Janusz Maszczyk: Koszykarze z “Rurkowni Huldczyńskiego”

[Powyższe zdjęcie ze zbiorów autora (lata 30. II Rzeczypospolitej  Polski). Urzędnicy z „Rurkowni Huldczyńskiego” z Biura Rachuby. Od lewej pierwszy siedzi pan K. (imię?), ojciec pana Janusza i Leszka. Drugi od lewej stoi mój ojciec, Ludwik Maszczyk.]

Powracając jednak do tematyki sportowej. Jak już wyżej wspominałem uroczystość sportową miały ozdobić rozegrane towarzyskie mecze zarówno męskiej siatkówki jak i koszykówki. Siatkarze z obydwu drużyn, poza pięknymi niewidzianymi dotąd kolorowymi strojami, absolutnie mi jednak wtedy swą wirtuozerią i grą nie zaimponowali, gdyż sprawiali nieodparte wrażenie, jakby to spotkanie potraktowali w formie typowo szkolnej, a nawet i wybitnie zabawowej. To nie była więc wtedy absolutnie wyczynowa siatkówka, jaka już wówczas dominowała w kraju. Przynajmniej jaką już wówczas można było ujrzeć w kilku dużych polskich miastach. Natomiast zauroczyło mnie niezwykłe dynamiczne, pełne ekspresyjnych i nieznanych mi dotąd popisów oraz finezyjnych zagrywek koszykarskie spotkanie. W którym, ku memu rozczarowaniu i wielkiej goryczy, jednak wtedy brylowali przyjezdni koszykarze z tego warszawskiego wojskowego klubu sportowego. Ogromne też wtedy poruszenie wśród widzów wywarły koszykarskie, podobnie jak i siatkarskie stroje w jakie odziani byli warszawscy sportowcy i kierujący ich grą trenerzy. Dominowały bowiem na boisku niespotykane dotąd jeszcze w Sosnowcu piękne wełniane kolorowe, wzorzyste owerole (dresy) i gustownie skrojone oraz pełne soczystych kolorów i numerów koszulki i spodenki. Prawdziwe jednak zaciekawienie, a nawet wręcz sensację wśród licznie zgromadzonych widzów wzbudzili szczególnie jednak sami sędziowie warszawscy, niewidziani dotąd w Sosnowcu w takich nietypowych strojach, gdyż prowadzili spotkanie nie tylko odziani w niezwykle barwne owerole, ale nawet z zapiętymi wojskowymi pasami i dopiętymi doń futerałami skórkowymi, z których dyskretnie wystawały też jeszcze rękojeści pistoletów wojskowych.Jeszcze wtedy absolutnie nie miałem pojęcia, że już niebawem, bowiem już za kilkanaście miesięcy również ja stoczę z nimi boje, o czym już jednak więcej w dalszej części tego artykułu.

****

Do profesjonalnej wyczynowej koszykówki, po raz pierwszy trafiłem, gdzieś w 1949, lub w 1950 roku, grając jeszcze wtedy na przemian w siatkówkę w jednosekcyjnym klubie sportowym przy Hucie im. M. Buczka, a w dawnej Hucie „Katarzyna”. Dzisiaj niestety ale już nie pamiętam jak brzmiała wtedy oficjalnie nazwa tego katarzyńskiego jednosekcyjnego klubu sportowego. Wtedy przy Hucie „Sosnowiec” już tylko funkcjonowała sekcja koszykówki męskiej i za kilkanaście miesięcy w formie raczej relaksowej sekcja ping ponga. W każdym razie w drugiej połowie lat 50. XX w. przy Hucie „Sosnowiec” pozostały już dosłownie tylko te dwie sekcje. Bardzo ożywiona i oficjalnie uczestnicząca we wszystkich rozgrywkach w Podokręgu Zagłębia Dąbrowskiego Klasy B, sekcja męskiej koszykówki, a z kolei sekcja ping ponga, wiecznie tylko trenowała, szlifując swoją formę, w jednym z wielkich salonów pogońskiego Kasyna, przy Placu Tadeusza Kościuszki. Tę sekcję określano wtedy popularnie niezwykle enigmatycznie. Jakoby była dopiero na dorobku, a wilcze kły przy stole ping ponga to dopiero wtedy pokaże jak nabierze już odpowiedniego wyczynowego szlifu. Jak pamiętam to tego sportowego wyczynu jednak nigdy nie osiągnęła, gdyż zawodnicy, głównie młodzieńcy spoza Huty „Sosnowiec” podobnie jak i zawodniczki – urzędniczki z dawnej Huty „Katarzyna” (dwie z Działu Rachuby) raczej ping pong traktowały zawsze jako formę spotkań towarzyskich i niekończących się zabaw relaksowych. Korzystały natomiast za każdym razem ochoczo i bezpardonowo oraz przy każdej okazji z całodniowych, lub nawet kilkudniowych zwolnień z pracy zawodowej. Te bezpardonowe zjawiska wykorzystywania wówczas przez niektórych sportowców innych pracowników w zakładach pracy, poznałem dopiero głębiej wtedy, gdy mojego ojca – Ludwika Maszczyka – za obronę wiszącego na biurowej ścianie malutkiego krzyżyka z Jezusem Chrystusem, dyscyplinarnie przeniesiono z Huty „Sosnowiec”, do dawnej Huty „Katarzyna”. Nota bene krzyżyka, który na tej ścianie biurowej wisiał już od II Rzeczypospolitej Polski, poprzez całą okupację niemiecką aż do końcowych lat 40. XX wieku. W tym nowym zakładzie pracy jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice, po pewnym czasie został jednak awansowany na kierownika Biura Rachuby. Pamiętam więc doskonale takie dni jak wielokrotnie już skrajnie przemęczony pracą biurową wreszcie docierał do naszego mieszkania przy Placu Tadeusza Kościuszki. Wtedy to narzekał, iż ilekroć tylko kopertuje wypłatę dla całej kilkutysięcznej hutniczej załogi dla dwóch zakładów pracy: – dawnej Huty „Katarzyna” i Rurkowni Huldczyńskiego”, to te dwie fanki gry w ping ponga, zawsze korzystają ze specjalnej ulgi zwolnienia od wykonywanej pracy biurowej. W tej sytuacji cały ciężar pracy i oczywiście też odpowiedzialności spoczywał wtedy tylko na jego głowie. A były to przecież jeszcze lata stalinowskie, gdzie drobne nawet uchybienia traktowano jako sabotaż. Natomiast te dwie modnisie za każdym ponoć razem pokazywały wtedy mojemu ojcu stosowny glejt pisemny Podstawowej Organizacji Partyjnej PZPR z Huty im. M. Buczka, który usprawiedliwiał ich nieobecność w tym dniu w pracy biurowej.

[Zdjęcie ze zbiorów autora z lat 50. XX w. Dawne Kasyno, zwane już wtedy Świetlicą na Mieszkaniowym Osiedlu Urzędniczym Huty „Sosnowiec” przy Placu Tadeusza Kościuszki. Jeden z dużych lśniących salonów (za plecami grających drugi salon, jeszcze bardziej rozległy, a po prawej stronie drzwi wiodące do głównego korytarza.

Na zdjęciu utrwalono pomieszczenie i stół do gry w ping ponga, gdzie trenowały wyżej wymienione zawodniczki i zawodnicy. W ramach relaksu gra w ping ponga Janusz Maszczyk, a po prawej koszykarz i piłkarz ręczny z KS. „Włókniarz” – przyjaciel z Placu Tadeusza Kościuszki – Adam Zajaś.

Korzystając z okazji kilka słów. Adaś był niezwykle uzdolnionym osobnikiem pod względem ruchowym. Poza tym – inteligentny, kulturalny i życzliwy, niezwykle przyjacielsko usposobiony. Mogłem na nim zawsze bezapelacyjnie polegać, dosłownie jak na przysłowiowym Zawiszy. Ukończył Technikum Hutnicze – Huty „Sosnowiec” w okolicy ulicy Rybnej (dawny barak szkolny stoi jeszcze tam do dzisiaj). Wspominam Go, tak jak wielu też innych moich przyjaciół z Placu Tadeusza Kościuszki z niezwykłym wprost romantycznym sentymentem. Adaś zmarł nagle jakieś kilkadziesiąt lat temu. Zmarli też niemal już wszyscy inni moi dawni podwórkowi przyjaciele.]

****

W tym czasie jeszcze absolutnie nie znałem struktury organizacyjnej tego hutniczego klubu sportowego. Mówiąc prawdę to nawet nad tym zagadnieniem się wtedy zbytnio nie zastanawiałem. Dopiero kilka lat później w wyniku łańcuszkowych tajemniczych przekazów do ucha okazało się, że zgodnie zaleceniami administracyjnymi i zapewne też partyjnymi, Klub Sportowy „Stal”, który swą stałą siedzibę już wtedy miał na Pogoni, przy Alejach J. Mireckiego dokonał podziału swych sekcji i utworzono też wtedy przy Hucie „Sosnowiec” filię tego klubu. W postaci jednak nie klubu sportowego, ale Koła Sportowego „Stal”. Świadczy o tym przechowany w moich zbiorach domowych unikatowy oryginalny dokument, którego kserokopię z 20 stycznia 1956 roku poniżej prezentuję.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Bear