Janusz Maszczyk: Dzieje pogońskiego kasyna

****

Sierpień 1939 roku był miesiącem wyjątkowo ciepłym, słonecznym i prawie pozbawionym opadów. W dniu 4 września 1939 roku aura słoneczna była porównywalna do tej sierpniowej. Jeszcze wówczas ja i mój brat oraz nasza mama nie mogąc na skutek całkowitego paraliżu komunikacji, pod koniec sierpnia 1939 roku powrócić do Sosnowca, przebywaliśmy więc dalej na wymuszonym przez niezwykłe okoliczności losu letnisku we wsi Pazurek koło Rabsztyna, oczekując tęsknie całymi dniami na przybycie naszego ojca3/. Ojciec bowiem miał nas przetransportować do naszego mieszkania w Sosnowcu przy Placu Tadeusza Kościuszki. Wtedy już jednak do Sosnowca wkraczały niemieckie oddziały z pułku SS Germania.

Budynek Kasyna już w pierwszych dniach okupacji niemieckiej został zajęty przez trudną do zinterpretowania grupę Niemców. Byli jednak wśród mieszkańców osiedla i tacy osobnicy, którzy twierdzili, że spoza weneckich okien zasłoniętych białymi firanami dostrzegali poruszające się tam sylwetki nie cywilnych lecz umundurowanych żołnierzy niemieckich. Nie potrafiono jednak nigdy określić z jakiej pochodzili formacji wojskowej. Oficjalnie jednak władze niemieckie rozgłaszały wśród mieszkańców z tego osiedla informacje, jakoby ten budynek zamieniono wyłącznie tylko na magazyn, w którym gromadzone są meble, które zostały przejęte przez nową władzę w wyniku eksmisji polskich rodzin. Wielu mieszkańców jak to czasami w takich tragicznych sytuacjach bywa te szeptane plotkarskie informacje, a raczej dezinformacje potraktowała więc jako niepodważalną prawdę obiektywną. Tym bardziej, że faktycznie już od pierwszych tygodni po zajęciu Sosnowca przez wojsko niemieckie, przystąpiono do planowego usuwania z mieszkań z Urzędniczego Osiedla Mieszkalnego przy Placu Tadeusza Kościuszki niektórych mieszkańców narodowości polskiej.

Jednocześnie budynek Kasyna był całodobowo pilnowany i nikt z Polaków od września 1939 do stycznia 1945 roku już nie miał do jego wnętrz absolutnie żadnego wstępu. Dotychczasowy stróż pan Żelazny (imię?), który teraz przejął obowiązki palacza w podziemnej kotłowni w dawnej klubo-herbaciarni też tajemniczo milczał i nie przekazywał mieszkańcom z tego osiedla absolutnie żadnych informacji co się we wnętrzu tego tajemniczego willowego budynku dzieje. Dzisiaj jako stary już człowiek to milczenie rozumiem i całkiem je popieram. Wielu bowiem wtedy moich rodaków – „gadułów”, otwarte szeroko i niekontrolowane usta zaprowadziły bowiem nie do wiecznego raju, a do niemieckiego obozu koncentracyjnego, lub na wisielczy okupacyjny niemiecki sznur.

****

     Dla Polaków światłych zastanawiające było jednak to, że ten obecnie funkcjonujący niby magazyn mebli jest jednak w zimnych porach roku systematycznie i całodobowo ogrzewany. Dowodem na to było wielokrotne w ciągu jednego tylko roku dostarczanie do kotłowni znacznej ilości koksu i dym jaki się wtedy też wydobywał z centralnego komina kotłowni oraz wieczorne i nocne prześwity w szczelnych czarnych roletach jakie obowiązywały do zasłaniania okien w czasie okupacji niemieckiej. Rozgłaszane przez Niemców dezinformacje o magazynie mebli zapewne jednak spowodowały uśpienie u wielu zamieszkujących to osiedle Polaków. W rezultacie więc nikt wtedy nie rozszyfrował co się jednak faktycznie takie tam działo. O niewiedzy Polaków może świadczyć niżej przytoczony przez autora epizod.

Jeszcze kilka lat temu, bowiem około 2005 roku wywodząca się z dawnej, znanej w Sosnowcu patriotycznej rodziny włoskiej, moja koleżanka Terenia Wiprzycka (z rodziny Patello) opowiadała autorowi, że kiedy po zwolnieniu ich z obozu pracy z mamą i babcią dotarły wreszcie do Placu Tadeusza Kościuszki, to okazało się, że ich dotychczasowe mieszkanie jest już zajęte przez nieznaną im rodzinę niemiecką. Otrzymali jednak wtedy na skutek wyjątkowej koneksji od dyrekcji z „Rurkowni Huldczyńskiego”, malutkie mieszkanie zastępcze przy Placu Tadeusza Kościuszki (obecny budynek osiedlowy koszarowy nr 11). Jednak całkiem pozbawione mebli. Wtedy ponoć ktoś z domowników z tego osiedla zasugerował im by się udali do Kasyna, gdyż tam ponoć zmagazynowane są duże ilości mebli jakie przejmowali Niemcy po dokonywanych eksmisjach Polaków. Podobno mamie mojej koleżanki szczególnie zależało na odzyskaniu utraconego rodzinnego pokoleniowego pokojowego okrągłego stołu. Trudno mi teraz ocenić rozsadek tej decyzji, ale skierowanie się do Kasyna po rodzinny stół było wyjątkowo wtedy ryzykownym krokiem i to w sytuacji gdy jedna osoba z tej rodziny, pan Kazimierz Patello był już członkiem patriotycznej organizacji Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) i na dodatek był już wtedy też ścigany przez Gestapo4/. Podobno jej mama i babcia płynnie jednak posługiwały się mową niemiecką i to ponoć w końcu zadecydowało o podjęciu tej karkołomnej decyzji. Już wkrótce jednak zaowocowało to tym, że władze niemieckie wyraźnie zainteresowały się tą polską rodziną. Na szczęście były to jednak już ostatnie miesiące pobytu okupanta niemieckiego na tym terenie, bowiem już w styczniu 1945 roku w popłochu opuścili Sosnowiec. Moja koleżanka w trakcie rozmowy wspominała, że w Kasynie według rozeznania jej rodziny nie mieścił się tam wtedy żaden magazyn mebli tylko przebywało„tam jakieś dziwne i wyjątkowo trudne do rozszyfrowania niemieckie towarzystwo”.

****

Dzisiaj już trudno dociec dokładnej daty. Pewnego jednak letniego dnia, a był to jeszcze okres okupacji niemieckiej, udało się autorowi jako malcowi towarzyszyć panu Żelaznemu, palaczowi z kotłowni z Kasyna do leżącego tuż, tuż poza Czarną Przemszą renardowskiego kompleksu browarnego. Wtedy to po raz pierwszy nie pokonując już nielegalnie płotów bardziej dokładnie i w miarę spokojnie spenetrowałem rozciągającego się tam tereny browaru i fabryczki sztucznego lodu. Nie o tym jednak teraz pragnę wspominać, ale o tym co wtedy przypadkowo w trakcie pobytu na terenie browarnym odkryłem.

Byłem wtedy zaskoczony, że palacz załadowywał do taczki nieznane autorowi wielkie wypolerowane bloki zmrożonego krystalicznego lodu. Te stosunkowo pokaźne bloki, bo o wymiarach mniej więcej 25x30x100cm, przy naszej obecności zawijano najpierw w białe sukno, a później dopiero załadowywano na taczkę. Dopiero po dokonaniu wszystkich formalności, znacznie już obciążoną dwoma lub trzema blokami lodu i chyboczącą się niemiłosiernie na boki taczkę, ten sam palacz transportował do dawnego Kasyna. Podczas okupacji niemieckiej temu samemu dosłownie palaczowi towarzyszyłem tam jeszcze co najmniej kilkakrotnie, zawsze po kolejne porcje bloków lodu. Te bloki lodu już wtedy według moich rodziców raczej świadczył o tym, że w Kasynie nie funkcjonuje żaden magazyn polskich mebli, jak to nagłaśniają Niemcy polskim mieszkańcom, ale całkiem możliwe, że funkcjonuje tam nieznana nam Polakom jakaś faszystowska organizacja, lub goszczeni są nieznani nam jacyś niemieccy funkcjonariusze bezpośrednio związani z produkcją wojskową jaka miała wtedy miejsce w pobliskiej „Rurkowni Huldczyńskiego”. Lód bowiem stosowano wtedy do schładzania napojów, lub też do konserwowania posiłków. Te rodzinne sugestie skojarzyłem już jednak znacznie, znacznie później, gdy byłem już w pełni dorosłym człowiekiem, a na rynku w PRL pojawiły się pierwsze lodówki. Wtedy to dopiero w pełni przypomniałem sobie okupacyjną rozmowę moich rodziców i uświadomiłem też sobie głęboki podtekst rozmowy ojca z moją mamą na ten temat.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Bear