za kilka lat jak się okazało, to te nasze hasła i słane apele w ogóle nie były poważnie rozpatrywane przez Komitet Miejski PZPR i Ratusz. Tylko jak zwykle hipokryzyjnie grano naszymi wizjami, by nas pozyskać, do realizacji swoich osobistych planów. Ku naszemu zdziwieniu, a raczej całkowitemu zaskoczeniu, obiekty te jednak w późniejszych latach jednak wybudowano, ale kosztem o zgrozo – całkowitego zakłócenia harmonii romantycznej ciszy i soczystej zieleni bajkowych kiedyś parków: Renardowskiego i Dietla.

Powracając jednak jeszcze do sali gimnastycznej z osiedla Rudna. Przypuszczam, że człowiek pełniący wtedy obowiązki woźnego w tej szkole, sprawiający w kontaktach osobistych wrażenie raczej niekumatego faceta, był jednak doskonale zorientowany w brakach i trudnościach z jakimi się wtedy w Sosnowcu borykała większość klubów sportowych. Bowiem wielokrotnie utrudniał nam wejście do tej szkolnej parkietowej sali, dając nam do zrozumienia, by nowa umowa uwzględniała nie tylko wcześniej już ustaloną opłatę z dyrekcją tej szkoły, ale przede wszystkim w dodatkowej jeszcze postaci finansowej też i jego osobę. Motywował to tym, że otwiera salę na treningi nie tylko kilka razy w tygodniu w godzinach późno popołudniowych, ale też w soboty i niedziele, na rozegranie meczów koszykarskich.

****

     Już wtedy w sekcji koszykówki przy Hucie „Sosnowiec” prym wiedli zawodnicy, niektórzy jeszcze uczniowie, inni z kolei już absolwenci z Technikum Energetycznego w Sosnowcu z ulicy Będzińskiej. Sekcja koszykówki nawet jak na tamte powojenne czasy pozbawiona jednak była trenera, co dzisiaj sobie trudno to nawet wyobrazić. Wiedzę czerpaliśmy więc głównie z podpatrywania jeden drugiego, czy podglądając zawodników z innych koszykarskich drużyn.

[Źródło – 41-200.pl. Technikum Energetyczne im. Władysława Dyląga (zdjęcie z 1947 roku) w Sosnowcu, przy ulicy Będzińskiej.]

Uważam, że ze względu na wielkie zasługi jakie w tamtym czasie odnosili uczniowie z Technikum Energetycznego, warto chociaż w skrócie, ale ten fenomen szkolnej koszykówki potomnym jednak przekazać. Niewątpliwie ojcem tego nieprawdopodobnego sukcesu, był wtedy dyrektor z tej placówki dydaktycznej, pan Antoni Widawski. Pan Antoni Widawski i wielu członków z jego rodziny, byli naszej rodzinie wprost doskonale znani, a nawet w pewnym okresie czasu z kilkoma osobami byliśmy wprost zaprzyjaźnieni. Znaliśmy wprost doskonale jego mamę, zresztą wieloletnią mieszkankę, podobnie jak nasza rodzina, też z osiedla Huty „Sosnowiec”, ale położonego nieco dalej od Palcu Tadeusza Kościuszki, przy dzisiejszych basenach kąpielowych w Nowym Sielcu, w tak zwanych „Białych Domach”. Z Wacławem Widawskim – dla mnie Wacusiem – którego wujkiem był pan Antoni Widawski, przyjaźniłem się, gdy był jeszcze uczniem w tej samej co i ja, Szkole Podstawowej nr 9 im. Tadeusza Kościuszki (dawna Aleksandrowska). Znaliśmy też doskonale rodzinę pana Antoniego, ze strony jego siostry. Byli to Państwo Skwarkowie. Z Januszkiem i jego braciszkiem Józiem, już jako dziecko, a później młodzieniec też zawsze utrzymywałem bardzo przyjacielskie stosunki towarzyskie. Mój ojciec wielokrotnie podkreślał, gdy jeszcze pracował po 1945 roku w Hucie „Sosnowiec” jak wiele po 1945 roku zawdzięcza – ojcu, Janusza i Józia.

Pan Antoni Widawski podobno już jako uczeń Państwowego Seminarium Nauczycielskiego im. Adama Mickiewicza w Sosnowcu pasjonował się już sportem, szczególnie koszykówką oraz wykazywał się też inklinacją organizatorską życia społecznego. Przynajmniej tak o nim zawsze z wielkim uznaniem wspominali moi wujkowie: Franciszek i Mieczysław Dorosowie, rodzeni bracia mojej mamy – Stefani Maszczyk, też uczniowie i absolwenci z tego samego seminarium nauczycielskiego, którego dyrektorem był wtedy pan Władysław Mazur. Jako dyrektor Technikum Energetycznego „doprowadził do znacznego rozbudowania placówki, zabezpieczenia podstawowych gabinetów i pracowni przedmiotowych. W społeczeństwie zagłębiowskim zyskała pozycję najlepszej”. Koniec cytatu 8. Tyle z kolei przekazują suche fakty. Z kolei mój wujek, Franciszek Doros, późniejszy kapitan 80 pp im. Strzelców Nowogródzkich w Słonimiu, już gdy powrócił z niewoli niemieckiej do Sosnowca w 1947 roku, to opowiadał mi kiedyś, że ponoć jego przyjacielem i druhem koszykarskim w sosnowieckim Seminarium Nauczycielskim, był właśnie nie kto inny jak właśnie sam Antoś Widawski. Pan Widawski sportem interesował się nawet później, gdy już w Sosnowcu był znanym Inspektorem Wydziału Oświaty Prezydium MRN, o czym mogą świadczyć nawet poniższe prezentowane zdjęcia pamiątkowe.

[Zbiory autora. Boisko KS „Stal” przy Alejach J. Mireckiego (lata 70. XX w.).

Na zdjęciu reprezentacja amatorskiej drużyny piłki nożnej z Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Sosnowcu. Od lewej: jako kapitan drużyny, Inspektor Wydziału Oświaty MRN – pan Antoni Widawski, 3. w kolejności Przewodniczący Prezydium MRN – Stefan Skrzydło, 4. w kolejności – Janusz Zawadzki (mój starszy wiekiem serdeczny kolega; Reprezentant Polski (obrońca) w hokeju na lodzie; etatowy obrońca w KS ”Stal” Sosnowiec), 5 w kolejności – Zdzisiu Wójcik (mój przyjaciel, piłkarz ręczny i oszczepnik z KS „Włókniarz”). W czasach PRL w tamtej części boiska, już poza jednak boiskiem piłkarskim i trybunami, ale przed widocznymi zabudowaniami, znajdowało się klepiskowe boisko do koszykówki (lata 50. XX w.).]

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Bear