Janusz Maszczyk: Był sobie Plac Schoena…

[Zdjęcie nr 23 z 2002 roku. „Plac Schoena” – trzy po prawej stronie wyżej wymienione budynki usytuowane w okolicy bulwarów nadrzecznych. Jeden z nich to tak zwany „Dom Odermana”, a drugi to „Wysoki dom”. Widoczne po lewej stronie zabytkowe z XIX jeszcze wieku zabudowania fabryczne już w majestacie prawa budowlanego i prawa własności wyburzono. O ile się nie mylę to po 2007 roku. A przecież można je było dostosować na potrzeby użyteczności mieszkalnej i różnych instytucji. Tak jak to czyni się w wielu zachodnich państwach, gdzie kultura społeczna jednak dominuje nad interesem i prywatą.]

****

     Przydział mieszkania na tym wielkim schoenowskim osiedlu w XIX i w początkach XX wieku, podobnie zresztą jak i znacznie, znacznie później, gdyż nawet zaraz po 1945 roku, był traktowany przez wielu mieszkańców z Sosnowca, szczególnie zwłaszcza przez tych z pobliskich zabiedzonych dzielnic: Konstantynowa i Środuli, czy nawet z Pogoni jako wyjątkowy dar niebios. Pamiętam bowiem doskonale takie przypadki jak moi znajomi z tych właśnie robotniczych dzielnic – jeszcze nawet po 1945 roku – z utęsknieniem wzdychali, by tylko zamieszkać w tym wymarzonym przez nich ponoć „osiedlowym raju na ‘Placu Schoena”. Bowiem ich klitkowate i niskie zabudowania, podobnie zresztą jak i kamieniczki, najczęściej pozbawione były nowoczesnych standardów wyposażenia. W niektórych bowiem brakowało prądu elektrycznego i wodociągów oraz kanalizacji, a deskowa ubikacja, zwana „wychodkiem”, co było zresztą wtedy w Sosnowcu cywilizacyjną normą, zawsze mieściła się na zewnątrz budynku pod chmurką, w środowisku, gdzie dominował nie do zniesienia fetor. Wodę z kolei najczęściej czerpano tylko ze studni, lub w ramach postępu socjalnego z postawionego już przez właściciela żeliwnego hydrantu. O wiele już znacznie lepszym wtedy standardem powierzchniowym i wyposażeniem wnętrz prezentowały się natomiast  ceglaste schoenowskie zabudowania. Nawet te wzniesione z urokliwego muru pruskiego, mimo tego iż też pozbawione były mieszkaniowych wodociągów, kanalizacji i ubikacji. Ta ostatnia na przykład wymieniona „wygódka” mieściła się bowiem z reguły tylko pod chmurką, w ciągu dwukondygnacyjnych zabudowań komórkowych, a podwórkowy zbiorowy, ale ponoć już dostojny żeliwny hydrant na wodę wmontowano przed tymi budynkami, o czym już wyżej wspominałem. Z kolei marzeniem tych ostatnich mieszkańców były już wzniesione dosłownie obok nich na wyciągnięcie ręki, jednak już bardziej pańskie, trzy szeregowo usytuowane ceglaste zabudowania, które są miedzy innymi utrwalone na zdjęciach nr 22,21 i 22. A ponieważ ludzkie marzenia w wielu przypadkach nie mają się końca i są nieodłącznie związane niemal z każdym człowiekiem, więc lokatorzy z trzech szeregowych ceglastych budynków wzdychali i zazdrościli z kolei tym, którzy już mieszkali troszeczkę dalej, w głębi osiedla, w oazie zieleni i ciszy na nadrzecznych bulwarach Czarnej Przemszy. Też zresztą w takich samych pod względem wyposażenia ceglastych budynkach. Wprawdzie i ceglaste budynki pozbawione były typowych współczesnych łazienek, jednak po 1909 roku wyposażono je już w prąd elektryczny, wodociągi, kanalizację i ubikację  (sieć wodociągowa w korytarzu, a ubikacja wspólna dla kilku rodzin na piętrze). Były to izby przejściowe pozbawione przedpokoju, a mieszkania dwuizbowe i trzyizbowe, a dla wybranych szczęśliwców  nawet i czteroizbowe. Wszystkie ogrzewano prostymi piecami węglowymi. Podłogi były pokryte sosnowymi deskami, a tylko w niektórych mieszkaniach zostały pomalowane brązowym lakierem, a bardziej już „luksusowe” pokryte były linoleum. W kuchni zainstalowano typowe węglowe piece kuchenne, a w pozostałych izbach proste, ale już tak zwane pokojowe piece kaflowe. O modnych wtedy piecach z kafli porcelanowych, z białych i lśniących kafli o wysokiej jakościowej polewie – zwanych  popularnie „berlińskimi” – mogli więc tylko pomarzyć lokatorzy z tych budynków, gdyż one instalowane były tylko w tak zwanych urzędniczych budynkach, leżących już jednak w znacznie, znacznie w dalszej części „Placu Schoena”, opodal już ulicy Będzińskiej. Podobno w niektórych budynkach ceglastych w wyniku generalnych remontów, za zgodą administracji fabrycznej, niektóre izby pod względem standardu dostosowywano do tych jakie były w budynkach urzędniczych.

     Po jednej stronie trzech ceglastych budynków rozciągał się długi klepiskowe pas podwórkowy (zdjęcie 20 i 22). Natomiast od strony zachodniej, czyli od strony fabryki (patrz zdjęcie nr 21), był teren o charakterze wybitnie już tylko reprezentacyjnym. Przy samym parkanie fabrycznym ciągnęła się wiec jeszcze dodatkowo usytuowana wąska płytkowa alejka. Natomiast wzdłuż znacznej części fabryki powstanie nieskończenie długi, na około kilkaset metrów i wysoki na ponad 3 metry zwarty drewniany parkan z bardzo szczelnie dopasowanymi do siebie deskami. Przed zamontowaniem deski najpierw powleczono specjalnym impregnatem w kolorze brązowo – ciemnym. Ten ozdobny jak na owe czasy fabryczny parkan ciągnął się niemal od samego końcowego terenu, gdzie stał trzeci w kolejności ceglasty budynek, skutecznie tym samym oddzielając na tym odcinku końcowe tereny fabryczne od robotniczego osiedla mieszkaniowego i skąpane w soczystej już zieleni bulwary nadrzeczne. Natomiast definitywnie kończył się już obok fikuśnego zawieszonego jeszcze wtedy drewnianego mostku ponad rzeką Czarną Przemszą, w pobliżu dzisiejszej uliczki Śnieżnej. Dzisiaj w tym miejscu jest też mostek, ale już wykonany z żelbetonu, co zostało utrwalone na zdjęciu nr 32. Dalej wzdłuż nurtu rzeki, ale już w kierunku północnym (w stronę małobądzkiego Będzina) ciągnęły się już tylko niedostępne i całodobowo strzeżone oraz pełne też tajemnic tereny prywatnego parku rodziny państwa Schoen.

     Osiedle robotnicze było zawsze bardzo starannie utrzymane, a podwórka codziennie zamiatane przez miejscowego stróża. Prawdziwa jednak oaza ciszy i przyrody zaczynała się dopiero z chwilą dotarcia do nadrzecznych bulwarów. Obecnie te podwórka już jednak nie lśnią taką czystością jak to bywało dawniej. Zabrakło bowiem nie tylko tradycyjnej miotły, ale i dawnego dbającego o porządek stróża. Szczególny zwłaszcza bałagan jest widoczny w końcowej fazie zabudowań robotniczych, a na środku dawnej reprezentacyjnej bulwarowej nadrzecznej promenady, zalegają już obecnie tylko nieestetyczne i szpetne ciągi parterowych garaży. A panoszący się wokół bałagan i brud tylko do reszty uzupełniają ten jakby zapomniany teraz przez ludzi teren (wizyta w 2002 roku).

     Jak już zasygnalizowałem całe robotnicze osiedle w zasadzie przeznaczone było tylko dla wyselekcjonowanej i wykwalifikowanej firmowej kadry robotników oraz majstrów, wraz z ich rodzinami. Chociaż zdarzały się też przypadki, dzisiaj już niezwykle trudne do prawidłowego zinterpretowania, gdyż w tych ceglastych budynkach mieszkali też i niektórzy urzędnicy. Jeden z tych urzędników ponoć zatrudniony był nawet w firmie schoenowskiej na stanowisku kierowniczym i na co dzień miał kontakt z dyrektorem fabryki i prawdopodobnie też mimo woli z rodziną państwa Schoen. Przynajmniej jeden taki przypadek z autopsji zapamiętałem, o czym znacznie więcej w dalszej części tego artykułu. W miarę jak jednak nieubłaganie mijały lata, to oczywiście zmieniali się też lokatorzy w tych budynkach. W środkowym ceglastym budynku, na pierwszym piętrze, w jednym z mieszkań, już w okresie II Rzeczypospolitej Polski i po 1945 rok mieszkała bardzo nam bliska czteroosobowa rodzina, ze strony mojej mamy, Stefani Maszczyk. Teściowa brata mojej mamy – pani Bieniecka (imię?) – która jednocześnie była też właścicielką tego lokum i trzy osoby Dorosów w charakterze sublokatora, gdyż w tym okresie ich stałym miejscem zamieszkania było Załęże Szlacheckie7/. W innych ceglastych budynkach mieszkali też bliżsi i dalsi znajomi autora oraz bardzo wielu, wielu znanych mi kibiców sportowych z lat 40. i 50. XX wieku, którzy dopingowali drużynę koszykarską i piłki ręcznej KS. „Włókniarz”, gdy staczaliśmy jeszcze sportowe boje w pobliskiej hali sportowej – dawnej schoenowskiej ujeżdżalni koni. Trochę jeszcze dalej, ale już w pobliży bulwarów nadrzecznych, w latach 50. XX wieku, w jednym z  wyższych kondygnacyjnie budynku, co już wyżej zasygnalizowałem, mieszkały też moje doskonale mi znane i niezwykle też dorodne koleżanki. Licealistki z pobliskiego ogólniaka TPD, leżącego na pograniczu Środuli i Konstantynowa. Ten okazały budynek stoi tam zresztą do dzisiaj.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14

Bear