Janusz Maszczyk: Dzieje pogońskiego kasyna

****

W 1999 roku starałem się pozyskać z fabrycznej administracji Huty im M. Buczka (dawna „Rurkownia Huldczyńskiego”, po 1945 r. Huta „Sosnowiec”) pewne dokumenty związane z budową tego osiedla. Możliwe, żei tym razem sięgnąłem jednak w historyczną przeszłość zbyt późno, gdyż wszyscy znani mi dorośli mieszkańcy z tego osiedla jak i z mojej rodziny już wtedy odeszli z tego świata. No cóż! Za błędy młodości, za brak dociekania, kiedy mogłem pozyskać jak z rogu obfitości całą masę cennych ciekawostek, teraz trzeba było zapłacić taką oto cenę. Trafiłem jak się mi to początkowo jednak wydawało na wyjątkowo wprost sprzyjającą okazję, gdyż jednym ze znaczących pracowników tego działu jak się okazało był mój dawny bliski sąsiad z Placu Tadeusza Kościuszki, i to jeszcze z tego samego nawet dosłownie budynku, i pietra oraz przestronnego entre, gdzie mieszkaliśmy obok siebie przez wiele, wiele ładnych lat po 1945 roku2/. Na początku spotkania uściskom i wspomnieniom nie było więc końca. W trakcie jednak już samej konkretnej rozmowy okazało się, że w archiwach dawnej „Rurkowni Huldczyńskiego” nie zachowały się już jednak żadne konkretne dokumenty, w których z precyzją kierownictwo fabryki odnotowywało kiedy sukcesywnie powstawały na tym wydzielonym Urzędniczym Osiedlu Mieszkaniowym poszczególne zabudowania, typu koszarowego. A przecież wiadomo, że ekipy budowniczych oddawały wtedy administracji fabrycznej budynki mieszkalne sukcesywnie, które przez osobników łaknących takich „luksusów” natychmiast, po otrzymaniu kluczy były zasiedlane.

Kiedy więc został wybudowany budynek, zwany później Kasynem?… Wszystkie gwiazdy na niebie, nie mówiąc już o logicznym toku rozumowania wskazują, że Kasyno osiedlowe zostało oddane do użytku, jako klubo – herbaciarnia w pierwszych latach już odrodzonej, wolnej i suwerennej Polski – II Rzeczypospolitej. Przynajmniej oddane zostało do użytku w takim stanie technicznym, że natychmiast zaczęło spełniać swą przewidzianą w statucie założycielskim misję użyteczności. Jak na owe czasy, gdy Polska dopiero co dźwigała się z kolan zaborczych, był to w tym rejonie Sosnowca, nietuzinkowy obiekt budowlany. Troszeczkę dla wielu jednak jakby tajemniczo usytuowany, o ciekawej jak na tamte lata architekturze i niebywałym też zakresie działania. Mimo woli więc podsycał i wzbudzał zainteresowanie oraz w wielu przypadkach rodził też mity i półprawdy, i to nie tylko wśród mieszkańców z biednej Pogoni (obecnie oznakowany jako Plac Kościuszki nr 17). Historia i misja jaką ten budynek na przestrzeni dziesiątków lat spełniał zrodziła takie niesamowite wśród mieszkańców Sosnowca legendy, że nawet obecnie wśród osób przyjezdnych i młodych osobników nie są więc one przekazywane zgodnie z prawdą obiektywną.

Z kolei u maluchów podwórkowych z tego osiedla, jeszcze w czasie okupacji niemieckiej, dziecięce wizje ciekawości budziły nie tylko niedostępne na co dzień same wnętrza tego ekskluzywnego Kasyna, ale również i przylegający doń pełen ukrytych tajemnic ogródek, który jak na ironię naszego dziecięcego losu był w zasadzie jednak dla nas prawie nigdy niedostępny, gdyż dodatkowo był jeszcze pilnowany przez stróża podwórkowego pana Żelaznego. Ten w gruncie rzeczy niewielki ogródek pełen palety różnorodnych kolorowych kwiatów, pachnących malin, jeżyn oraz wiśni i czereśni usytuowany był na tyłach Kasyna. Od strony północnej stykał się już niemal swym parkanem z zawieszonym tam mostkiem drewnianym ponad Czarną Przemszą. Ogródek, który był integralną własnością Kasyna wyjątkowo czarował i pobudzał naszą wyobraźnię szczególnie wiosną, gdy obsypywały go już wtedy kolorowe kwietniki i różnorodnie kwitnący drzewostan. Natomiast latem bywał pełen dziecięcego pożądania, gdyż na rozłożystych krzakach dojrzewały już słodkie jak miód jeżyny i maliny oraz kwaskowe porzeczki i agrest, a na drzewach pojawiały się też urokliwe kolorowe wiśnie i czereśnie. Klubo – herbaciarnia właśnie z tego ogródka, nie wiem dlaczego ale w mych oczach prezentowała się więc wtedy jako bajkowa niedostępna willa. Możliwe, że dlatego gdyż ozdobiona była do tego jeszcze spadzistym kafelkowym dachem w kolorze czerwonej wiśni, kolorową elewacją i wielkimi pełnymi dziecięcych tajemnic weneckim oknami. 

****

Kasyno zasadniczo powstało z przeznaczeniem dla wszystkich pracowników zatrudnionych w pobliskiej „Rurkowni Huldczyńskiego” i ich rodzin. Jednak tak na co dzień, to garnęły się doń wyłącznie tylko urzędnicze białe kołnierzyki i oczywiście ich najbliżsi z rodziny. Dotyczyło to szczególnie godzin południowych, co było zrozumiałe, gdyż wtedy ponoć serwowano – znakomite pańskie dania – urzędnikom z pobliskiej „Rurkowni” i zapraszanym tam na lśniące parkiety w wyjątkowych też sytuacjach ich rodzinom. Taki funkcjonował wówczas tok urzędniczej pracy w „Rurkowni Huldczyńskiego”. W porze bowiem południowej sjesty, ciszy i niemal powszechnego urzędniczego lenistwa, prawie dwie godziny były zawsze w dni robocze wolne od pracy. A fabrykant, by pracownik był jeszcze bardziej wydajny w swej pracy, przeznaczał je wtedy, ponoć ku zadowoleniu samych pracowników, na spokojne spożycie obiadu i ewentualną też pogawędkę, czy nawet poplotkowanie w doborowym towarzystwie. Oczywiście, że te dziwne humanistyczne przywileje dotyczyły tylko urzędników, gdyż robotnicy jak wspominał to zawsze z goryczą mój ojciec, w tym samym czasie „tyrali w fabryce od jednej do kolejnej zmiany, którą przeraźliwie obwieszczała syrena hutnicza”.

Kasyno oprócz wyżej wymienionej klasycznej restauracji fabrycznej, spełniło też jednak w godzinach późno popołudniowych rolę klubo – herbaciarni. Podobno nawet z bardzo szeroko pojętą formą społeczno – integracyjną, do jakiej tam wtedy dochodziło pomiędzy pracownikami z „Rurkowni Huldczyńskiego”. Bowiem w ekskluzywnych i ciepłych salonach tego willowego budynku istniała wtedy też możliwość nie tylko skorzystania z serwowanych pachnących ciasteczek i aromatycznej kawy, która ponoć ożywiała przygnębiające samopoczucie, ale ucięcia też pogaduszek z innymi bywalcami. Jednak prawdziwym aromatycznym specjałem w Kasynie, była ponoć nie kawa, ale serwowana znakomita i aromatyczna herbata. Niezmiernie wtedy popularna, określana nawet w legendach Kasyna, a później nawet w urzędniczych osiedlowych mieszkaniach i plotkarskim maglu usytuowanym obok klubo – herbaciarni oraz nawet na podwórkach – „jako boski herbaciany napój”.

Podobno podawana herbata w Kasynie dodawała każdemu delikwentowi taki wzrost cudownej siły i metaforycznych przemian w jego organizmie, że w mig stawiała na nogi nawet wyjątkowo rozklekotanych, czy ponurych osobników. Jej filozofia parzenia sprowadzała się jednak ponoć do trzech podstawowych zasad. Odpowiedniego dobrania znakomitej porcji herbaty, później wlania dobrej i świeżej wody oraz równoczesnego zastosowania odpowiedniej temperatury jej parzenia. Przy czym samo już parzenie dokonywane było w bulgoczącym i buchającym parą tulskim samowarze. Według mojej mamy ponoć jeszcze za jej sentymentalnych i romantycznych lat w okresie II Rzeczypospolitej Polski można się było w Sosnowcu delektować aż kilkoma smakowymi rodzajami herbat, które uzależnione jednak były od stopnia fermentacji i naparu oraz koloru zakupionych ziół herbacianych.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Bear