Janusz Maszczyk: Cud czy tylko szczęśliwy zbieg okoliczności

W tej sytuacji, przynajmniej w kierunku Kazimierza Górniczego, po mozolnym pokonaniu już „Górki Pekińskiej”, to dalsza droga poprzez Klimontów biegła w zasadzie jak po maśle, bowiem prosto z górki, więc jazda rowerem nie wyzwalała u niego aż takiego niewyobrażalnego wysiłku. O wiele bardziej uciążliwe bywały jednak powroty do jego miejsca stałego zamieszkania, gdyż wtedy „aż poza Klimontowów, to trzeba było niemiłosiernie cały czas pedałować pod górkę”, ale ta trasa to już ponoć „zawsze go jednak niosła jak na skrzydłach”, bowiem już wiodła prosto do osiedla mieszkaniowego Huty „Katarzyna”, do miejsca jego urodzenia i stałego zamieszkiwania.

****

Początkowo jego podróże były uciążliwe, gdyż posiadał prosty rower turystyczny, który na domiar złego jeszcze ulegał w czasie jazdy stosunkowo częstemu uszkodzeniu. Dopiero znacznie później w drodze wyjątkowej koneksji, poprzez swego rodzonego brata, zawodowego kapitana Wojska Polskiego – Franciszka Dorosa, zakupił bezpośrednio z radomskiej firmy, masywny w kolorze czarnym wojskowy rower typu Łucznik”2/. Bowiem o kupnie samochodu osobowego czy nawet motocykla, jak na kieszeń pracownika księgowości, mógł wtedy tylko pomarzyć. Rower więc jeszcze jak na tamte czasy, szczególnie tego typu, był wprost znakomitym środkiem lokomocji do takich dalekich podróży, gdyż oprócz wzmocnionych ram nośnych, wyposażony też został w unikatową jak na tamte czasy piastę, typu „Torpedo”, produkcji niemieckiej firmy3/. Tę kilkunastokilometrową trasę o niezwykle zróżnicowanym terenie i podłożu, pokonywał jednak w ciągu tylko jednego dnia, aż dwukrotnie.

W tamtych przedwojennych latach, pokonywanie tej wielokilometrowej trasy, nie było jednak tak stosunkowo łatwe jak to jest obecnie. Większość bowiem jej wiła się wtedy po wiejskich wertepach i zanurzała się w polne ścieżki, które najczęściej były jednak usiane przeróżnej wielkości kamieniami i poprzegradzane też niekiedy powalonymi konarami drzew. Te ostatnie przeszkody miały jednak miejsce najczęściej po gwałtownych burzach. W tamtych latach w tych zagubionych stronach nie operowano też jeszcze pojęciem ulic, gdyż w praktyce na tych terenach przecież istniały ale tylko wiejskie drogi, które były całkowicie pozbawione chodników, a nawet poboczy, gdyż graniczyły na niektórych odcinkach po dwóch stronach z rowami, a na innych bezpośrednio już tylko stykały się z polami ornymi lub łąkami. Jedynie, jak pamiętam, to w okolicy samego już Klimontowa od strony osiedla górniczego ciągnął się wąziutki prosty chodnik o szerokości najwyżej 1 metra i drugi znacznie szerszy, ale tylko przy samej portierni kopalnianej. Zmiany infrastrukturalne jakie w tych stronach zaszły i to zaledwie na przestrzeni tylko powojennych lat są więc tak niewyobrażalnie gigantyczne, że trudno się obecnie w tym znanym mi kiedyś terenie zorientować. A przecież tę trasę pokonywałem kiedyś wielokrotnie, najpierw z rodzicami jako jeszcze dziecko, a później już samodzielnie jako młodzieniec a jeszcze później z moją nieżyjącą już jednak żoną – Renią. Renia zmarła bowiem nieoczekiwanie 1 sierpnia 2017 roku. Ta piękna pełna uroków trasa była bowiem też kiedyś jedną z naszych rodzinnych romantycznych wycieczkowych dróg wiodących z Placu Tadeusza Kościuszki na tamtejszą malowniczą „Skałkę”, która była położona wówczas opodal krystalicznie czystej rzeki Białej Przemszy, na dalekich tyłach Kopalni „Juliusz”.

****

Na tej trasie dla rowerzysty szczególnie jednak uciążliwe bywały powroty, co już wyżej zasygnalizowałem, gdyż trzeba się było wtedy niejednokrotnie z mozołem piąć i piąć pod stromą górkę. Najbardziej więc znośną trasą, bowiem już jako tako ubitą, była wiejska droga, która wtedy wiodła poprzez Klimontów. Jednak powrót z samych Ostrów Górniczych, szczególnie w takie dni, gdy pogoda absolutnie już nie dopisywała, a wręcz nawet z nieba lało jak z cebra, a polne i leśne ścieżki i droga zamieniały się wtedy w grząskie masło, to rowerzysta musiał się już wtedy wykazać nie lada znakomitą techniką jazdy. Kto tej dawnej karkołomnej, kilkunastokilometrowej trasy jednak na rowerze nie pokonał w takich właśnie anormalnych warunkach, to nie jest nawet sobie w stanie obecnie wyobrazić, jaką wtedy trzeba się było wykazać wprost rowerową ekwilibrystyką i kondycją fizyczną. Najczęściej więc w kierunku Ostrów Górniczych wybierał trasę wiodącą poprzez Klimontów, gdyż przez spory odcinek drogi wiodła ona z górki, a później po przejechaniu zaledwie jeszcze tylko kilku kilometrów, to już zanurzał się w zalegające tu gęste i rozśpiewane szczególnie wiosenną porą ptasim śpiewem lasy. Te kolorowe i rozśpiewane lasy ponoć bowiem „nasycały jego organizm taką niesamowitą energią, że w biurze nie odczuwał już absolutnie trudów podróży”.

Pewnego jednak dnia, już późną porą popołudniową, gdy definitywnie zakończył już pracę biurową, to jak zwykle zawzięcie pedałował w swe rodzinne strony, by tylko przed wieczorem jak najszybciej jeszcze dotrzeć do swego mieszkania na Katarzynę. Szybkość z jaką się wtedy poruszał dzisiejszą ulicą Wileńską, była podobno znaczna. Gęste lasy, które jeszcze otaczały tę drogę ciągnęły się jeszcze wtedy, a nawet po 1945 roku, aż do samej widocznej na poniższym zdjęciu krzyżówki. W tym samym czasie od strony funkcjonującej jeszcze wówczas Kopalni „Juliusz”, dawną wiejską króciutką drogą, która zaledwie na odcinku od 300 do 500 metrów ciągnęła się wtedy wzdłuż murów kopalni, a obecną asfaltową ulicą Minerów, pędził w stronę dzisiejszej ulicy Wileńskiej dwukonny ciężki pojazd. Była to typowa dla sosnowieckich i zagłębiowskich terenów wysokoburtowa furmanka, nadbudowana ze wszystkich stron dodatkowymi jeszcze do tego deskami. Na domiar jeszcze tego po same brzegi załadowana węglem. Zamyślony woźnica siedzący okrakiem na koźle i poganiający batem konie, być może i nawet już bardzo przemęczony całodniową ciężką pracą, naruszając jednak przepisy prawne, wjechał więc nagle na wąskie jeszcze wtedy skrzyżowanie dróg i całym pędem, nie zatrzymując się absolutnie na skrzyżowaniu dróg, staranował, czy wręcz rozjechał jadącego od strony lasów rowerzystę. W wyniku tej nagłej i niespodziewanej katastrofy, do tego jeszcze zaistniałej w szczerym pustkowiu, jedynym wtedy tylko w miarę przytomnym człowiekiem był właśnie do ostatnich granic przerażony woźnica, bowiem wujek już wtedy leżał bezwładnie na drodze i nie dawał absolutnie jakichkolwiek znaków życia. Zanim więc wezwano pomoc i ciężko rannego rowerzystę odtransportowano do szpitala, który się wówczas mieścił na sosnowieckim „Pekinie”, to jego stan zdrowotny był już po prostu wtedy beznadziejny. Lekarze po pierwszych już oględzinach przywiezionego w nieprzytomnym stanie pacjenta nie rokowali więc zatrwożonej rodzinie absolutnie żadnych nadziei, by mogli tak zmasakrowanemu człowiekowi z uszkodzonym do tego jeszcze kręgosłupem i licznymi też uszkodzonymi innymi organami oraz z dużym jeszcze do tego ubytkiem krwi, uratować życie.

[Powyżej zdjęcie autora z 2016 roku utrwalone od strony Klimontowa. Miejsce gdzie doszło do opisywanej katastrofy drogowej. Na wprost obecnie asfaltowa ulica Wileńska. Dawniej polna droga z lekka tylko utwardzona miałkim kamieniem wapiennym. Po lewej stronie ulica Ignacego Łukasińskiego. Po prawej stronie też dawna droga, a dzisiaj już ulica Minorów, przy której mieściła się Kopalnia „Juliusz”. Woźnica kierujący furmanką jechał od prawej strony, ulicą Minorów. Z kolei rowerzysta poruszał się wtedy lesistą ulicą Wileńską w kierunku Klimontowa.]

Strony: 1 2 3 4

Bear