Janusz Maszczyk: Gdy śpiewały nam skowronki… Cz.4 – Kamieniołom Pekiński, Stodoły Dworskie Hr. Renarda, Cmentarz Pekiński i Górka Pekińska.

****
Warto jeszcze raz powrócić do tematu lotniska jakie kiedyś było usytuowane pomiędzy „Cmentarzem Pekińskim”, a zagubioną pośród pól uliczką Kukułek. Otóż! Na samym już końcu tej uliczki, w pobliżu dosłownie jedynego stojącego tam wtedy budynku miał swoją siedzibę generalny rządca renardowskich dóbr rolno- dworskich pan W. (imię ?). Temat lotniska wprost precyzyjnie i niezwykle ciekawie został zresztą opisany przez pana Redaktora w klimontowskim portalu internetowym „www.klimontow-forum.prv.pl” – „Lotnisko polowe w Klimontowie”. Do tego frapującego tematu w 2011 roku na portalu „Poznaj Sosnowiec” dorzuciłem też swój malutki cukierek. Artykulik został jednak już skasowany, a portal zlikwidowany. Może więc w ogromnym skrócie, a raczej w uproszczeniu go przypomnę. Według rozeznania autora, o czym już wspominałem na forach internetowych „Poznaj Sosnowiec” to jednak wojskowe lotnisko nie znajdowało się na terenie sosnowieckiego Klimontowa, jak to informują źródła internetowe, bowiem Klimontów został przyłączony do Sosnowca dopiero w 1975 roku. Zgodnie z historycznymi faktami lotnisko mieściło się wówczas na renardowskim pastwisku, a ten teren był już wtedy integralną, administracyjną częścią Sosnowca, a nie Klimontowa. Zresztą te tereny jeszcze przed śmiercią w 1874 roku hrabiego Jana Renarda były już jego własnością. Takie są po prostu niezaprzeczalne fakty! Na tym sosnowieckim polowym lotnisku, o czym wtedy też wspominałem, w okresie Powstań Śląskich wylądował malutki dwupłatowy aeroplan (samolot), którego jednym z pasażerów był Wielki Polak – Wojciech Korfanty. Po wylądowaniu aeroplanu na tym polowym lotnisku został odtransportowany do sieleckiego pałacu Schoena, gdzie ponoć wówczas odbywała się ważna narada dotycząca Powstania Śląskiego.
W mojej rodzinie funkcjonowała też ciekawa, ale jednocześnie nieprawdopodobna opowieść, że na tym samym lotnisku w roku 1938 i 1939 lądowały nieznane samoloty, które uczestniczyły w zorganizowanej przez Francuzów kontrabandzie. Ponoć jakaś grupa Francuzów zatrudniona na kierowniczych stanowiskach w sosnowieckich fabrykach i kopalniach uprawiała kontrabandę, trudniąc się wywozem drogich futer. Lokalizację tego polowego lotniska jeszcze podczas okupacji niemieckiej wskazał autorowi i bratu mój ojciec. Plotkarska historia kontrabandy i lotniska funkcjonowała początkowo wśród mieszkańców Sielca i Katarzyny, później dotarła nawet do urzędniczych białych kołnierzyków i gabinetów w „Rurkowni Hulczyńskiego”, gdzie zatrudniony był mój ojciec. Jej kanwa była jednak tak niedorzeczna i naiwna, że nigdy w naszej rodzinie nie traktowaliśmy jej poważnie. Dopiero dzisiaj po zagłębieniu się w klimontowską lekturę odkrywam drugie jej oblicze. Okazuje się bowiem, że faktycznie w 1938 na tym prowizorycznym polowym lotnisku stacjonowały jednak polskie wojskowe samoloty typu PZL P.23 Karaś, które były ponoć zaangażowane w tak zwaną zaolziańską misję. Natomiast od 31 sierpnia do 3 września 1939 roku stacjonował tam II pluton z 26 Eskadry Obserwacyjnej Armii Kraków 3. samoloty obserwacyjne R-XIIID i 1. łącznikowy RWD – 8. Podobno dowódca tego ostatniego wymienionego w kolejności samolotu był por. obs. Stanisław Król 9/. Dzisiaj, będąc już człowiekiem starym, który w życiu wiele widział i słyszał, patrzę więc zupełnie inaczej na tę ponoć plotkarką historyjkę. Prawdopodobnie historię o rzekomej francuskiej kontrabandzie z premedytacją rozgłaszali pośród miejscowych mieszkańców pracownicy polskiego kontrwywiadu z II Oddziału Sztabu Generalnego WP, by ukryć przed obcym wywiadem prawdziwą funkcję jaką spełniało w 1938 roku to polowe lotnisko, i jaką w planach miało spełniać w dalszych latach…

[Zdjęcie autora nr 47 z 2004 r. Renardowskie kolorowe pastwiska – dawne polowe, tak zwane zapasowe wojskowe lotnisko. Po lewej stronie ul. Kukułek, a po prawej niewidoczny na zdjęciu „Cmentarz Pekiński”.]
Może tylko jeszcze zasygnalizuję, że agentów obcych służb wywiadowczych wówczas nie brakowało w sosnowieckich fabrykach i kopalniach, gdyż większość kierowniczych i częściowo też urzędniczych stanowisk obsadzona była przez ludzi obcej narodowości, spoza II Rzeczypospolitej Polski i niejednokrotnie wrogo też nastawionych do Polski. O stosunkowo sporej ilości kolaborantów i agentów, wywodzących się ponoć z polskiej narodowości, o pięknie brzmiących polskich imionach i nazwiskach, którzy jednak zawsze ochoczo grali z każdym zaborcą też warto pamiętać. Bo też są przecież cząstką, ale tej wrednej naszej z przeszłości historii. Wśród obcych narodowości szczególnie liczną grupę stanowili Niemcy. Niektórzy z nich się jednak spolonizowali i we wrześniu 1939 roku, broniąc swej jedynej Ojczyzny – Polski stracili nawet życie. Inni tracili życie w czasie okupacji niemieckiej, gdyż czynnie uczestniczyli w polskich organizacjach patriotycznych, jak SZP, ZWZ, AK, czy w PPS- WRN. Pamiętajmy więc i o Nich…
Czy tajemnicę polowego wojskowego lotniska faktycznie jednak wówczas ukryto przed obcym wywiadem poprzez zastosowanie plotkarskiego fortelu?… O tym troszeczkę więcej poniżej.
„STODOŁY DWORSKIE HR. RENARDA”
Opodal „Cmentarza Pekińskiego”, w zasięgu przysłowiowej wyciągniętej ręki i opisywanego już wyżej kamieniołomu, jeszcze po 1945 roku stały ogromne stodoły dworskie. Już wtedy były jednak własnością PGR Sielec, który był integralną jednostką gospodarczą powiązaną organizacyjnie z sielecką KWK „Sosnowiec” (była Kopalnia „Hrabia Renard”). Dzisiaj niestety nie jestem już w stanie z precyzją zegarka szwajcarskiego określić ich konkretnej ilości. Pamiętam za to doskonale, że stały tam luzem nieogrodzone, całodobowo dozorowane, a było ich w sumie co najmniej kilka. Były wprost gabarytowo ogromne i stały tu w niezmienionej architektonicznej postaci od drugiej połowy XIX wieku. Budowle były w zasadzie niezwykle proste, ale też i bajecznie harmonizujące z otoczeniem. Szkieletem nośnym i wysoką podmurówką stodół był ozdobny kamień pekiński, a niezabudowane ich przestrzenie wraz z potężnymi bramami dwuskrzydłowymi pokrywały elementy drewniane: belki i deski. Tylko jedna z tych stodół była przeznaczona na sprzęt rolniczy, pozostałe na siano, ziarno zbożowe i słomę. Ziarno (głownie żyto i jęczmień) ze skoszonych wielohektarowych uprawnych pól oddzielano od słomy na miejscu za pomocą od sapiącej i buchającej parą młockarni (funkcjonowała jeszcze po 1945 roku).
Sięgając pamięcią w sentymentalną przeszłość, parowa młockarnia składała się z dwóch elementów:
– lokomobili – tak bowiem wówczas popularnie takie urządzenie określano. W zasadzie był to malutki, jakby skrócony parowóz z charakterystycznym wysokim na ponad dwa metry kominem; pojazd był jednak pozbawiony charakterystycznej dla tego typu parowozów budki maszynisty i węglarki, ale za to wyposażony był z boku w stosunkowo duże koło zamachowe; paliwem był węgiel, lub o ile się nie mylę również koks;
– młockarnia stojąca obok poruszana była poprzez pas transmisyjny, jaki biegł z koła zamachowego lokomobili do mniejszego koła zamachowego umocowanego na tej maszynie rolniczej.
W latach 60. XX w. PGR Sielec zastąpił parową młockarnię młockarnią elektryczną. Ta z kolei, bardziej już nowoczesna maszyna rolnicza, nie była jednak już tak bajecznie romantyczna i widowiskowa, gdyż nie buchała parą i nie „sapała” gdy wprowadzała w ruch koło zamachowe. Kable do elektrycznej młockarni, jak to u nas niestety bywa, poprowadzono jednak bardzo nisko nad ziemią i po prostacku oraz prowizorycznie z pobliskiego drewnianego słupa energetycznego. Przypominam sobie, że drąg podtrzymujący ostatnie metry tego kabla był wiecznie przewracany przez nieznanych sprawców. Pikanterii dodaje fakt, że obiekty podobno były w tym czasie całodobowo dozorowane.
Obok stodół usytuowano też co najmniej kilkanaście długich na około 20 m „ziemianek”, które całe zawsze były przykryte miejscową ziemią, a tylko z przodu wiodło do nich malutkie wejście. W tych pod gołym niebem spiżarniach, czy jak nawet mawiano „zamrażalkach” przechowywano zebrane z wielu hektarów tony ziemniaków, buraków, marchwi, brukwi i wiele jeszcze innych warzyw. Później, w zależności od potrzeb, te zmagazynowane płody rolne transportowano opisywaną już wyżej dworską „Polną Drogą” do centralnych zabudowań dworskich, które się mieściły na terenie sieleckiego „Renarda”. W okolicy stodół bywałem wielokrotnie z moimi rodzicami, a później też samodzielnie, gdy już dorastałem.

Strony: 1 2 3 4

Bear