Janusz Maszczyk: Dziadkowie moi nie znali innej rzeki

****

     Sosnowe lasy jakie od wielu lat porastały te bagniste i zdradliwe tereny – jak mawiali starzy ludzie – ponoć już wycięto co do pnia w latach 50. XIX wieku, w trakcie budowy centralnej kolei, zwanej Drogą Żelazną Warszawsko-Wiedeńską. Ostatnie skarłowaciałe sosny ponoć padły pod toporami w 1878 roku w trakcie budowy przędzalni państwa Dietla, jaka zaczęła już funkcjonować na Pogoni, przy dzisiejszej ulicy Stefana Żeromskiego. Terenów bagnistych po zachodniej stronie rzeki, silnie nasiąkniętych wodą gruntową, nie wiem dlaczego, ale jednak nigdy nie osuszano, podobnie zresztą jak i podmokłych po wschodniej stronie tej samej rzeki. Z kolei bezmyślne całkowite wykarczowanie lasów na tym przecież stosunkowo rozległym terenie jeszcze bardziej pogłębiło ich grząskość. Zjawisku temu niewątpliwie sprzyjała też jeszcze wówczas płynąca szerokim korytem i zakolami i do tego jeszcze nieujarzmiona w swych karbach regulacji rzeka, która te tereny po dwóch stronach dodatkowo jeszcze i skutecznie okresowo podtapiała i nasączała zdradliwą wodą. To zjawisko prawie wiecznie zalanego mojego podwórka i piwnicy przy Placu Tadeusza Kościuszki znam już doskonale z autopsji. A były to przecież już lata mojego żywota – 40. i 50. XX wieku. Początkowo – jak wtedy mawiano – te bagniste, ale chwilowo tylko uśpione tereny były ponoć w ogóle przez fachowców niezauważalne, gdyż w pobliżu Czarnej Przemszy nie stawiano jeszcze wtedy żadnych wyjątkowo wielkich i gabarytowo ciężkich budowli. Również fachowcy z dziedziny budownictwa, a takich wówczas też nie brakowało, o dziwo też nie dostrzegali zagrożeń. Co zaowocuje w niedalekiej już przyszłości zakłóceniem budowy, wstrzymaniem, a nawet i odstąpieniem od realizacji pierwotnej wersji budowy w Nowym Sielcu kościoła rzymsko-katolickiego pw. Niepokalanego Poczęcia NMP. Niektóre elementy szaty graficznej tego kościoła też ulegną zmianom, głównie jednak na skutek braku odpowiednich środków finansowych. Niektórzy znawcy z dziedziny budownictwa stawiają też jeszcze inną hipotezę. To postawiona już znacznie wcześniej, bowiem w 1905 roku, jednak już nie na bagnistych, ale na ponoć jednak jeszcze podmokłych terenach, w pobliżu dzisiejszej ulicy Parkowej, wielka i monumentalna cerkiew pod wezwanie Świętego Mikołaja Cudotwórcy, największa gabarytowo i najwyższa w Sosnowcu budowla (została zburzona w 1938 roku) oraz obok niej kilkupiętrowy budynek osiedla dietlowskiego (stoi do dzisiaj), tak skutecznie uśpiły czujność sosnowieckich projektantów, mierniczych i budowniczych tego kościoła rzymsko – katolickiego, że popełniono pewne błędy w obliczeniach i w rozeznaniu tego zdradliwego bagnistego terenu. Całkiem jednak możliwe, że nie tylko te wymienione już wyżej przyczyny, ale jeszcze inne, nigdy nieujawnione publicznie, a wręcz nawet celowo ukryte przed tą opinią, wpłynęły na opóźnienie i zmianę dawnych pierwotnych decyzji i ustaleń – wybudowania największego w Sosnowcu kościoła rzymsko – katolickiego. Któż to dzisiaj jednak wie jak to było wtedy naprawdę?…

****

Przypominam sobie wprost doskonale jeszcze z czasów okupacji niemieckiej jej niezwykle leniwy nurt jaki się rozlewał wieloma dziko zarośniętymi zakolami już koło „Wenecji”. Marszczyła się wtedy niemiłosiernie niczym czoło sędziwego starca i równocześnie mieniła się też tysiącami różnobarwnych kolorów odbitych od nadrzecznych budowli i dzikich soczystych traw oraz powyginanych w przeróżne strony zarośli, by już na dalszych odcinkach jak rozjuszony owczarek alzacki pieniąc swe dotąd leniwe nurty na sztucznie postawionych progach rzecznych w okolicy Placu Tadeusza Kościuszki i „Parku Renardowskiego”, koło „Białych Domów”, gwałtownie i widocznie przyśpieszyć swój dotąd leniwy nurt.

[Rysunek autora – Janusza Maszczyka. Fragment ”Wenecji” w czasach zaborów Rosji carskiej i podczas II Rzeczypospolitej Polski. „Marszczyła się wtedy niemiłosiernie niczym czoło sędziwego starca i równocześnie mieniła się też tysiącami różnobarwnych kolorów odbitych od nadrzecznych budowli i dzikich soczystych traw oraz powyginanych w przeróżne strony zarośli”…]

Jeszcze wówczas na całym sosnowieckim odcinku rzecznym była nieuregulowana, więc toczyła swe wody przez te wymienione wyżej okolice, całkowicie zupełnie innym korytem niż to jest obecnie. Podobnie jak samo też lustro wodne, które było usytuowane znacznie wyżej niż to jest obecnie, już po jej regulacji. To stare i wiekowe jeszcze wówczas koryto rzeczne z dziecięcą wprost ciekawością – a byłem przecież jeszcze wówczas dzieckiem – wielokrotnie spenetrowałem i to na jej wielu odcinkach. Towarzyszami moich romantycznych wypraw z okolicy Placu Tadeusza Kościuszki, miejsca mojego urodzenia i zamieszkiwania, byli też wtedy moi przyjaciele podwórkowi. Leniwie płynącą jeszcze wówczas, dziką jak zwierz rzekę, zanurzoną w morzu soczystej zieleni, niemiłosiernie miejscami zarośniętej krzewami, penetrowaliśmy więc wtedy z ogromną pasją – Wielkich Odkrywców. Niesamowicie romantyczne zwłaszcza były nasze podróże letnim i gorącym porankiem, gdyż parująca o tej porze dnia woda tworzyła ponad taflą rzeczną widoczną powłokę gęstej jak mleko mgły i wywoływała w wodzie niezwykłe refleksy świetlne. W wyniku czego odbijające się w lustrze rzeki kolorowe przybrzeżne zarośla i wodna flora mieniły się wtedy najczęściej żółtymi kolorami, niczym miód dopiero co pobrany z pszczelej polskiej pasieki.

[Zdjęcie po lewej stronie jest własnością mojego byłego przyjaciela – Zbigniewa B. (lata 50. XX w.). Jeszcze nieuregulowana rzeka Czarna Przemsza i drewniany most wzniesiony po 1945 roku. Całkiem w tyle kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP. Zdjęcie utrwalone z brzegu opodal, którego w odległości od 2 do 3 metrów był usytuowany nasz rodzinny ogródek pracowniczy. Sentymentalne i romantyczne miejsce moich niekończących się dziecięcych zabaw i wypraw rzecznych łodziami.

Natomiast zdjęcie po prawej stronie (lata 50. XX w.) utrwalone w kierunku „Wenecji” na tym samym drewnianym moście. Od lewej stoją: Tadeusz Będkowski – drogi memu sercu mój przyjaciel z Placu Tadeusza Kościuszki (już nie żyje). Uczestnik wszystkich wypraw rzecznych. Obok stoi Janusz Maszczyk.]

Wyprawy w nieznane najczęściej odbywaliśmy prostą łodzią. Zbitą w okolicy mojego ogródka (patrz wyżej) z dopiero co pozyskanych desek sosnowych, powleczonych z laickim kunsztem tylko czarną smołą. Łódź wykonana przez byle jakich fachowców nie była więc szczelna, stąd często w trakcie tych romantycznych podróży ku naszej rozpaczy napełniała się wodą, którą jeden z pasażerów mozolnie musiał starym, zardzewiałym metalowym garnkiem wylewać poza burtę. Co było jednak wówczas dla nas ciekawe, a zapewne z perspektywy czasu zupełnie jest teraz dla autora całkiem zrozumiałe?… Do tej prostej i niewymagającej przecież zbytniego wysiłku czynności zawsze jednak brakowało ochotników. Ochotniczy dobór odbywał się więc drogą losowania. Ale i tak nigdy nie traciliśmy fasonu i ducha wielkich odkrywców, tylko z ochotą i niezakłamaną dziecięcą radością penetrowaliśmy coraz to bardziej odległe od Placu Tadeusza Kościuszki położone okolice. Przynajmniej tak te romantyczne podróże rzeczne wówczas zapisywały się w naszej wrażliwej dziecięcej psychice. W późniejszych latach już profesjonalnie wykonaną łódź podarowali nam wyjątkowo życzliwi pracownicy z pobliskiej „Wenecji”, z byłej jeszcze kiedyś prywatnej fabryczki „Siła”, po 1945 roku już jednak tak jak i cały polski przemysł upaństwowionej 1/. Wtedy to nasze wyprawy dosięgały już nawet odległych strony Sosnowca, a nie tylko okolic samej „Wenecji”, Parku Renardowskiego i Placu Tadeusza Kościuszki.

Strony: 1 2 3 4 5

Bear