Janusz Maszczyk: Gdy śpiewały nam skowronki… Cz.4 – Kamieniołom Pekiński, Stodoły Dworskie Hr. Renarda, Cmentarz Pekiński i Górka Pekińska.

[Zdjęcie autora nr 48 z 2007 r. Dawne renardowskie pastwiska i uprawne pola. To tu po prawej stronie zdjęcia jeszcze w latach 50. XX wieku stały wiekowe stodoły dworskie z Gwarectwa „Hrabia Renard”…]

Pracownicy zatrudnieni w renardowskim dworze byli pod względem społeczno–socjalnym niezwykle zróżnicowani. Najniższą warstwę społeczną stanowili zapewne fornale, którzy już swym skromnym i wieśniaczym strojem przypominali postacie z obrazów Juliana Fałata, czy Jacka Malczewskiego. Dozorcy wyposażeni w gwizdki, a było ich co najmniej kilkunastu, już swym wyrazistym ubiorem i specyficznym poruszaniem się znacznie różnili się od fornali. Pośród zalegających aż po horyzont pól przemieszczali się bowiem zawsze dostojnie i wyniośle, w przeciwieństwie do wiecznie usłużnie pochylonych i umorusanych fornali. Prezentowali się więc już bardziej dostojnie, jak mawiano „z pańska”. Przypominam sobie, że w zasadzie ich głowy zawsze pokryte były czarnymi kapeluszami, z kolei zewnętrzną wiosenno-letnią odzieżą były marynarki, lub na białych koszulach zaciągnięte czarne kamizelki, natomiast porą jesienno-zimową kurtki, pod którymi kryły się białe bezkołnierzykowe koszule, resztę zewnętrznego stroju dopełniały ozdobne spodnie (tak zwane bryczesy), które były wpuszczane do czarnych lśniących butów z wysokimi cholewkami (tak zwanych„oficerek”). Dozorcy wyjątkowo często korzystali z atrybutu gwizdkowego, gdyż po polach można było się poruszać tylko dworskimi drogami, ścieżkami i alejkami. Tej zasady nie wszyscy jednak przestrzegali. W zasadzie nie kwestionowano spacerów po bruzdach jakie dzieliły poszczególne sektory pól, kategorycznie zabronione było jednak zrywanie na nich trawy.
Nad całością ornych i pastewnych pól, dworskiego mienia i zatrudnionych w dworze pracowników sprawował pieczę generalny rządca potężnego kompleksu majątku rolno-dworskiego Gwarectwa „Hrabia Renard”, pan W. (nazwisko doskonale znane autorowi; nie zapamiętałem jednak imienia). Jak już wspominałem wyżej, pan W. swą siedzibę miał w okolicy wojskowego polowego lotniska, przy uliczce Kukułek. Raczej nigdy nie spotkałem go jak poruszał się pieszo. Zawsze przemieszczał się po dworskiej drodze i alejkach specyficznym czterokołowym konnym pojazdem, tak zwaną „linijką”, ciągniętą przez kłusującego rumaka. Pojazd przypominał stosunkowo wąską drewnianą ławę, wyścieloną miękką warstwą dodatkowego materiału, która z kolei pokryta była skórą. Powożący tym pojazdem siedział okrakiem na ławie. Pojazd był pozbawiony oparcia, a zatem to nogi, a ściślej mówiąc uda decydowały więc o zachowaniu równowagi, szczególnie wtedy, gdy wehikuł konny pędził jak oszalały po wyboistej drodze. Rządca pan W. sprawiał raczej wrażenie człowieka niezwykle wymagającego i surowego. Takie przynajmniej odnosiłem subiektywne wrażenie w dziecięcych latach, a szczególnie w okresie okupacji niemieckiej, gdy w szczerych polach spotykaliśmy go z ojcem. Ale to jak sądzę było chyba wtedy jego drugie oblicze. O tym bardziej ludzkim za chwilę.
W okresie okupacji niemieckiej, mimo polskiego nazwiska i patriotycznej postawy jaką prezentował w okresie II Rzeczypospolitej, podobno jednak podpisał tak zwaną Volkslistę (niem. Deutsche Volksliste DVL – niemiecka lista narodowościowa wprowadzona 2 września 1940 na podstawie reskryptu Heinricha Himmlera). W tych krwawych i okrutnych dla Polaków latach dalej jak w czasach II Rzeczypospolitej Polski sprawował też bardzo intratną i niezwykle ważną w hierarchii „Gwarectwa” funkcję generalnego rządcy majątku rolno-dworskiego. Sosnowiec na zawsze opuścił nagle wraz rodziną w styczniu1945 roku, prawdopodobnie wraz z falą niemieckich okupantów, gdy Armia Czerwona oraz policja polityczna NKWD i sowiecki kontrwywiad Smiersz zbliżali się już do wrót naszego Kazimierza Górniczego. Mój ojciec pana W. znał wprost doskonale jeszcze z czasów II Rzeczypospolitej Polski. Wielokrotnie zresztą z nim się wtedy spotykał w „Dworze” na terenie „Renarda”, najczęściej wtedy, gdy udawał się tam po mleko. Zawsze się o nim wyrażał z ogromnym szacunkiem, i w samych superlatywach. Podobną opinię o tym panu wyrażał też długoletni proboszcz kościoła z Nowego Sielca – pw. Niepokalanego Poczęcia NMP – ks. Czesław Drożdż, nawet po 1945 roku. W końcowych latach 50. XX wieku podczas spotkania z absolwentami Liceum Ogólnokształcącego im. St. Staszica w Sosnowcu odkryłem chyba jego pierwsze oblicze, które pokrywało się z opinią mojego ojca i ks. Proboszcza. Takie przynajmniej odnoszę ludzkie wrażenie. Chociaż czucie i wiara oraz przeżyte lata podczas okupacji niemieckiej, podobnie jak lata po 1945 roku, każą zachować wyjątkową ostrożność w kreowaniu osądów o nieznanych mi bliżej osobach… Jak wspominali dużo już starsi absolwenci „Staszica”, był człowiekiem wymagającym i surowym, ale niezwykle też ludzkim i podobno bardzo przyjaźnie ustosunkowanym do Polaków. Podobno w mrocznych i krwawych latach okupacji niemieckiej przymykał wielokrotnie oko na wiele uchybień i fuszerek w pracy, którymi sprawcami byli miejscowi Polacy i zatrudniał też nielegalnie w „Dworze” na „Renardzie” w Sielcu, bez wiedzy swych niemieckich przełożonych, co najmniej kilku młodych Polaków. Już za ten ostatni czyn, w przypadku wykrycia go przez Gestapo, groziła niezależnie od narodowości kara śmierci, lub przynajmniej obóz koncentracyjny. To fikcyjne zatrudnienie, jak twierdzili absolwenci z sosnowieckiego „Staszica”, dużo starsi wiekiem od autora, niechybnie uratowało im życie, gdyż zostali przez Arbeitsant zwolnieni z przymusowych prac w III Rzeszy Niemieckiej.

I już na zakończenie.
Wszystko to, co wiązało się z pojęciem „Pekinu Katarzyńskiego” opisałem w ogromnym uproszczeniu i z zastosowaniem znacznych skrótów myślowych. Przypominam sobie, że na tych niemal dziewiczych terenach skąpanych w soczystej przyrodzie było też jeszcze takie malutkie, ale jakże urokliwe dzikie jeziorko, pełne różnorodnej fauny i flory. Takiego zaczarowanego jeziorka, o tak krystalicznie czystej wodzie, pełnego aż tylu gatunków fauny i flory, nigdy już w swoim życiu nie spotkałem. Ten pogląd w pełni podziela też mój straszy brat, Wiesław. To tam przy bajkowym jeziorku i w rzece Czarnej Przemszy, jako dziecko, podpatrując całymi godzinami wodny świat, mimo woli doświadczałem też prawdziwych praktycznych lekcji o polskiej przyrodzie. Byłem nawet tak „obkuty” w tym temacie, że wprowadziłem w podziw niezwykle wymagającą, ale uwielbianą przez młodzież, moją panią profesor– przyrody, mgr Janinę Mazurkiewicz, z sosnowieckiego Liceum Ogólnokształcącego im. St. „Staszica”. W zasadzie nie funkcjonowało jeszcze wówczas, tak jak obecnie, pojęcie nieużytków rolnych. Jak bowiem człowiek okiem sięgał, to całe renardowskie tereny były z premedytacją i pieczołowicie pokryte jednym wielkim i różnokolorowym dywanem soczystej zieleni i bajecznie kolorowych kwiatów.

[Takimi barwami mieniły się kiedyś bezkresne renardowskie łąki; te utrwaliłem sentymentalnym okiem obiektywu aparatu fotograficznego w okolicach dawnego „Kamieniołomu Pekińskiego”…(Zdjęcia autora).]

Przyroda jaka wówczas dominowała na tych bezkresnych obszarach już dzisiaj nie istnieje. Zniknęły całkowicie z sosnowieckiego krajobrazu ogromne obszary uprawnych falujących pól, zielonych pastwisk i łąk pokrytych polskimi makami. Nie widać już stad ryczących krów i łaszących się do człowieka malutkich cieląt, pięknych koni i tryskających swawolą źrebiąt… Jeziorko pełne przeróżnych gatunków ryb, szczególnie rzadkich malutkich cierników, kolorowych traszek, ślimaków i wielu, wielu gatunków wodnych roślin zasypano. Ucichły całkowicie śpiewy naszych malutkich odwiecznych polnych polskich pieśniarzy – skowronków – zniknęły też z renardowskiego pejzażu tysiące kiedyś dostojnie tańczących motyli, i to przeróżnych gatunków, i różnokolorowych ważek, i malutkich skoczków – koników polnych, wydających tajemnicze dźwięki swymi skrzydełkami… Gdzieś zapodziały się przelatujące kiedyś ze świstem na tle sklepienia niebieskiego -jeżyki. Nawet malutkie wróbelki, które kiedyś masowo gniazdowały na tych terenach, trudno teraz dostrzec. Świat bajkowej przyrody moich pradziadków, dziadków i rodziców, podobnie jak mój dziecięcy romantyczny i sentymentalny kolorowy świat niestety, ale już obecnie na tych terenach nie istnieje…

Strony: 1 2 3 4

Bear