Janusz Maszczyk: Gdzie sportowcy z tamtych lat? Część 4

Przypominam sobie z nieukrywanym zresztą sentymentem pewnego kolegę, notabene niezwykle wtedy uzdolnionego koszykarza. Ale te cechy sprawności fizycznej prezentowało wówczas też wielu innych moich parkietowych koszykarzy z Częstochowy. On był jednak w przeciwieństwie do innych niezwykle delikatny, wrażliwy, kulturalny i inteligentny, promieniował już wówczas honorem, czystym sumieniem i polską duszą. Tak jak Go nagle poznałem, tak nagle utraciłem z nim jakikolwiek kontakt… Wspominano wówczas w częstochowskim klubie sportowym, że po uzyskaniu absolutorium częstochowskiej szkoły średniej już zerwał całkowicie z koszykówką wyczynową i poświęcił się bez reszty tylko medycynie. Podobno rozpoczął wtedy studia w Śląskiej Akademii Medycznej w Rokitnicy. Po 1989 roku, gdy Polska – Ojczyzna nasza była już wolna i niepodległa, nagle Go znowu odnalazłem na ekranie telewizora. Okazało się, że uzyskał nominację na Ministra Zdrowia III RP. To jeden z tych niewielu koszykarzy, co niemal na każdym zdjęciu zachowanym w moim domowym archiwum, raczej prawie zawsze stoi bardzo jakiś taki poważny, nieuśmiechnięty i jednocześnie sprawia wrażenie jakby wiecznie nad czymś rozmyślał, czy był czymś wyjątkowo zatroskany… Tym dawnym częstochowskim koszykarzem z „AZS” jest obecnie wybitny lekarz – Pan profesor dr hab. Grzegorz Opala. Dla mnie pozostał jednak nadal, tak jak za moich jeszcze dawnych romantycznych i młodzieńczych lat, tylko – Grzesiem – życzliwym i pełnym ciepła koszykarzem z sentymentalnych częstochowskich parkietów z Rakowa, Łańcuta, Stalowej Woli, Kielc Zabrza i wielu, wielu jeszcze innych polskich miast, gdzie wtedy wspólnie rozgrywaliśmy z innymi drużynami drugoligowe pojedynki koszykarskie…

O tym wielu sosnowiczan obecnie nie wie, a całkiem możliwe, że wręcz nie mają o tym nawet żadnego pojęcia. Ale w koszykarskiej drugoligowej drużynie „AZS” Częstochowa grało wówczas trzech mieszkańców z Sosnowca. Tylko jeden z nich był jednak tylko rodem z tego miasta – to właśnie autor tej sentymentalnej publikacji – Janusz Maszczyk. Ci dwaj pozostali z tej przyjacielskiej trójki, to przyjezdni za pracą, którą Sosnowiec wówczas oferował każdemu i to jeszcze w nadmiarze… Zawsze jak tylko pamiętam stanowiliśmy zgraną przyjacielską koszykarska paczkę, zarówno na treningach jak i na meczach, a było ich wiele, jak i w życiu towarzyskim, już poza rozkrzyczaną i pełną dopingu halą sportową. Tak mi się przynajmniej wtedy nie wiem dlaczego, ale jednak wydawało. Później z jednym z nich, z Rysiem Kurowskim, nagle utraciłem całkowicie jakikolwiek kontakt. Już go bowiem na uliczkach mojego rodzinnego i ukochanego miasta Sosnowca przez kolejne dziesiątki lat nigdy nie spotkałem. Natomiast w budynku, w którym kiedyś jeszcze mieszkał poinformowano mnie, że gdzieś się z rodziną wyprowadził. Ale gdzie? Tego sąsiedzi już jednak nie wiedzieli… Zawsze jednak Rysia wspominam z ogromną sympatią, sentymentem i nieukrywaną życzliwością.

Drugi natomiast mój przyjaciel z koszykarskich parkietów Tadziu P., wiecznie na zdjęciach promiennie uśmiechnięty, dzięki własnym wodzowskim predyspozycjom i wrodzonej inteligencji oraz przypadkowemu poparciu ze strony bardzo wpływowej w owym okresie osoby z sosnowieckiej organizacji PZPR, zostanie dyrektorem w jednej z miejscowych włókienniczych fabryk. Znacznie później, gdy już pewniej poczuje się w dyrektorskim fotelu, to swą postawą okaże jak zmienne potrafią być koleje ludzkiego życia, a raczej jak wiele oblicz potrafi mieć przyjaciel. Bowiem wtedy kiedy na niego najbardziej liczyłem i oczekiwałem braterskiego wsparcia, to jeszcze z premedytacją w gabinecie dyrektorskim podłożył mi nogę i nawet na pożegnanie nie powiedział przepraszam… A przecież był ponoć moim przyjacielem, nie tylko z koszykarskich parkietów, ale nawet z ujeżdżalni koni, z „Placu Schoena”, gdzie razem spędzaliśmy wiele, wiele czasu na doskonaleniu naszych braków w technice gry koszykarskiej. Nie liczę setek wzajemnych spotkań i moich odwiedzin, gdy jeszcze przydzielono mu zaledwie tylko jedną izbę w dawnym Pałacu Wilhelma  na Środulce.

Na prezentowanych starych zdjęciach, stoi też jeszcze jeden koszykarz Jerzy A. Może nie taki elegancki w kapeluszu jak tamten poprzedni i zawsze z szerokim uśmiechem. Raczej stoi taki nieśmiały i jakiś taki jakby też zagubiony. Na zdjęciach jest widoczny najczęściej z boku całej drużyny. Po latach, gdy już na dobre osiądzie w Katowicach, to dzięki niezwykłym koneksjom awansuje na pierwszego z-cę dyrektora pewnej wielobranżowej stosunkowo dużej fabryki budowlanej i dopiero wtedy w zakładzie pracy, okaże swemu dawnemu partnerowi z koszykarskich lat, swoje drugie, tym razem chyba już prawdziwe, niezbyt jednak zawsze szczere oraz życzliwe oblicze… Nie wspominam więc Go tak mile i z taką nutą sentymentu jak innych z tych dawnych romantycznych koszykarskich lat.

Co więc powinno przesądzać o wartości każdego człowieka, który kiedyś był wyczynowym sportowcem? Czy tylko jego wyjątkowe osiągnięcia sportowe i poprawność zachowania na parkiecie, czy pozorowane w tym okresie koleżeństwo i przyjaźń, nieśmiałość i wymuszony uśmiech na zdjęciu, czy raczej tylko szlachetne czyny i to na jego całej drodze życia

Drogi Czytelniku! Jeżeli w swym życiu liczysz na dawne sportowe przyjaźnie, czy bardzo bliskie koleżeństwo i życzliwe wsparcie, gdy będziesz ich w trudnych dla siebie chwilach potrzebował, to pamiętaj! Raczej wtedy licz tylko na siebie. Bo prawie każdy człowiek za swego życia jakże ma różne oblicza! Te oblicza w niektórych przypadkach, co jednak napawa pewnym optymizmem, nie zawsze muszą być jednak tak koniunkturalne, czy wręcz tak diabelnie zakłamane jak to bywało u innych dawnych moich kolegów – sportowców, czy przyjaciół, a nawet kolegów z ławy szkolnej… Bowiem w  każdej społeczności jest mniej więcej malutki, ale jednak taki sam procent ludzi bardzo dobrych, jak i złych, życzliwych i niekiedy niestety ale też z zafałszowaną tożsamością?… Natomiast zdecydowana większość ludzi, to są osobnicy z inklinacjami koniunkturalistycznymi. Takie mam przynajmniej na starość odczucia…

Cóż na koniec tej sentymentalnej publikacji jeszcze mogę napisać o tamtych sportowych latach. Przez pewien okres czasu treningi i mecze rozgrywaliśmy w sali sportowej, której właścicielami był Klub Sportowy „Start”. Ta pokaźna parkietowa sala o wymiarach boiska do koszykówki była usytuowana na wyciągniecie ręki w pobliży Klasztoru na Jasnej Górze. Później przeniesiono nas do znacznie większego już pomieszczenia. Była nią parkietowa hala sportowa, z malutką widownią, położona w dzielnicy częstochowskiej Raków, tuż, tuż obok boiska piłkarskiego, wtedy jeszcze drugoligowej drużyny piłki nożnej. Z tym piłkarskim klubem sportowym jest związana niezwykła historia Jasia Ząbczyńskiego, mojego dawnego kolegi i dalsze Jego losy, gdy jeszcze reprezentował GKS Zagłębie w piłce nożnej w pierwszej lidze. Ale to temat już do odrębnej publikacji.

Po nagłym przerwaniu studiów, czułem się najczęściej w dotychczasowym towarzystwie moich eleganckich koleżanek i kolegów oraz przyjaciół z Sosnowca, szczególnie tych co dyplomy wyższych studiów już mieli w garści wyjątkowo jakiś taki nieswój, niekiedy nawet tak jak żebrak nagle poproszony przez swego bogatego przyjaciela na wesele. Przecież dla większości osób z mojego otoczenia wzorcem życia w zasadzie była wtedy tylko komercja, więc mimo woli wyższe wartości ludzkie już dawno pozostawili poza płotem. Takie pragmatyczne podejście do życia odczuwałem wtedy niemal na każdym kroku. Szczególnie, co było charakterystyczne, brylowały w tym dziewczęta. Czy to był jednak faktycznie jak mantra tylko lansowany pragmatyzm? Wprawdzie wiedziałem, a nawet wręcz byłem tego pewny, że to jest w moim przypadku tylko okres przejściowy, ale jednak kac z tytułu przerwania studiów nie ustępował.

Strony: 1 2 3 4 5

Bear