Janusz Maszczyk: Dzieje pogońskiego kasyna

A zaczynał się od strony północnej, niemal od samego mostku drewnianego łączącego dwa przeciwległe brzegi rzeki Czarnej Przemszy, a kończył się od strony południowej przyklejony niemal aż do elewacji dzisiejszego budynku nr 13. Przy czym, jego fragmencik ciągnący się od metalowej furteczki w stronę Czarnej Przemszy oraz mostku drewnianego i Alejki i uliczki Gampera, w swym wystroju architektonicznym był troszeczkę inny, powiedziałbym nawet mniej strojny i dostojny, niż fragment wiodący w kierunku przeciwnym, czyli w stronę centralnej części Placu Tadeusza Kościuszki. Całość jednak świadczyła o nietuzinkowym wystroju i zabezpieczeniu tej części osiedla oraz oczywiście dodawała też wyjątkowej barwy, uroku i splendoru samemu też reprezentacyjnemu miejskiemu Placowi Tadeusza Kościuszki. Ten ozdobny i zabytkowy parkan, podobnie zresztą jak i większość dawnej infrastruktury z tego placu do naszych czasów już jednak nie przetrwały. W zdecydowanej większości zostały bowiem już unicestwione w latach 60. i 70. XX w. Przy czym skala bezmyślnych wyburzeń i dokonanych byle jakich przeróbek jest tak paraliżująco ogromna, że obecnie nie sposób w formie króciutkiego artykułu ich wszystkich na nowo przywołać w szczegółach.

W tym samym okresie czasu dokonano też całkowitego unicestwienia wnętrz zabytkowego willowego Kasyna. Autor postara się jednak w dalszej części tego artykułu przywrócić przynajmniej takie wątki historycznych wspomnień, które pozwolą czytelnikowi odtworzyć sobie to co było niezwykle charakterystyczne i wiązało się bezpośrednio z tą przecież kiedyś nietuzinkową klubo – herbaciarnią, określaną jako Kasyno, a po 1945 roku już tylko jako Świetlicą Zakładową Huty Sosnowiec.

[Zdjęcie autora z 2009 roku. Od północnej strony końcowe fragmenty dawnego długiego i wijącego się jak pyton podwórka Urzędniczego Osiedla Mieszkaniowego, typu koszarowego. Z tamtych odległych lat, zarówno same zabytkowe zabudowania jak i swoisty klimat samego podwórka do dzisiaj już jednak w pierwotnej formie nie przetrwały. W głębi, po prawej ze spadzistym dachem i żółtawą elewacją – to dawna klubo – herbaciarnia. Po prostu Kasyno a po 1945 roku „Świetlica”. Całkiem po lewej stronie trzykondygnacyjny odrapany już z tynku budynek nr 15, to dawny jeszcze urzędniczy budynek mieszkalny. Widoczna po prawej stronie już poza rzeką Czarną Przemszą wieża ciśnień, to już nowa budowla wzniesiona w latach 70. XX w. W tym samym czasie zburzono jednak zabytkową wieżę ciśnień wykonaną w całości z metalu, która stała tam już od XIX wieku. Swym specyficznym kielichowym wystrojem była prawdziwą jedyną tego typu perełką architektoniczną w Sosnowcu.] 

****

     Furteczka metalowa wiodąca do Kasyna, o której wyżej już wspominałem, a którą pokonywałem niezliczone razy, była w latach carskich i międzywojennych oraz w czasach okupacji niemieckiej jak jeszcze przez kilka miesięcy po 1945 roku zawsze regularnie i na głucho zamykana pomiędzy godziną wieczorną 22,00, a 6,00 z samego już rana. Jak pamiętam to od czasów międzywojennych zawsze przez tego samego wieloletniego podwórkowego stróża, pana Żelaznego (imię?), znanego zresztą doskonale wszystkim mieszkańcom z Placu Tadeusza Kościuszki. Pan Żelazny w tym okresie czasu pełnił też służbę w kotłowni Kasyna jako palacz, gdyż obiekt ten był centralnie nie tylko ogrzewany, ale dostarczał też ciepłą wodę do tego willowego zabudowania.

Gdy furteczka już była na głucho zamknięta, to do Kasyna można się było dostać tylko poprzez główną bramę, zresztą położoną przy Placu Tadeusza Kościuszki, obok budynku, w którym wtedy mieszkała nasza rodzina. Oznaczonego wtedy numerem 2, obecnie jest to już budynek nr 11. Chociaż i ta niezwykle ciężka żelazna i skrzypiąca przy otwieraniu i zamykaniu dwuskrzydłowa brama, też artystycznie wykonana, była również w tych samych dosłownie godzinach zamykana na klucz, ale z kolei już przez innego podwórkowego stróża. W przeciwieństwie jednak do opisywanej furteczki całkowicie zamarłej od nocnej pory aż do świtu, tę z kolei pozornie na głucho zamkniętą bramę, można już jednak było stosunkowo łatwo pokonać. Wystarczyło bowiem tylko sięgnąć do wiszącego na jednej ze ścian budynku drucianego uchwytu, by poprzez zawieszoną linkę uruchomić ręczny dzwonek jaki przez dziesiątki lat był zawieszony w pobliżu ceglastej stróżówki, która już jednak stała kilkanaście metrów dalej na wprost bramy, ale na samym już podwórku. Na charakterystyczny więc odgłos każdego dzwonka natychmiast u bramy pojawiał się dostojny i wiecznie czujny pan Piątek (imię?) – stróż tej z kolei części podwórka. Wyjątkowo miły i zacny człowiek oraz niezwykle też sympatyczny, zresztą znajomy naszej rodziny. Ten Pan czuwał bowiem przez całe dziesiątki lat, w stojącej na podwórku ceglastej – romantycznej stróżówce. Jak pamiętam, to na odgłos każdego ręcznego dzwonka zawsze energicznie reagował i natychmiast otwierał bramę dla spóźnialskich lokatorów i nieoczekiwanych obcych przybyszy. Oczywiście po uprzednim zainkasowaniu w delikatnie podsuniętą dłoń drobnej groszowej, wręcz symbolicznej jednak zapłaty. Jako z wieloletnim doświadczeniem fachman w swojej dozorczej branży, zwany był wtedy przez mieszkańców z całym szacunkiem – „stróżem podwórkowym”. Człowiek wielkiego taktu, solidności i skrupulatności w zakresie dozorczego fachu. Każdego bowiem nieznanego mu gościa nie tylko dostojnie i z wyszukanymi manierami witał, ale z całą też sympatią, i wyjątkową czujnością odprowadzał jednak aż do samych drzwi zaanonsowanego uprzednio mieszkania. Panu Piątkowi nasza rodzina w okresie okupacji niemieckiej zawdzięczała wiele, a nawet bardzo wiele. To chyba dzięki jego polskiemu sercu i nie gadatliwości, nie trafiliśmy bowiem do obozu koncentracyjnego, a może i na niemiecki wisielczy stryczek. Na pewno bowiem, nie umknęło to jego wiecznie czujnym oczom, że nasza mama w mieszkaniu prowadzi nielegalną, konspiracyjną i tajną naukę polskich dzieci. A to w czasach, gdy Gestapo i ich konfidenccy szpicle gorliwie zerkali na konspirujących polskich patriotów było niezwykle cenne i zasługuje na wielkie uznanie. To jemu bowiem też zawdzięczamy ostrzeżenie, że nasz od lat niby polski sąsiad, z naszego zresztą nawet piętra, pan P. (imię?), który nagle po wrześniu 1939 roku zmienił końcówkę swego nazwiska z „c” na „tz” i podpisał też listę narodowości niemieckiej – „Volkslistę” – coś podejrzliwie wietrzył, że nasza rodzina bierze udział w działalności antyniemieckiej. Ten niby polski sąsiad, by mieć koronnego świadka swych niecnych podejrzeń, pewnego dnia przyprowadził więc nawet pana Piątka pod same drzwi naszego mieszkania, by mu udowodnić, że z naszej kuchennej izby dochodzą charakterystyczne odgłosy jakie ponoć towarzyszą maszynie drukarskiej. A za taki tylko donos do Gestapo, to już wówczas trafiało się przynajmniej tylko na skomplikowane i dociekliwe przesłuchanie, które w przypadku działalności konspiracyjnej naszej mamy, mogło się jednak dla całej naszej rodziny zakończyć wyjątkowo fatalnie, wręcz nawet tragicznie. Ujawnienie tego faktu pozwoliło więc ojcu, z zachowaniem absolutnej dyskrecji skąd pozyskał tę insynuację, poprosić do mieszkania tego węszącego Pana, by mu naocznie udokumentować, że te tajemnicze szmery, to nie praca ukrytego konspiracyjnego powielacza, ale tylko kapiąca woda z nieszczelnego kranu wydaje takie dziwne rytmiczne dźwięki gdy spada do nisko zamontowanego żeliwnego zlewozmywaka. Pan P. – całą gębą Volksdeutsch w czasie okupacji niemieckiej, prawdopodobnie by zatrzeć po sobie swą kolaboracyjną przeszłość, natychmiast po styczniu 1945 roku wyprowadził się jednak z Placu Tadeusza Kościuszki i osiadł gdzieś w innej dzielnicy Sosnowca. Jak pamiętam to uchodził później w Sosnowcu za porządnego i oddanego naszej Ojczyźnie całym swym sercem i duszą Polaka. Więc jak to w życiu najczęściej bywa zarówno jemu, jak i jego rodzinie w sferze materialnej powodziło się za PRL nawet znacznie lepiej niż naszej rodzinie, wiecznie bowiem chorej na niepodległą, wolną i suwerenną Polskę – Ojczyznę naszą.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Bear