Janusz Maszczyk: Gdzie sportowcy z tamtych lat? Część 4

[Zdjęcie z 1959 roku. Na zdjęciu Jan Muszak, jako już reprezentant koszykarskiego zespołu Polski.]

Pamiętam, że najlepsze wówczas spotkanie rozegrałem, już po stosunkowo krótkich, liczących bowiem zaledwie tylko kilka miesięcy treningach i rozgrywanych też jednocześnie mistrzowskich meczach. Było to spotkanie mistrzowskie z KS „Lech” Poznań, do którego wtedy doszło w hali „Wisły” Kraków. Już wtedy grałem przez cały mecz jako środkowy przy wzroście zaledwie 187 cm, gdy tymczasem po przeciwnej stronie, w drużynie „Lecha” środkowym był dryblas koszykarski – Włodzimierz Pudelewicz – o wzroście ponad 2 metry. Po tym zwycięskim spotkaniu w Dzienniku Polskim ukazała się notatka prasowa, w której bardzo pochlebnie wyrażał się o mojej grze będący na tym spotkaniu krakowski dziennikarz. Tej notatki jednak do dzisiaj nie zachowałem. Pozyskałem natomiast nie tak dawno temu z internetu oto taki tylko lakoniczny zapis: – “Dziennik Polski z 1958.02.9/10:„Sensacyjne zwycięstwo koszykarzy ‘Sparty’ N. Huta nad mistrzem Polski ‘Lechem’ Poznań: – W dalszych rozgrywkach o mistrzostwo I ligi koszykówki mężczyzn Sparta (Nowa Huta) sprawiła miłą niespodziankę, pokonując Lecha Poznań 58:53 (29:36)”… Koniec cytatu.

Już w Krakowie podjąłem niesystematyczne, wręcz wybiórcze treningi w pierwszoligowej drużynie piłkarzy ręcznych w „AZS” – Kraków. Bowiem do gry w tej pierwszoligowej drużynie bardzo gorąco zachęcał mnie wtedy mój asystent z WSWF pan dr Władysław Stawiarski, który równocześnie był też wtedy trenerem w KS „AZS” – Kraków. Uczęszczanie jednak na treningi do dwóch pierwszoligowych klubów sportowych, gdzie dominowały do tego jeszcze zupełnie inne warunki uprawiania tych dyscyplin sportowych, w moim przypadku było wtedy praktycznie niemożliwe. Jednak z perspektywy minionych lat przyznaję, że popełniłem wówczas niewybaczalny błąd, gdyż jako piłkarz ręczny, obdarzony wzrostem, skocznością i silnym rzutem, mogłem osiągnąć wówczas więcej niż jako koszykarz, którego do tego jeszcze szkolono jako mającego grać wyłącznie tylko na pozycji „środkowego”.

Moja kariera koszykarska w Krakowie zakończyła się w zasadzie tak samo nagle jak się rozpoczęła. Po prostu już w 1958 roku, we wrześniu nie mogłem ponownie powrócić do Krakowa mimo, iż zagwarantowano mi dalszą naukę w WSWF, gdyż w domu nagle prawie całkowicie zabrakło pieniędzy. Może to suche stwierdzenie brzmi nieprawdopodobnie, ale takie po prostu były wtedy fakty. Ojciec już wtedy nie żył, a mama jako nisko opłacana nauczycielka nie była absolutnie w stanie pokryć długu jaki byłem wtedy winien do spłaty pewnej kobiecie. Natomiast osoba, które te pieniądze ode mnie naiwnego wtedy pożyczyła nie raczyła ich w ustalonym wcześniej terminie zwrócić. Mój brat z kolei, Wiesław Maszczyk, w tym samym czasie już kończył Politechnikę Śląską w Gliwicach, więc wybraliśmy z moją mamą jego dalsze końcowe studia, a ja z kolei trafiłem wtedy do podziemi kopalni „Milowice” jako normalny pracownik fizyczny, bez jakichkolwiek szczególnych przywilejów. Po prostu nagle zostałem górnikiem. Dzięki jednak pracy fizycznej zwróciłem wtedy zaciągnięty dług pieniężny, który ciążył nade mną jak miecz Damoklesa, ale z kolei wszystko to co decydowało o mojej najbliższej karierze studenta i koszykarza musiałem wtedy na pewien okres czasu zawiesić na przysłowiowym kołku. Jedynym wtedy przywilejem w kopalni jaki mi przyznano, było to, że zezwolono mi pracować fizycznie w jej podziemiach na jedną tylko przedpołudniową dniówkę w dni piątkowe. Dzięki czemu po godzinach pracy, już w godzinach popołudniowych, mogłem więc dalej uprawiać moją ukochaną koszykówkę, a później do tego jeszcze doszła w tym samym tygodniu też piłka ręczna. Ale ten okres to już stosunkowo szczegółowo opisałem w poprzednich odcinkach:- „GDZIE SPORTOWCY Z TAMTYCH LAT”.

[Informacja z 1957r. pochodzi z Wiadomości Zagłębia.]

[Reprezentacja WSWF Kraków. Od lewej: Michałkiewicz (imię?), prawie dwumetrowy Jan Murzynowski, Jan Muszak, Zdzisław Oleszek, Janusz Maszczyk]

[Powyżej rok 1958 maj, lub czerwiec. Informacja z krakowskiego – Tempa lub Dziennika Polskiego.]

[Zdjęcia autora. Na dachu akademika z WSWW w Krakowie. Janusz Maszczyk po lewej stronie we włazie oraz stoi od prawej]

[Zdjęcia autora. Dom Akademicki Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego. Janusz Maszczyk na zdjęciach w swetrze z wyhaftowanym samolotem.]

W zasadzie z tamtych koszykarskich pierwszoligowych lat do chwili obecnej w moich zbiorach archiwalnych to zachowały się tylko dwie publikacje. Bowiem wyjątkowy natłok treningów, rozgrywanych spotkań koszykarskich i nauki studenckiej był wówczas tak niewyobrażalnie intensywny, że nie pozwalał mina ich systematyczne gromadzenie, a później jeszcze na przechowywanie tych dokumentów na przydzielonej mi półce w pokoiku akademickim. Znacznie natomiast więcej pamiątek zaprezentuję poniżej z tych lat gdy już grałem w drugoligowym koszykarskim zespole „AZS” – Częstochowa.

[Powyżej oryginalny z tamtych lata bilet wstępu do „Hali Wisły” – Kraków. O ile się nie mylę to był to bilet bezpłatny na spotkanie w 1958 roku jakie zorganizowano wtedy w hali „Wisły” Kraków  z Janem Kiepurą.]

[Powyżej publikacje prasowe z krakowskiego „Tempa”.]

****

2 LIGA – AZS CZĘSTOCHOWA

     Sport wyczynowy, gdy raczej zbytnio nie zagłębimy się do jego głębi, wprost do jego duszy, to w zasadzie kojarzy się nam najczęściej z pokonywaniem tylko ludzkich fizycznych słabości, czy też ze szlachetną rywalizacją na parkiecie, czy też na boisku oraz kształtowaniem takich samych szlachetnych postaw wśród zawodników i wyzwalaniem też wyższych ludzkich wartości. Taka jest opinia ogólna, która jest w zasadzie niemal powszechnie kreowana przez wszystkie sportowe autorytety opiniotwórcze, w tym również przez specjalistów – naukowców. Takie po prostu przekazy o sporcie wyczynowym są społeczeństwu, niemal od zawsze publicznie serwowane i taki też sport wyczynowy jest więc większości nam znany. Ale sport wyczynowy wyzwala też jeszcze inne oblicza i kształtuje też ludzkie charaktery. Według opinii niektórych naukowców, ponoć sport kształtuje też charaktery wodzowskie. U jednych pozytywne, a u innych niestety ale negatywne. Ponoć drzemiące u niektórych osobników fobie przed utratą intratnej synekury potrafią więc jego dotychczasowy pozytywny charakter w pewnej chwili zmienić. Autor, który niemal całe swoje młodzieńcze i dorosłe życie poświęcił się sportowi wyczynowemu, a później i pracy trenerskiej, mimo woli nawiązywał więc też bardzo bliskie kontakty z zawodnikami – sportowcami, z boiska i z parkietu, podobnie jak z sędziami i działaczami sportowymi więc poznał jednak też ich jakże różne, na ogół skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną oblicza.

W swym domowym archiwum posiadam wiele wklejonych do pamiątkowego albumu pomarszczonych i pożółkłych już ze starości fotografii, gdy jeszcze uprawiałem wyczynowy sport. Część z nich dotyczy też okresu gdy grałem w koszykówkę w drugoligowym zespole „AZS” – Częstochowa. Mimo, iż zdjęcia nie są już najlepszej jakości, to jednak na każdym z nich bez większego trudu można dostrzec dorodnych i uśmiechniętych młodzieńców, tryskających też zdrowiem, a ich prezentowane postawy wprost emanują niezwykłą życzliwością i serdecznością. Jednak niektórzy spośród nich jakby naznaczeni kodem urodzenia, czy genami życia, na wielu zdjęciach, sprawiają raczej wrażenie wiecznie onieśmielonych i jakby zagubionych w tym sportowym drugoligowym gronie. Inni z kolei prezentują się bardziej okazale. Takie przynajmniej można odnieść subiektywne wrażenie przypatrując się tym starym już zdjęciom. Pomiędzy jednak jednymi jak i drugimi koszykarzami, zawsze na parkietach, istniała niewidzialna dla widza wzajemna jednak korelacja przyjaźni i sportowej współpracy. Niekiedy te subtelne zjawiska przelewały się niczym morska fala i utrwalały się także poza halą parkietową, w konsekwencji w wielu więc przypadkach rodziły też prawdziwe bliskie znajomości, a nawet koleżeństwa i przyjaźnie… To zjawisko, gdzie przyjaźń dominowała ponad wszystkim w tym młodzieńczym okresie czasu było doskonale widoczne. Przynajmniej tak to wtedy odbierałem i rejestrowałem w swej psychice i wrażliwym, ale może jednak naiwnym sercu i duszy.

Strony: 1 2 3 4 5

Bear