Janusz Maszczyk: Echa mojego artykułu…

[Zdjęcie nr 1. Zakopane. Czarny Staw – sierpień 1928. Po lewej – Natalia Ujdakówna (po mężu Natalia Sokołów), mama pani Krysi Gromek, a po prawej z kolei – moja mama, Stefania Dorosówna (Stefania Maszczyk).]

[Zdjęcie nr 2. Rzeka Soła. W pobliżu placu budowy zapory w Porąbce. Lato 1928. Trzecia w kolejności od prawej strony – siedzi w mundurku szkolnym – moja mama, Stefania Dorosówna (Stefania Maszczyk).]

[Zdjęcie nr 3. Rzeka Soła, koło Porąbki. Lato 1928. osoby nierozpoznane.]

[Zdjęcie nr 4. Zakopane – wodospad Siklawa. Sierpień 1928. Pierwsza z prawej – moja mama, Stefania Dorosówna (Stefania Maszczyk).]

[Zdjęcie nr 5. Zakopane. Wodospad Siklawa – sierpień 1928 r. Pierwsza z prawej moja mama, Stefania Dorosówna (Stefania Maszczyk).]

 Moja mama, Stefania Maszczyk (z domu Stefania Doros), wielokrotnie opowiadała mi w obecności mojej żony Reni, że gdy jeszcze była uczennicą w Seminarium Nauczycielskim w Sosnowcu, to wspólnie z koleżankami pokonywała też granie Wysokich Tar. Jednak ja i moja żona słuchaliśmy wówczas tych opowiadań jak coś nierealnego. Po prostu jak opowieści bajkowe z tysiąca i jednej nocy. Bowiem wówczas jako osoba w wieku ponad 80. lat nie była już tak sprawna jak my, więc niezmiernie trudno było nam sobie to realnie wyobrazić, że te niebezpieczne przecież górskie trasy, faktycznie bez odpowiedniego przygotowania wysokogórskiego, te dziewczęta z Sosnowca mogły jednak wtedy pokonywać. Ona jednak jako osoba niezwykle skromna nie wtajemniczała nas w szczególiki tej wyprawy, tylko ostrzegała nas o grożących w górach niebezpieczeństwach. Szczególnie, gdy pod nogami – jak wspominała – „nagle urywała się grań i była już tylko ogromna i przerażająca przepaść. A w górze czuwał nad nami już tylko Pan Bóg. Żebyście wiedzieli jak się wtedy bardzo, ale to bardzo bałam”.

Dopiero pozyskane w 2017 roku od pani Krysi Gromek wspomnienia Jej mamusi otworzyły mi szeroko ze zdumienia oczy. Oto jak ten zakopiański szlak wspomina Jej mama, pani Natalia Gromek (po mężu Natalia Sokołów):

Pozostaje przypomnieć sobie, że przed laty, my dziewczyny z Seminarium Sosnowieckiego byłyśmy nad Czarnym Stawem i przeszłyśmy trasę od Wodogrzmotów Mickiewicza, przez Dolinę Roztoki z Siklawą, do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Dalej na Zawrat, Orlą Perć aż do Przełęczy Liliowe. Najtrudniejszy szlak tatrzański! Zamykam pod powiekami piękno gór i przypominam sobie, że w drodze powrotnej w pociągu, w uniesieniu śpiewałyśmy: ‘Kto raz się wzniósł na szczyty i czołem sięgnął chmur, ten zawsze tęsknił będzie do niebotycznych gór”. Koniec cytatu.

Z dalszych wspomnień pani Natalii Gromek (po mężu Natalia Sokołów), ku memu zaskoczeniu i zdumieniu wynika, że po przeciwnej stronie Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Męskiego im. Adama Mickiewicza w Sielcu, którego dyrektorem był wówczas pan Władysław Mazur, w pierwszym okresie czasu mieściło się też Seminarium Nauczycielskie Żeńskie. Zanim jeszcze nie zostało przeniesione na Pogoń, do piętrowego budynku przy ulicy Brackiej. Jednak tego budynku w Sielcu dzisiaj już nie ma. Został bowiem zburzony, jak wiele też innych zabytkowych budowli z XIX jeszcze wieku. Podobno to właśnie wtedy pan Władysław Mazur był dyrektorem zarówno jednego jak i drugiego Seminarium Nauczycielskiego. Natomiast już po przeniesieniu tego Seminarium Nauczycielskiego na Pogoń dyrektorką została wtedy pani dr Władysława Tatarzanka 1/. Wybitny pedagog jednak całkowicie zapomniany i wymazany z pamięci Sosnowca. Zupełnie też nieznana zarówno dawnemu, po 1945 roku sosnowieckiemu Inspektoratowi Wydziału Oświaty, podobnie jak chyba też współczesnemu Wydziałowi Edukacji (WED) Urzędu Miejskiego w Sosnowcu. Przynajmniej na temat tej dyrektorki w publicystyce sosnowieckiej nie pojawiły się jak dotąd absolutnie żadne informacje. Warto więc tę wybitną i zasłużoną dyrektorkę oraz pedagoga przybliżyć społeczeństwu Sosnowca, poświęcają Jej zupełnie już odrębny artykuł. Kolejną dyrektorką – jak wspomina to pani Natalia Gromek – była pani Broniatowska (imię?; „uczyła biologii i zoologii”). Też całkowicie zapomniana przez współczesnych sosnowieckich pedagogów i społeczeństwo.

Jak wspomina pani Natalia Gromek:

-„Pani Broniatowska miała bardzo piękny gabinet biologiczno-zoologiczny, ale pracowała ‘po dyrektorsku’. Podawała temat i odchodziła na pogawędki z innymi nauczycielami czy do swoich zajęć. A my wariowałyśmy ubierając kościotrupa, rysując na tablicach różne zwierzaki, płatając sobie wzajemnie figle. No, i stopnie były ‘jak popadło’. Z żalem wspominałyśmy odejście prof. Wierzbickiego, który chodził z nami po lasach, polach – ucząc przyrody na żywo, a nie na preparatach. Dyrektor Mazur organizował częste spotkania swoich uczniów, tzn. chłopaków, z nami. Na trzecim roku wszyscy, zarówno chłopcy jak i dziewczęta przechodzili kurs tańca. Zbieraliśmy się w seminarium męskim, w sali gimnastycznej (wybudowanej przez samych uczniów) i tam p. Cichoniowa uczyła nas tańców, które wówczas były modne- walc, tango, fokstrot, polka, oberek, uczyła także odpowiednich manier. Pod jedną ścianą stał rząd chłopców, starannie ubranych, pod drugą ścianą, stremowane dziewczyny. Najpierw nauczycielka pokazywała nam krok, obrót, potem chłopcy podchodzili do dziewcząt: ukłon, zaproszenie do tańca i kilka kroków ‘na sucho’. Raz, dwa trzy, raz dwa trzy. Dziewczynom tańczenie szło jakoś łatwiej. Chłopcy poruszali się trochę jak wieszaki – sztywno, twardo. Po chwili włączała się muzyka, grana na żywo przez akompaniatora. To było miłe przeżycie. Ogromnie lubiłam tańczyć walca. Szczególnie, kiedy chłopiec dobrze prowadził, można było obiec całą salę tanecznym krokiem. Przymknąć oczy i oddać się tylko temu zaczarowanemu światu wytworności i muzyki. A na balach emocje związane z zaproszeniem do tańca. Pamiętam, że stałam zwykle z lekko spuszczoną głową, dość pochmurną miną, która miała oznaczać, że nic a nic nie obchodzi mnie to czy zostanę zaproszona do tańca czy będę ‘pietruszkować’. Spod oka spoglądałam jednak czujnie, by nie przegapić ukłonu zapraszającego mnie chłopca. Nauka, spotkania, uporządkowane życie. Pewnie tak będzie stale…

Po maturze zorganizowałyśmy wycieczkę do Poznania, na otwartą właśnie Powszechną Wystawę Krajową, urządzoną z okazji dziesięciolecia odzyskania niepodległości, aby przedstawić dorobek odrodzonego państwa. Byłyśmy dumne oglądając prezentację polskich wyrobów z różnych dziedzin życia, ale największą atrakcją był lunapark z diabelskim młynem, kolejką górską, 20-metrowym wodospadem, i ogromną zjeżdżalnią wodną. Ze swoimi koleżankami czułyśmy się jak ptaki uwolnione z klatki. Dlatego nowy wyjazd – na Hel i do Gdyni. Był to rok 1929 kiedy Gdynia wcale nie zapowiadała się na piękne, duże miasto, jakim się po latach stała. Miałam okazję zobaczyć początki budowy tego miasta, tak później dla mnie ważnego. Na Helu z entuzjazmem śpiewałyśmy .Hymn do Bałtyku’ Feliksa Nowowiejskiego: ‘Wolności słońce pieści lazur, łódź nasza płynie w świata dal. Z okrętu dumnie polska flaga uśmiecha się do złotych fal’.

Strony: 1 2 3

Bear