Janusz Maszczyk: Dzieje pogońskiego kasyna

Z kolei jak wspominał to jeszcze tęsknie za czasów PRL mój ojciec, gdy sklepy najczęściej świeciły już wtedy tylko pustymi pułkami z jedynym tylko rarytasowym rodzajem herbaty, to ponoć atutem tak parzonej w okresie międzywojennym herbaty była jej wyjątkowa smakowa różnorodność. Ta receptura była właśnie znana też naszej rodzinie. Chyba więc dlatego lśniący mosiądzem samowar, po 1945 roku już całkowicie wygaszony, stał jednak zawsze jako ciekawy eksponat na czołowym i honorowym miejscu w naszej izbie kuchennej.

Będąc przy wiodącym temacie warto chyba też wyjaśnić półprawdy jakie powielają współcześnie niektórzy sosnowieccy publicyści. Rozsiewają bowiem mit, jakoby to Sosnowiec, już w czasach zaborów Rosji carskiej, były kawiarnianym eldoradem. A to jest nieprawda! W Sosnowcu bowiem, podobnie jak i w innych miastach Królestwa Polskiego, tak jak i w Rosji carskiej, napojowym rarytasem w lokalach była przede wszystkim herbata. Kawa naturalna na tych terenach była jeszcze wtedy prawie nieznana i to przez wiele, wiele jeszcze dalszych lat. Zresztą klasycznych lokali typu kawiarnianego, gdzie można było w odpowiedniej półmrocznej i cichej atmosferze zakosztować tego znakomitego aromatu było wtedy mikroskopijnie niewiele. Na Pogoni popularne były bowiem wtedy nie kawiarnie ale tylko restauracje. W rzeczywistości spełniające jednak charakter pijackich knajp! Jedna była usytuowana na styku ulic: Czeladzkiej i Będzińskiej, a druga przy uliczce Nowopogońskiej (patrz poniżej przypisy, nr 1). Temat doskonale zresztą znany nie tylko mojej rodzinie, ale wszystkim tym, których korzenie rodzinne sięgają jeszcze tych stron XIX wieku.

****

     Nie zapominajmy też o tym, że w tamtych przedwojennych jeszcze latach zgodnie z ówczesną tradycją, prawdziwie wykwintną kuchnią mógł tylko zarządzać mężczyzna. Niezwykle mile widziani w tym zawodzie byli ponoć jednak szczególnie Francuzi. W Kasynie więc głównym kucharzem został niezwykle małomówny, ale z solidnym wynagrodzeniem i do tego jeszcze rodowity Francuz, sprowadzony ponoć nawet po protekcji – jak to wspominał ojciec – „z dalekiego i zaprzyjaźnionego z Polską kraju”. Podobno z początku miał kłopoty nie tylko z samą asymilacją, ale w rozmowie niemiłosiernie plątał się też jego język.

Zamawiane przez urzędników wielodaniowe obiady, pachnące francuskie ciasteczka i wyszukane torciki oraz przeróżnej jakości lody i inne jeszcze pachnące specjały oraz trunki, donosili już jednak do salonów specjalnie dobierani i odpowiednio wystrojeni kelnerzy. Oprócz wykwintnych dań, raczono też gości tradycyjnym polskim jadłem. Na ukwiecone stoliki trafiała więc też wtedy nieznana w innych regionach Polski zalewajka, czyli zupa z ziemniaków i kiszonego barszczu czerwonego z grzybami. Smakołyki z kuchni donosili na stoliki „wybrakowani” kelnerzy, którzy najczęściej dostojnie i majestatycznie schodzili z tymi daniami z górnego piętra po wypolerowanych szerokich i drewnianych schodach. Wielką ponoć sztuką w ich fachu było noszenie tych dań na wielkiej tacy, którą zręcznie trzymano na dłoni, na sztywnie wysuniętej przed siebie ręce.

Przy dużych jednak grupowych zamówieniach, wykwintne dania opuszczane były już z kuchennych górnych pomieszczeń na parter, specjalnie skonstruowaną tak zwaną kuchenną windą. Stąd dopiero były donoszone przez szarmanckich kelnerów na poszczególne ukwiecone stoliki usytuowane w przytulnych wielkich salonach. Winda uruchamiana była ręcznie korbowodowym urządzeniem, na który się pomalutku nawijała lub rozwijała stalowa linka. W dół, na parter sunęła prawie bezszelestnie po specjalnie do tego celu skonstruowanych prowadnicach. Stacją końcową na parterze tej niecodziennie kuchennej windy, często zresztą podziwianej przez bywalców kasyna, była w głównym holu zainstalowana na parterze, specjalnie dyskretnie ukryta malutka wnęka, z białymi drzwiczkami zamykanymi na ozdobny haczyk. Niektóre z tych ekskluzywnych klubo – herbacianych kuchennych urządzeń – jak pamiętam doskonale – to przetrwały jeszcze do końcowych lat 40. XX wieku.

****

Kasyno w okresie II Rzeczypospolitej Polski oferowało bywalcom jak na owe sentymentalne i romantyczne czasy wiele też wysublimowanych przekazów informatyczno – kulturowych i patriotycznych. Przede wszystkim wyposażone było w bogatą liczącą co najmniej kilka tysięcy woluminów bibliotekę i czytelnię aktualnej prasy, o czym więcej w dalszej części artykułu. Natomiast w dwóch pozostałych pomieszczeniach przeprowadzano też fachowe odczyty z dziedziny nie tylko polskiej kultury i geografii, ale słano też zgromadzonym klubowiczom patriotyczne przekazy zwłaszcza z historii polski. A w godzinach już przedwieczornych, dla osobników z zakodowaną kondycją intelektualnosportową organizowano dodatkowo jeszcze różne gry. Szczególnym zwłaszcza zainteresowaniem cieszył się wówczas bilard. Może jako ciekawostkę pozwolę sobie przekazać informację, że ten sprzęt bilardowy w pełnym komplecie: stół bilardowy wraz z kijami i kulami (kule zwane popularnie „bilami”) oraz grzybkiem, przetrwały do późnych lat 50. XX wieku i też cieszył się dużym zainteresowaniem zwłaszcza wśród młodzieży męskiej.

Powracając jednak do lat międzywojennych. Można też było porównać swe błyskotliwe i intelektualne umiejętności z drugim partnerem grając z nim przy stoliku w szachy i warcaby, czy nawet w domino. Natomiast w niedziele i dni świąteczne organizowano najczęściej grupowe majówkowe wycieczki krajoznawcze na łono przyrody i do pobliskich miast naszej Ojczyzny. Dewiza była jedna i prosta oraz niezwykle wychowawcza. Zwiedzanie pobliskich miejscowości zagłębiowskich, małopolskich, śląskich, a nawet kieleckich o jakże charakterystycznej w tamtych latach różnorodnej małomiasteczkowej architekturze nasiąkniętej jeszcze wtedy wielokulturowym i wielonarodowym folklorem, polskim, rosyjskim, niemieckim i żydowskim. Podziwiano też i pojono naszą duszę jakże bajkową polską przyrodą: kolorowymi łąkami, wśród nich tulącymi się do ziemi bielonymi strzechą krytymi chatami, pasmami ciągnących się pól przesiąkniętych śpiewem skowronków, klekotem boćków i lasami pełnymi ptactwa. Organizowano nawet dalekie podróże furmankami do Jury Krakowsko – Wieluńskiej i nieistniejącego już dzisiaj cudu europejskiej natury, czarującej piaszczystej krainy – Pustyni Błędowskiej. Jedynej takiej, do tego jeszcze pełnej uroków, tajemniczości i „fatomorganowych” zjawisk pustyni w Europie. Przede wszystkim nasycano jednak dusze i serca dumą narodową i wszystkim tym co już nam mogła zaoferować wolna, niepodległa i suwerenna Polska. To były bowiem dla Polaków takie radosne i pełne szczęścia lata, że nie dzielono wówczas Polski na małe i duże ojczyzny, czy prywatne podwórka, dzielnice, miasta, tylko scalano to wszystko co cudem po dziesiątkach lat uratowano i znowu powróciło na Ojczyzny łono.

Organizowano też w sobotnie popołudnia– jak to wtedy tę porę dnia określano – bale taneczne dla pracowników fabrycznych wraz z ich zacnymi małżonkami oraz przeróżne loterie fantowe, często też przeznaczane na cele dobroczynne. Huczne i strojne zabawy w zasadzie jednak najczęściej organizowano w karnawale. Wtedy to bardzo popularne stały się też bale maskowe, zresztą zapoczątkowane już na ziemiach polskich w XVIII wieku. Organizowano też różne inne rozrywki. Deklamowano więc poezje znanych polskich wieszczów oraz przytaczano też ciekawsze wątki i epizody ze znanych historycznych utworów naszych wybitnych pisarzy, głośno czytano rozprawy i prowadzono też dysputy polityczne. W końcu po prostu przy stolikach zwyczajnie plotkowano. Popularyzowano też pieśni patriotyczne i ludowe oraz muzykowano i to w szerokiej formie. Głównie jednak popularyzowano grę na skrzypcach, akordeonie i fortepianie. Przypominam sobie, że według przekazów rodzinnych bardzo popularne w Noc Świętojańską było też tradycyjne puszczanie ukwieconych i oświetlonych świeczką wianków na toczącej swe wody zaledwie kilka kroków obok Kasyna rzece Czarnej Przemszy. Rzece, która jeszcze wtedy nie była uregulowana, ale za to była pełna życia biologicznego. W tych ostatnich tradycyjnych wręcz pokoleniowych polskich uroczystościach brali już udział wszyscy dosłownie mieszkańcy z tego osiedla. Szczególnym zainteresowaniem, co było widoczne, cieszyły się jednak z tego dzieci. Po prostu wszystkie dzieci! Niezależnie od pochodzenia społecznego i narodowego, czy wykształcenia.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Bear