Janusz Maszczyk: Był sobie Plac Schoena…

****

     „Plac Schoena” o tyle wspominam jeszcze miło, a nawet z dużym sentymentem i nostalgią, gdyż począwszy od końcowych lat 40. XX w. do końca lat 50. XX w. pokonywałem go przynajmniej czterokrotnie i to każdego tygodnia w miesiącach wiosennych, późno jesiennych i zimowych, by dotrzeć do pobliskiej hali sportowej KS „Włókniarz”. Podobnie tę samą trasę pokonywałem po zajęciach sportowych, by dotrzeć do mojego miejsca stałego zamieszkania, na Plac Tadeusza Kościuszki. Halą minimalnie tylko dostosowaną do celów sportowych była wtedy jeszcze dawna schoenowska ujeżdżalnia koni. Stamtąd setki razy wraz z kolegami klubowymi w ramach tak zwanych marszobiegów i uzupełniających sprawność fizyczną ćwiczeń sportowych pokonywaliśmy prawie wszystkie ścieżki i alejki tego wielkiego obszarowo terenu. Docieraliśmy więc nawet wtedy do niezwykle tajemniczego parku i położonych na jego terenie pałaców rodzinnych państwa Schoen. Bowiem zawsze tereny parku i pałace zanim na zawsze państwo Schoenowie je opuścili, były wyłącznie tylko ich własnością prywatną i wstęp do nich miała tylko wyselekcjonowana służba oraz śmietankowa garstka wybrańców. Park poznałem więc jeszcze wtedy kiedy lśnił dawnym burżuazyjnym blaskiem. Pałace były wtedy jeszcze zamknięte na klucz i strzegli ich już nie stróże ale zgodnie z nową terminologią – dozorcy. Dzisiejszy ich wygląd zewnętrzny i wewnętrzny, podobnie jak i parku, absolutnie już nie jest jednak porównywalny do stanu z końcowych lat 40. XX wieku. Ale ten temat jest już na tyle obszerny, że aby go bardziej szczegółowo opisać to wymaga już odrębnego tekstu.

[Zdjęcie 28 z 2008r. Wykonane z dawnych bulwarów nadrzecznych; w tyle po prawej stronie, końcowe nadrzeczne bulwarowe zabudowania.]

[Zdjęcie 29 z 1945 lub 1946 roku. Tereny dawnych nadrzecznych zielonych bulwarów – zaliczane też do „Placu Schoena”. Po prawej stronie za widocznymi zaroślami toczy swe wody jeszcze wtedy nieuregulowana rzeka Czarna Przemsza. Jeszcze w tamtych latach takie piękne okazy drzew rosły tuż nad samą rzeką. Do czasów współczesnych już jednak nie dotrwały, gdyż zostały wycięte…]

****

Jak wspominano w naszej rodzinie, to bulwary nad zakolami Czarnej Przemszy o krystalicznej jeszcze wtedy czystej wodzie, której dno pokrywał żółty niczym płomyk lampy karbidowej piach, wyglądały niezwykle urokliwie i to jeszcze w pierwszych latach XX wieku. Już więc w popołudniowe soboty nad brzegami tej urokliwej rzeki siedzieli na rozpostartych  kocach, ręcznikach, czy nawet na trawie, całymi rodzinami mieszkańcy z okolicznych schoenowskich zabudowań. Dzieci korzystały z wielu zabaw ruchowych nie wymagających specjalnych akcesoriów. Najulubieńszymi igraszkami były ślepa babka, niebo i piekło, wilk i gęsi, czy gonitwa w chowanego. Śmiechów i zabaw nie było więc widać końca. Starsi i dziatwa bez obaw brodzili też w rzece, gdyż tocząca tu swe wody Czarna Przemsza nie była głęboka. Starszym sięgała bowiem w najgłębszych miejscach zaledwie tylko do bioder. Mężczyźni i dzieci w spodenkach kąpali się więc w rzece, a kobiety zgodnie z ówczesną jeszcze tradycyjną mieszczańską modą odziane w długie sukienki tylko brodziły w jej przybrzeżnych nurtach i to tak by czasem tylko nie zamoczyć swego stroju. Słońce, żółty piach i niezliczona rzeczna flora i fauna zachęcała nie tylko do brodzenia ale i zbieractwa. Później te niezwykłe trofea w zależności od zainteresowań umieszczano bądź w pielęgnowanym akwarium, lub z pietyzmem kolekcjonowano. Nadrzeczna część kolorowych bulwarów pokryta była soczystą zieloną trawą, a obok wzdłuż wysokiego fabrycznego drewnianego parkanu ciągnęła się szeroka i posypana drobniutkim ciemnym żwirkiem bajeczna szeroka aleja. Natomiast wzdłuż rzeki pięły się do góry wysoko rosnące i jak parasol rozgałęzione topole. Nie brakowało też ozdobnych krzewów, a wśród nich ukrytych tajemniczych drewnianych ławeczek.

     Już poza zakrętem tej bajkowej bulwarowej alei, idąc jednak w kierunku ulicy Będzińskiej, znajdowała się wielka i niedostępna „pospólstwu miastowemu” ogromna ujeżdżalnia koni, gdzie rodzina państwa Schoenów uprawiała jeździectwo i ćwiczyła też swe dorodne konie. Budynek ujeżdżalni koni pod względem usytuowania, zewnętrznego wyglądu i specyficznego wyposażenia jego wnętrz, był prawdziwą perełką architektoniczną, absolutnie niespotykaną w innych miastach Zagłębia Dąbrowskiego11/. Około 1911 roku jak to wspomina w cytowanej już publikacji pani Fanny Lamprecht (patrz bibliografia i przypisy, pozycja nr 2,na stronach 104 i 104 oraz 125):– „Założono w Sosnowicach klub jazdy konnej, dla którego firma CG.Schoen na Środulce, na jej terenie, zbudowała budynek na maneż z koniecznym wyposażeniem stawiając go do dyspozycji członków klubu (przy. autora: dotyczy to wspomnianego wyżej budynku ujeżdżalni koni). Willy został jego prezydentem, a elita sosnowieckiego towarzystwa tam właśnie się spotykała. Sprawnie jeździły także panie. Poza cotygodniowymi wieczorami jeździeckimi odbywały się latem niekiedy bardzo interesujące przedstawienia, takie jak: jazda kadrylowa, szkoła jazdy, a przede wszystkim święto jeździectwa. Emma była wówczas genialną gospodynią tych imprez podczas całej inscenizacji święta, którym wszyscy bardzo się entuzjazmowali. Aleksander odznaczał się podczas tej imprezy dzięki tresurze swoich koni Doggen i Pony, podczas której fotografowano rożne pozy i postawy….[…]… Spotykała się tam tylko naturalnie elita towarzyska, w tym Else, Erna, młode Dietlówny, baronowa von Mirbach, które były najbardziej utalentowane w jeździe konnej wśród kobiet, a towarzystwo dodatkowo zdobiły swoimi toaletami i biżuterią”.

     Troszeczkę dalej – jakieś 50 do 70 metrów – nad rzeką zawisł fikuśny drewniany mostek, poprzez który pnącą się pod górkę piękną i z dwóch stron ocienioną aleją można się było bez trudu już dostać do ulicy Będzińskiej. Pomiędzy mostkiem, a wymienioną już ujeżdżalnią koni, przynajmniej w okresie okupacji niemieckiej stała jeszcze piekarnia. Piekarnią w okresie okupacji niemieckiej kierował, na nieznanych autorowi warunkach prawnych polski piekarz pan G. (imię ?). Jego syn Z.G., jeszcze wtedy był mojego brata kolegą. Wspólnie bowiem w okresie okupacji niemieckiej, gdy byli jeszcze dzieciakami to służyli też wiernie Bogu i Ojczyźnie w charakterze ministranta w malutkim kościółku w Nowym Sielcu przy ulicy Browarnej. Ten niezwykle piękny kościółek pod względem zabudowy architektonicznej, a dzisiaj już tylko kaplica w Nowym Sielcu, stoi tam zresztą do dzisiaj.

[Zdjęcie nr 29 współczesne. Po lewej dawny kościółek w Nowym Sielcu.]

     Po 1945 roku były kolega mojego brata, jako już młodzieniec ukończy Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Katowicach. Później mozolnie pnąc się po szczeblach partyjnej drabiny będzie już doskonale znany w Sosnowcu w latach 70. XX wieku jako Towarzysz Z.G. Będzie zresztą nie tylko znanym, ale i niezwykle też cenionym w Komitecie Miejskim PZPR w Sosnowcu działaczem politycznym, co widać nawet na wielu zdjęciach z tamtych lat, gdy zasiada na honorowym miejscu w trakcie partyjnych, demonstracyjnych zebrań. Później zostanie jeszcze bardziej doceniony, gdyż będzie też jednym ze znanych sekretarzy w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Katowicach. Z jego małżonką – nauczycielką, w jednej ze szkół pogońskich przez pewien okres czasu, na początku lat 60. XX wieku będzie pracowała nasza mama, Stefania Maszczyk.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14

Bear