Janusz Maszczyk: Gdzie sportowcy z tamtych lat? Część 4

Po rozegranych meczach najczęściej byłem więc skrajnie przemęczony, co jest dla czytelnika chyba zrozumiałe. Jednak już w poniedziałek z samego rana udawałem się na obligatoryjne zajęcia z koszykówki, które odbywały się wtedy w jednej z parkietowych hal w WSWF na krakowskich Grzegórzkach. Co ciekawe prowadzący wtedy takie sportowe koszykarskie lekcje nasz asystent pan Jan Mikułowski, popularnie zwany „Asiem”, nigdy mnie jako pierwszoligowego zawodnika z tych uczelnianych zajęć jednak nie zwalniał. A wszak jako trener „Wisły” – Kraków doskonale chyba zdawał sobie z tego sprawę, że mogłem być po tych meczach koszykarskich bardzo przemęczony, a z kolei serwowane studentom pierwsze koszykarskie „kroki” nic mi absolutnie nowego wówczas nie dawały. Bowiem takie zabawy z piłką jak podania i chwyty, kozłowanie, czy proste rzuty do kosza to już dawno temu przerabiałem i to wiele, wiele lat wcześniej, jako jeszcze uczeń sosnowieckiego „Staszica”.

****

Jak pamiętam to „Sparta” Nowa Huta nie posiadała jeszcze wówczas wielu zawodników, tak jak najczęściej to już bywało wtedy wśród innych zespołów pierwszoligowych. Popularnie taką sytuację określało się wówczas, że drużyna dysponowała tylko „krótką ławką zawodników”. Było nas bowiem wtedy zaledwie tylko siedmiu: Piotr Jagiełowicz, Jan Muszak, Mieczysław Chanek, Włodzimierz Kamiński, Amirowicz (imię?), Lelek (imię?) i ja jako najmłodszy wiekiem spośród moich kolegów. Treningi patrząc na to zagadnienie z perspektywy czasu nie odbiegały w zasadzie od tych jakich później doświadczyłem w drugoligowym zespole „AZS” Częstochowa. Co jednak budziło wtedy moje zdziwienie? Ano to, że w trakcie treningu najczęściej doskonalono wyłącznie tylko technikę gry pojedynczych zawodników i to w zasadzie raczej tylko skuteczność rzutową. Nie przypominam sobie absolutnie by odbywały się wtedy jakiekolwiek treningi o charakterze ćwiczeń z zakresu taktycznej zespołowej gry całej drużyny. Czyli nie ćwiczono wtedy systematycznie całym koszykarskim zespołem krycia i atakowania przeciwnika różnymi formami znanych nam wtedy zagrywek. Tak zwanego „krycia każdy swego” i „krycia strefą” (terminy znane koszykarzom). Możliwe, że wynikało to wówczas z faktu czysto obiektywnego, iż „Sparta” nie dysponowała jeszcze wtedy dwoma piątkami pełnosprawnych pierwszoligowych zawodników. Podobnie nigdy też wtedy nie wykonywano dodatkowych specjalistycznych ćwiczeń siłowo – skocznościowych, które są przecież podstawą sukcesów każdej drużyny. Jak bowiem pamiętam, to poza piłkami lekarskimi i materacami piankowymi, to innego specjalistycznego sprzętu do ćwiczeń fizycznych wtedy w „Sali Wawelu” po prostu nie było. Wprawdzie byli już wówczas w Polsce zawodnicy na tyle wysocy i skoczni, że potrafili popisać się tak zwanym „wsadem” piłki do obręczy koszykarskiej, ale absolutnie nigdy tego nie dokonywali w trakcie już samej gry, tak jak to widzimy na każdym meczu u współczesnych koszykarzy, tylko wyłącznie podczas rozgrzewki przedmeczowej.

W wyniku tego bądź co bądź ale jednak lakonicznego opisu mimo woli jednak ciśnie się więc na usta pytanie? W jaki więc sposób osiągnąłem wówczas aż taką skoczność, że jako koszykarz grający na pozycji „środkowego” o wzroście zaledwie tylko 187 cm w wielu jednak przypadkach potrafiłem skutecznie zablokować górujących nade mną dwumetrowych, a nawet ponad dwa metry koszykarskich dryblasów oraz do tego jeszcze wychwytywać na tablicach piłki w trakcie wykonywania przez nich doń rzutów. Po prostu pewne elementy skoczności już wcześniej poznałem i udoskonaliłem w trakcie treningów lekkoatletycznych w KS „Włókniarz” w Sosnowcu. Nie pojawiłem się więc na krakowskim parkiecie jako wyjątkowy niedorajda życiowy. Natomiast już w samym Krakowie jeszcze je skuteczniej tylko udoskonaliłem w trakcie jednak wykonywania samodzielnych ćwiczeń w hali WSWF na krakowskich Grzegórzkach oraz w podziemiach uczelnianego akademika, gdzie mieściło się stosunkowo duże powierzchniowo i wysokie na ponad trzy metry studenckie pomieszczenie. Po prostu doskonaliłem wówczas swe umiejętności skocznościowe tam gdzie miałem na to w danej chwili możliwości. Tam w wolne dni od zajęć treningowych, najczęściej już po godzinie 20, gdy część studentek i studentów już na dobre zasypiała w swych kanadyjskich sprężynowych łóżkach, to ja wówczas za zgodą Pana Kierownika nadzorującego studencki Akademik, wykonywałem tam wiele ćwiczeń skocznościowych, niestety ale niezbyt bezpiecznych i korzystnych dla zdrowia, bowiem podłożem była nie tylko twarda betonowa posadzka, ale w wyniku dwunożnych odbić skocznościowych pokonywałem też rzędem ustawione tam wcześniej przeze mnie krzesła. Po prostu ze względu na brak w akademiku innego sprzętu sportowego, takie przynajmniej jak piłki lekarskie, czy płotki lekkoatletyczne, wykorzystywałem studenckie krzesła. A co jak co, ale krzeseł to tam nigdy nie brakowało…

W zasadzie tylko kilkanaście razy, kiedy już prawdopodobnie ostatecznie podjęto decyzję, że będę zawodnikiem grającym wyłącznie na pozycji „centra” (pozycja koszykarska na parkiecie – tak zwany środkowy), to na kilkunastu treningach, poświęcono mi trening specjalistyczny – indywidualny. Oczywiście, że każdy koszykarz z tej drużyny poruszał się wówczas na parkiecie o wiele sprawniej i wykonywał też skuteczniej rzuty do kosza, niż późniejsi moi koledzy z drugoligowego zespołu „AZS” Częstochowa. W tym przypadku, to różnice były aż nadto widoczne.

Możliwe, że taka forma ówczesnych treningów wynikała jednak tylko z przyczyn czysto prozaicznych. Bowiem w polskiej koszykówce jeszcze wówczas dominował i jednocześnie też już wtedy stopniowo na naszych oczach zamierał archaiczny styl zawodnika „co miał mieć dłonie delikatne jak pianista”. Zresztą taką postawę zawodnika lansował jeszcze wtedy znakomity trener „Wisły” Kraków, a mój asystent w  Zakładzie Zespołowych Gier Sportowych w WSWF w Krakowie pan Jan Mikułowski. Przypominam sobie jak pewnego dnia podczas zajęć uczelnianych, gdy zacząłem w hali sportowej chodzić na rękach, to wtedy właśnie podbiegł do mnie oburzony pan Jan Mikułowski i w ostrych słowach mnie zganił, twierdząc, że zamiast mieć ręce delikatne jak pianista, to ja mam już ręce i bary jak kulturysta. Jako wzorzec koszykarza godnego do naśladowania, wskazał mi wtedy wyjątkowo szczuplutkiego koszykarza z „AZS” Warszawa – Krzysztofa Sitkowskiego. Według Jego reguł szkoleniowych to nie sprawność fizyczna decydowała wówczas o wyniku spotkania, czy znakomita skoczność i siła, ale wyłącznie tylko „perfekcyjny rzut do kosza”, a takie „wielopunktowe kosze” to mogli wtedy tylko ponoć osiągać koszykarze dysponujący „delikatnymi dłońmi jak pianista”.

Muszę uczciwie stwierdzić, że ogromnego wsparcia w koszykarskiej drużynie udzielał mi wtedy mój ukochany przyjaciel – Jasiu Muszak – znakomity już wtedy koszykarz i student z drugiego roku nauki z tej samej co i ja WSWF w Krakowie. Tym bardziej, że wspólnie wówczas korzystaliśmy z tego samego studenckiego akademika, więc razem też udawaliśmy się na wszystkie treningi i mecze. Nasze przyjacielskie kontakty nie trwały jednak długo. Bowiem do takich subtelnych uczuć, to potrzeba dwojga osób. Przyjaźni nie może bowiem pielęgnować tylko jedna osoba. Ale możliwe, że z tego tytułu to ja właśnie ponoszę główną winę, gdyż nie zabiegałem już później tak skutecznie o dalsze spotkania z moim dawnym przyjacielem. Bowiem samo życie konkretnie w moim przypadku, tak w pewnym okresie czasu nieprawdopodobnie zawirowało, a później na dodatek jeszcze się potoczyło takim wartki rytmem, że telefoniczny kontakt odnowiłem z moim dawnym przyjacielem dopiero po prawie 60. latach od tamtych sentymentalnych i romantycznych krakowskich latach.

Strony: 1 2 3 4 5

Bear