Janusz Maszczyk: Dziadkowie moi nie znali innej rzeki

Korzystając z okazji pozwalam sobie przekazać jeszcze tylko kilka słów na temat tego unikatowego zdjęcia. Po prawej stronie widoczne jeszcze pierwotne zabudowania browaru i fabryczki sztucznego lodu Gwarectwa „Hrabia Renard” w Nowym Sielcu. Widoczne browarne zabudowania w okresie okupacji niemieckiej już jednak nie istniały, gdyż zostały wyburzone po 1918 roku. Bowiem w miejscu widocznego dwupiętrowego budynku istniał już wtedy sztuczny zbiornik wodny, który początkowo tylko służył do wytwarzania lodu. Natomiast już po wybudowaniu nowoczesnej jak na owe czasy fabryczki sztucznego lodu, zbiornik zamieniono już tylko do celów przeciwpożarowych, a w okresie letnim służył też fabrycznym mieszkańcom jako basen kąpielowy. W oddali, poza drewnianą już kładką dla pieszych, zawieszoną ponad Czarną Przemszą, a nie jak na zdjęciu widnieje napis – Przemszą, widoczne stare jeszcze zabudowania „Wenecji”. Wśród nich stercząca najwyższa kamienica, to obecnie stojący tam jeszcze budynek nr 6 przy ulicy Chemicznej. Większość z tych budynków już jednak nie istnieje. Całkiem w tyle po prawej stronie, sterczące kominy z fabryki włókienniczej państwa Schoen, obok „Placu Schoena”, a po lewej komin z dawnej „Rurkowni Huldczyńskiego”.

****

     Turystyka rzeczna, nie tylko kajakowa, ale i łodziowa po rzece Czarnej Przemszy, o czym obecnie się w ogóle nie wspomina, była przecież już niezwykle popularna w czasach zaborów Rosji carskiej, podobnie jak i po odzyskaniu przez Polskę niepodległości po 1918 roku, w okresie II Rzeczypospolitej Polski. Jedna bowiem taka profesjonalna przystań mieściła się na terenie „Wenecji”, którą zarządzał wówczas znany wtedy na Pogoni kamienicznik pan Rusek (imię?). Poniżej prezentuję stosowny do tej tematyki artykuł opublikowany w Gońcu Częstochowskim z 23 lipca 1909 roku, czyli z okresu gdy Ojczyzna nasza była jeszcze pod zaborem Rosji carskiej:

[Źródło: pan Janusz Szalecki.]                                                                                                                        

Natomiast drugą przystań, ale już tylko dostosowaną do podróży kajakowej po Czarnej Przemszy, uruchomił pan Władysław Mazur – dyrektor Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Męskiego im. Adama Mickiewicza. Człowiek, któremu sosnowieckie nauczycielstwo zawdzięcza bardzo wiele, a które o Nim jednak zapomniało. Ta przystań usytuowana była wówczas, tuż, tuż opodal rzeki na Wawelu w Sielcu, obok Seminarium Nauczycielskiego i stojącego tam jeszcze wtedy drewnianego mostu. Natomiast kajaki w okresie gdy nie były już wykorzystywane to leżakowały w zabudowaniach szkolnych.

* * * *

     W okresie odrodzonej Polski z nurtów Czarnej Przemszy korzystali też bardzo często i licznie okoliczni mieszkańcy, gdyż rzeka nie była jeszcze wtedy aż tak zabrudzona jak to nastąpiło już w latach 60. XX wieku. Jak wspominała to moja mama – Stefania Maszczyk, to ponoć wzdłuż brzegów letnią porą, już w popołudniowe soboty i niedziele siedzieli i kąpali się w rzece w ramach tak zwanych majówek nie tylko mieszkańcy z pobliskich zabudowań, ale nawet całe rodziny, które tłumnie przybywały nad to sosnowieckie eldorado ze znacznie oddalonych terenów naszego miasta. Jeszcze w okresie okupacji niemieckiej – jak pamiętam – to mieszkańcy z tak zwanych „Białych Domów”, kobiety, mężczyźni i dzieci brodzili w rzece w okolicy „Stacji Pomp”, która została tam zabudowana jeszcze przez Gwarectwo „Hrabia Renard” i funkcjonowała na pełnych obrotach od wielu, wielu lat. Przypominam sobie, że nawet ja z moją mamą też korzystałem w tamtym miejscu z uroków Czarnej Przemszy. Woda w okolicy „Stacji Pomp” na całej szerokości była w zasadzie na tyle płytka, że trzymając się kurczowo ręki matczynej docieraliśmy aż na przeciwległy brzeg, na teren przecudownego skąpanego w zieleni „Parku Renardowskiego”.

Bardzo wtedy popularne wśród tutejszej ludności było też puszczanie w tej samej okolicy wianków ze zniczem na wodę. Pamiętam, że takie niezwykle ceremonie Nocy Świętojańskiej odbywały się w godzinach późno popołudniowych i nie tylko w wymienionym już wyżej konkretnym miejscu ale też w okolicy dawnego Kasyna jakie się wtedy mieściło na terenie Urzędniczego Osiedla Mieszkaniowego przy Placu Tadeusza Kościuszki.

[Zdjęcie autora. Czarna Przemsza w okolicy Kościoła pw. Niepokalanego Poczęcia NMP (okolice Placu Tadeusza Kościuszki). Miejsce naszych kąpieli.]

Nadrzeczne tereny i sama Czarna Przemsza przez wiele więc lat, bowiem jeszcze za mojego dzieciństwa była dla wielu mieszkańców miejscem gdzie też grupowo nawet odpoczywano i korzystano z kąpieli rzecznej. Jeszcze po 1945 roku wraz moimi przyjaciółmi podwórkowymi z Placu Tadeusza Kościuszki, kąpaliśmy się więc prawie codziennie w okresie wiosenno – letnim w okolicy naszego dawnego parafialnego kościołka w Nowym Sielcu. Do rzeki wchodziliśmy wtedy zawsze tylko od strony lewego brzegu widocznego na powyższym zdjęciu, gdyż drugi kościelny przeciwległy, był od samego drewnianego mostu aż do samego Parku Renardowskiego jeszcze wtedy zabudowany wysokim na 3 do 4 metry przepięknym z kamienia wapiennego murem.

[Źródło: Pan Artur Adach. „Do rzeki wchodziliśmy wtedy zawsze tylko od strony lewego brzegu widocznego na powyższym zdjęciu, gdyż drugi kościelny przeciwległy, był od samego drewnianego mostu aż do samego ‘Parku Renardowskiego’ jeszcze wtedy zabudowany wysokim na 3 do 4 metry przepięknym z kamienia wapiennego murem”…]

To właśnie dzięki tej rzece – mojej sentymentalnej ukochanej Czarnej Przemszy – jako jeszcze dziecko tak samodzielnie opanowałem sztukę pływania, że w latach 50. XX wieku bez jakichkolwiek trudności zdałem egzamin konkursowy z kraula i stylu grzbietowego do Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego w Krakowie (obecna AWF im. Bronisława Czecha). Również na tym samym brzegu bujnie jeszcze wtedy porosłym soczystą trawą i rozpościerającymi się dywanami nasyconymi wielobarwnymi kwiatami, jeszcze w latach 40. XX wieku, już od godzin rannych można było spotkać kobiety z pobliskich dwóch osiedli, które opiekowały się stadkami gęsi i kacząt, które już od samego rana do niemal samego wieczora, na przemian posilały się rosnącą na brzegu soczystą zieleniną i pluskały się też w rzece. Jak doskonale pamiętam, to Czarna Przemsza jeszcze w latach 50. XX wieku była pełna przeróżnej flory i fauny. Wiele okazów z tej rzeki trafiało wiec też do naszych dziecięcych domowych akwariów. Przypominam sobie, że wielbicielem akwarystki i zbieraczem rzecznego pokarmu był też wtedy nasz wyjątkowo przyzwoity sąsiad z Placu Tadeusza Kościuszki, pan W. Dyzia. Doskonale też wówczas znany w Hucie „Sosnowiec” jako ponoć jeszcze przedwojenny działacz komunistyczny, o którym nawet wspomina pan profesor dr hab. Henryk Rechowicz 4/. Państwo Dyziowie odziedziczyli mieszkanie w 1945 roku, po panu Romanie Korek, harcmistrzu ZHP i żołnierzu AK. Pamiętam jak mój przyjaciel Gienek Dyzia pokazywał mi liczne zbiory oświetlonych i natlenianych akwariów jakie jego ojciec przechowywał wtedy w pomieszczeniu kuchennym.

Niestety, ale w miarę upływu lat życie w Czarnej Przemszy jednak zamierało. To było do bólu widoczne nawet gołym okiem. Ostatecznie uśpiona została z chwilą gdy tylko w latach 60. XX wieku na całej opisywanej już długości została całkowicie uregulowana, a jej dotychczasowy nurt popłynął już wtedy zupełnie innym korytem. Do tego jeszcze znaczenie zawężonym w stosunku do pierwotnego. Te rozśpiewane ptasimi głosami tereny nadbrzeżne jeszcze w latach 40. XX wieku bywały również dla miejscowej ludności prawdziwymi rajami polskiej przyrody, co już zasygnalizowałem powyżej. Brzeg rzeczny pokryty był bowiem kolorowymi i o różnym pokroju kwiatami oraz bujnymi trawami. A ponad nimi w dni słonecznego polskiego lata podziwialiśmy niesamowite zjawisko w postaci baletniczych tańców różnobarwnych motyli i ważek

Strony: 1 2 3 4 5

Bear