Janusz Maszczyk: Koszykarze z “Rurkowni Huldczyńskiego”

[Zdjęcia autora z 2009 roku. Po lewej stronie pośród trawy widoczne jeszcze okna dawnych boksów (odrębnych pomieszczeń) do poniemieckiego schronu przeciwlotniczego. Jak widać na zdjęciu, to do 2009 roku pozostały już tylko oryginalne kraty w oknach. Z kolei po prawej stronie, wejście do dawnej kotłowni, która wtedy ogrzewała centralnie całe Kasyno oraz jego podziemia. Budynek dawnego Kasyna obecnie jest już jednak doszczętnie przerobiony, w tym i drzwi wejściowe do widocznej kotłowni. Dawniej bowiem wiodące do kotłowni drzwi były tylko drewniane. Daleko w tyle widoczny wiadukt dawnej Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej, a po prawej stronie już za wiaduktem, dawny ceglasty gmach dyrekcji Huty „Sosnowiec”.]

Boksy schronowe już po 1945 roku pospiesznie zaadoptowano na pomieszczenia sportowe. Na szatnie, magazynki i umywalnię. W tym ostatnim wymienionym pomieszczeniu, ponoć dopiero po 1945 roku zainstalowano jeszcze kilka zawieszonych pod sufitem typowych dla tamtych czasów baterii prysznicowych, czego jednak absolutnie w 100% nie potwierdzam, gdyż niektórzy sąsiedzi z Placu Tadeusza Kościuszki twierdzili, że były już tam za czasów okupacji niemieckiej. Pozostaje więc jednak bez odpowiedzi pytanie?… Skąd pozyskano aż takie rewelacyjne, ale utajnione przecież informacje? Gdyż schrony niemieckie podczas okupacji niemieckiej nie tylko, że były niedostępne dla polskiej ludności z Urzędniczego Osiedla Mieszkaniowego przy Placu Tadeusza Kościuszki, ale zostały też wybudowane w głębokiej tajemnicy przed polskimi mieszkańcami z tego osiedla.

Kasyno już od czasu jego powstania było centralnie ogrzewane z podziemnej kotłowni. Stąd dosłownie na zawołanie zawsze dysponowaliśmy nie tylko ciepłą ale i wprost gorąca wodą. Kierownik naszej sekcji koszykówki w tym czasie jednak nie dysponował żadnym oddzielnym samodzielnym pomieszczeniem, w którym nawet mógłby przyjmować gości. Nawet sędziowie w trakcie spotkań koszykarskich korzystali z wydzielonego im na ten czas jednego schronowego pomieszczenia. Siadali po prostu na ulokowanej pod jedną ze ścian długiej i solidnej drewnianej ławie, nad którą zawieszone były proste topornie wykonane jeszcze w okresie okupacji niemieckiej wieszaki. Biuro naszego kierownika, jak to szumnie wtedy określano, czyli prosty stolik i drewniane krzesło mieściło się pośród nas, w jednym z pomieszczeń dla zawodników. Wszystkie pomieszczenia były dokładnie otynkowane i wygładzone oraz pomalowane w kolorze białym.

****

Pan Ludwik Plebanek, tak jak wówczas jeszcze mój ojciec, był też urzędnikiem Huty „Sosnowiec”, byłym też jednak żołnierzem naszej Armii Krajowej, bratem legendarnego już dzisiaj pana Józefa Plebanka, o czym już wyżej wspominałem. Ze zrozumiałych więc względów swą przynależnością do Armii Krajowej jednak się wtedy nie afiszował, a raczej w swym urzędniczym otoczeniu Huty „Sosnowiec’” tę spuściznę akowską umiejętnie utajniał. W stosunku jednak do mnie, co pragnę gorąco podkreślić, był zawsze niezwykle życzliwie ustosunkowany, niczym członek szeroko rozumianej naszej rodziny. Byłem jego pupilkiem, co odczuwałem niemal na każdym kroku. Z tego co wiem, to już wówczas znał też doskonale okupacyjną konspiracyjną przeszłość i działalność mojej mamy, Stefani Maszczyk. Czyli prowadzone przez nią w naszym mieszkaniu przy Placu Tadeusza Kościuszki nr 2 tajne i konspiracyjne nauczanie polskich dzieci. Przypominam sobie, że kilkakrotnie, gdy byliśmy już sami, w chłodnych, ale oświetlonych rzęsistym światłem lamp schronowych boksach tego Kasyna, to słał mi dyskretnie pewne sygnały, że nie tylko zna mojego wujka kapitana Franciszka Dorosa, rodzonego brata mojej mamy, byłego adiutanta dowódcy 80 PP im. Strzelców Nowogródzkich ze Słonima, ale co ciekawe wspominał też w zawoalowanej jednak formie, to iż wie o jego związkach z przedwojennym jeszcze wywiadem wojskowym, a konkretnie to z II Oddziałem Sztabu Generalnego WP. Wtedy jednak tych niezwykle ciepłych i życzliwych, a szeptanych mi niemal do ucha dyskretnych patriotycznych sygnałów jednak absolutnie nie kojarzyłem. Dopiero wiele, wiele lat później, już po jego śmierci, chyba w roku 2007, dowiedziałem się od jego zamężnej córki Szanownej Pani Elżuni Wilczyńskiejo jego patriotycznej okupacyjnej przeszłości i o jego bracie Józefie Plebanku. Wtedy dopiero szeroko otwarły się moje dotąd przymknięte oczy i skojarzyłem sobie skąd pan Ludwik mógł pozyskać te niezwykłe tajne informacje o moim wujku. A pozyskał je zapewne, z dużą zresztą dozą prawdopodobieństwa, właśnie od swojego rodzonego brata – pana Józefa Plebanka – też jeszcze jak mój wujek, przedwojennego etatowego pracownika Wywiadu II Oddziału Sztabu Generalnego WP.

****

Zarząd z kolei tego klubu, czy hutniczego Koła Sportowego, jak to wówczas zamiennie tego terminu też używaliśmy, sprawowali już urzędnicy z pobliskiej huty, o różnym zresztą stażu pracy i wykształceniu. Niektórzy z nich byli typowymi dyletantami urzędniczymi, mającymi nie tylko trudności w swobodnym poruszaniu się pośród gąszczu przepisów biurowych, ale kompletnie też nieznającymi się na sporcie wyczynowym. Sprawowali jednak wtedy swe dodatkowe przydzielone im funkcje, zgodnie z poleceniem partyjnym, według znanej też wówczas maksymy: – „mierni ale wierni”. Co ciekawe?… Z tego co wiem, to zdecydowana większość późniejszych koszykarzy z lat 50. XX w., nawet nie miała z nimi nigdy absolutnie żadnego osobistego kontaktu. Absolutnie nigdy! Również autor. Natomiast na co dzień, bezpośredni kontakt z zawodnikami miał tylko nasz pan Ludwik Plebanek. Kim był prezes tego Koła Sportowego przy Hucie „Sosnowiec”, ku memu i mojego ojca zaskoczeniu i niezmiernemu też zdumieniu, dowiedzieliśmy się więc dopiero wtedy, gdy otrzymałem poleconą pocztą odmowne pismo z jednoczesnym zawieszeniem mnie w czynnościach zawodnika na dwa lata. Była to kara za to, że ośmieliłem się jako amator, poprosić o przeniesienie mnie do Klubu Sportowego „Włókniarz” w Sosnowcu, co niżej prezentuję. Zdziwienie nasze o tyle było jeszcze uzasadnione, gdyż Prezesem tego fabrycznego koła sportowego, jak się wtedy dopiero okazało był nasz doskonale nam znany sąsiad, zresztą podobnie jak jego zacna i doskonale nam też znana cała rodzina, dosłownie z położonego naprzeciw naszych okien sąsiedniego budynku osiedlowego.To dzięki interwencji mojego ojca u pana Prezesa zawdzięczam więc w końcu pozytywne załatwienie tej bądź co bądź ale przecież kuriozalnej sprawy.

****

Precyzyjnej daty już obecnie nie pamiętam, ale formalne zwolnienie z Koła Sportowego „Stal” uzyskałem w 1954 roku i to w takim jeszcze terminie, że mogłem jeszcze reprezentować Klub Sportowy ”Włókniarz” w turnieju jaki się odbył w Stalinogrodzie (dawne i obecne Katowice ) w dniu 18 października 1954 roku. Turnieju o wejście do Wojewódzkiej Klasy A, najwyższej wtedy kategorii rozgrywek koszykarskich w każdym województwie w Polsce. Turniej ten odbył się na lśniącej parkietowej hali sportowej w Pałacu Młodzieży im. Bolesława Bieruta 5/.

[Pocztówka Pana Pawła Ptak. Ulica Nowopogońska i zbudowania jeszcze z okresu II Rzeczypospolitej Polski.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Bear