Janusz Maszczyk: Dzieje pogońskiego kasyna

****

Nie znam zasadniczej przyczyny ale według przekazów rodzinnych wysublimowany nastrój tej klubo – herbaciarni kasynowej raczej jednak peszył rodziny robotnicze, niż zachęcał je do częstego odwiedzania, a głównie przyciągał natomiast rodziny urzędnicze. To było po prostu – jak mawiał mój ojciec – widoczne w fabryce dla wszystkich nawet gołym okiem. Chociaż bywanie tam niektórych robotników z czasem mogło przecież rodzić bliższe znajomości z urzędnikami i w konsekwencji przybierać w fabryce cechy nobilitacyjne tych osobników. Z logicznego nawet punktu widzenia powinni więc być raczej zachęceni do częstszego odwiedzania tej klubo – herbaciarni i nawiązywania koleżeńskich stosunków z urzędnikami. Jednak na co dzień to integracyjne zagadnienie wyglądało zupełnie inaczej. Z tym zjawiskiem wiele osób, w tym i moja rodzina, a szczególnie ojciec będący wtedy urzędnikiem w „Rurkowni Huldczyńskiego”, nie mogła się nigdy absolutnie pogodzić. Uważano bowiem, że nowo wybudowana klubo – herbaciarnia powinna mieć charakter integracyjny całego polskiego społeczeństwa, a nie tylko kastowej urzędniczej nomenklatury. Jedności pokoleniowej po latach niewoli potrzebowała bowiem wtedy cała Polska, a nie segregacji społecznej. Dzisiaj już trudno dociec konkretnych przyczyn, dlaczego do Kasyna nie garnęli się jednak masowo ludzie ze wszystkich środowisk społecznych. Możliwe, że wówczas, w tych odległych jeszcze latach, dopiero co wybudzone spod snu zaborowego społeczeństwo dzieliła jednak jeszcze spora i niewidzialna bariera intelektualno – kulturowa, której w tak krótkim okresie czasu nie zdołali jej jednak wszyscy przeskoczyć. Istniały przecież nie do ukrycia wyraźne podziały pomiędzy inteligencją, a innymi klasami społecznymi. Nie zapominajmy też jednak o szerzącej się biedzie i bezrobociu, które jednak też dalej dominowały w jakże wielu polskich rodzinach. Mimo bowiem widocznego interwencjonizmu państwowego w sprawach gospodarczych, były to nadal jednak lata żarłocznego kapitalizmu, gdzie bezrobocie, analfabetyzm i bieda nie tylko zaglądały, ale nawet gościły w wielu polskich domach i mniejszościach narodowych. W tych sentymentalnych i romantycznych latach II Rzeczypospolitej Polski – jak to po latach nawet z goryczą wspominał ojciec – Ojczyzna nasza nie dla wszystkich była więc dobrą i kochającą matką, bywało niestety i tak, że postrzegano ją jako niedobrą macochę. Podobną zresztą ocenę o tamtych latach pozyskałem też od mojego teścia, ku memu zresztą zaskoczeniu i nieukrywanemu zdziwieniu, gdyż swe korzenie wywodził z wyjątkowo bogatej śląskiej rodziny. Natomiast w przypadku ojca ta ocena o tyle mnie po 1945 roku jednak jeszcze dodatkowo zaskakiwała, że nigdy raczej, w przeciwieństwie do mojej mamy, nie pozostawał wtedy bez pracy, a na niskie zarobki raczej też nie mógł narzekać. Ale to kolejny temat już tak skomplikowany i tematycznie tak niesamowicie rozwlekły, że aby go chociaż połowicznie teraz opisać, to wymaga już jednak odrębnego artykułu.

****

Do dwukondygnacyjnego budynku Kasyna, a raczej do zadaszonego ganku od zawsze, czyli od chwili tylko jego wybudowania, wiodły typowe zgodne z ówczesnym ekskluzywnym wzornictwem szerokie i dostojne kamienne schody, gdzie dopiero na ich szczycie znajdowały się drewniane drzwi dwuskrzydłowe. Niestety ale nie dla wszystkich były one zawsze szeroko otwierane przez umundurowanego dyżurującego tam portiera. Stałych bywalców, najczęściej spośród kadry urzędniczej rozpoznawał natychmiast, czego dowodem było czapkowanie i pokorny szeroki uśmiech. Natomiast inne nieznane mu na co dzień osoby, zmuszone były okazać fabryczną legitymację. Już, po przekroczeniu progu, we wnętrzach poza gankiem rozciągał się ogromny i przestronny główny hol, którego podłoga była starannie w jasnych kolorach wykafelkowana. W jego przestronnych, wręcz ogromnym czeluściach do licznych pomieszczeń na górne piętro wiodły po prawej stronie półkolisto wyprofilowane i szerokie drewniane eleganckie schody, a obok nich wiła się błyszcząca pełna prowadnic oraz pionowych prętów wypolerowana do połysku poręcz. Na górnym już piętrze mieściły się bowiem pomieszczenia służbowe i administracyjno – bufetowe oraz archiwum Kasyna. Tych pomieszczeń było tam co najmniej kilkanaście o niezwykle zróżnicowanej powierzchni i przeznaczeniu. Tam w dwóch pomieszczeniach znajdowały się kuchenne piece opalane węglem kamiennym, a na półkach zalegały dziesiątki garnków, talerzy, mis, itd., czyli dosłownie to wszystko co było ściśle związane z zastawą kuchenną oraz przygotowaniem dla klienteli różnorodnego jadła.

****

W tym samym głównym holu na parterze jednak po lewej stronie, zaraz po wejściu do Kasyna, umiejscowiono kancelarię dyrektora, zwaną też Gabinetem Dyrektorskim – przetrwała w niezmienionym wyglądzie do późnych lat 40. XX w. W gabinecie tym stało zazwyczaj duże biurko z wieloma szufladami, a obok stół otoczony z trzech stron malutką galeryjką. Całość pokryta była czarną ceratą, a poza biurkiem umiejscowiono jeszcze głęboki i opasły miękki fotel, a obok niego stała jeszcze malutka oszklona biblioteczka, która po 1945 roku wypełniona już była tylko różnymi dokumentami administracyjnymi i propagandowo – ideologicznymi.

Po prawej stronie na parterze w tym samym przestronnym główny holu mieściły się też wykafelkowane i pachnące dla Pań i Panów kabinowe ubikacje, a w nich obok były zawieszone na kafelkowych ścianach białe jak śnieg umywalki z ciepłą i zimną wodą, i osobno obok ubikacji, jednak już w oddzielnych pomieszczeniach były natryski z bieżącą ciepłą i zimną wodą. Poza głównym holem i ruchomymi dwuskrzydłowymi oszklonymi drzwiami, rozciągał się dopiero długi na około od 10 – 20 metrów rzęsiście oświetlony korytarz, a po dwóch jego stronach mieściły się wypolerowane do połysku trzy ogromne powierzchniowo gościnne salony. Do wymienionych i zawsze pachnących pastą klinkierową salonów, wyposażonych w szerokie przestronne i dostojne weneckie okna, delikatnie zasłonięte muślinowymi firanami, można się było dostać bezpośrednio z tego długiego korytarza. Istniała też jednak możliwość przemieszczania się z jednego salonu do drugiego i kolejnego, poprzez wyjątkowo szerokie i ruchome wieloskrzydłowe oraz harmonijkowe białe jak śnieg drzwi, nasączone malutkimi kryształowymi szybkami.

[Zdjęcie autora z lat 50. XX wieku. Jedno z pomieszczeń salonowych. Po lewej autor, a po prawej mój przyjaciel podwórkowy – Adaś Zajaś (nie żyje od kilkudziesięciu lat).

„Istniała też jednak możliwość przemieszczania się z jednego salonu do drugiego i kolejnego, poprzez wyjątkowo szerokie i ruchome wieloskrzydłowe oraz harmonijkowe białe jak śnieg drzwi, nasączone malutkimi kryształowymi szybkami”…]

Wszystkie te ogromne pomieszczenia, podobnie jak całe Kasyno były centralnie ogrzewane, pokrycie podłóg klinkierowe, a ściany do wysokości mniej więcej 1,5 metra ponad podłogą pokryto ozdobną, wyprofilowaną drewnianą białą płytą. Takie ekskluzywne i pełne rzęsistego światła oraz drewnianego ciepła wyposażenie wnętrz, było wówczas na co dzień sosnowieckim mieszczuchom nigdzie niedostępne, sprawiało więc ponoć na niektórych oszałamiające wrażenie. Nawet jak to wspominał po latach mój ojciec na osobnikach, którzy raczej takim wyglądem wnętrz nie powinni być absolutnie zaskoczeni, a tym bardziej nie powinni ich podziwiać aż z tak szeroko otwartymi ustami. W zasadzie swym wyglądem zewnętrznym i wewnętrznym, poza zmianami piwnicznymi, Kasyno w niezmienionej krasie przetrwało do późnych lat 40. XX wieku. Wtedy to poznałem niemal wszystkie jego zakamarki, z wyjątkiem pomieszczeń piwnicznych. Znaczne, a raczej kolosalne zmiany w tym willowym budynku, przypominające prawdziwe już trzęsienie ziemi nastały jednak dopiero w latach 60. XX wieku. Wtedy to Kasyno zamieniona już wyłącznie tylko na budynek mieszkalny, tworząc w nim o różnym pokroju wiele typowych jak w każdym budynku izb. W ten sposób zatracił on już całkowicie i na zawsze, swój dotychczasowy pierwotny ekskluzywny wystrój.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Bear