Janusz Maszczyk: Był sobie Plac Schoena…

****

     Plac Schoena w takiej barwnej krasie jak to bywało w okresie II Rzeczypospolitej i za moich jeszcze sentymentalnych i romantycznych dziecięcych lat oraz jeszcze zaraz po 1945 roku, do współczesnych nam lat, już jednak nie przetrwał. Myślę, że warto do tamtych odległych lat jednak jeszcze raz powrócić i przybliżyć młodemu pokoleniu naszą sosnowiecką przeszłość, która nie zawsze była tak łatwa i usłana różami jak to wielu może dzisiaj sądzić. Bo w końcu cóż jest warte życie – życie każdego człowieka – bez pielęgnowania pokoleniowej przeszłości. Podobne zresztą porównanie występuje też w każdym cywilizowanym społeczeństwie. Natomiast te społeczeństwa, co na co dzień z pietyzmem nie pielęgnują swej wielopokoleniowej przeszłości, a nawet z premedytacją, czy pod wpływem obcych impulsów je z tej pamięci wymazują, czy nawet pewne fragmenty tylko negatywnie koloryzują, nie mają absolutnie żadnych szans by przetrwać w rywalizacji z innymi państwami silnymi i bardziej przebojowymi. Zanurzmy się więc teraz wspólnie w powracającą falę sosnowieckich sentymentalnych i romantycznych wspomnień, które w rzeczywistości nie zawsze jednak dla wszystkich mieszkańców z tej ziemi były wtedy sielskimi i anielskimi darami łaski…

[Zdjęcie nr 19 z 2007 roku. Zdjęcie wykonano od strony Konstantynowa (dawnej Fabryki Fitzner i Gamper). Po prawej stronie na Środulce widoczny jeszcze dawny z XIX wieku „Domek dróżnika”.]

     Jak obecnie topograficznie określić, gdzie zaczynał się „Plac Schoena”? Zanim przejdę do bardziej szczegółowych opisów związanych z samym już tylko „Placem Schoena”, to najpierw na podstawie powyższego współczesnego zdjęcia nr 19 określmy jak te tereny nazywali przez dziesiątki lat mieszkający tu sosnowiczanie. Widoczny przejazd kolejowy i przejście dla pieszych od zawsze było dla wszystkich mieszkańców terenem neutralnym. Po prawej stronie, u podnóża Środuli, w stronę Nowego Będzina już od czasów zaborów Rosji carskiej, od przejazdu kolejowego ciągnęła się ulica Piotrkowska. Natomiast po drugiej stronie przejazdu kolejowego wzdłuż pałacu państwa Schoenów i parku wiła się z kolei wąska w zasadzie wyłącznie tylko prywatna aleja żwirkowa państwa Schoen. Zwana więc była popularnie „Aleją Schoenowską”. Według mojej rodziny do 1945 roku pokonywały ją wyłącznie tylko pojazdy z tej rodziny. Z kolei jak ja pamiętam, to identyczna sytuacja była w okresie lat 1939 – 1945. Natomiast po 1945 roku do pierwszych lat 50. XX w. ten odcinek żwirowej alei absolutnie już nie był przejezdny dla nikogo. Bowiem do Nowego Będzina ruch kołowy w tej okolicy był poprowadzony już wyłącznie tylko ulicą Piotrkowską. Natomiast już przy samym widocznym przejeździe kolejowym w żwirową „Aleję Schoenowską” wbito wysokie na około 1 metra cztery lub pięć słupków żelbetowych, które skutecznie udaremniały jakikolwiek ruch kołowy po dawnej „Alei Schoenowskiej”. Naprzeciw widocznego na zdjęciu przejazdu kolejowego, zaczynały się w tej okolicy tereny „Palcu Schoena”. Natomiast po prawej i lewej stronie były tereny Środulki. Nazwą uliczki Chemicznej raczej się wówczas nie operowało, chociaż na niektórych mapach jest oznaczona ale wyłącznie tylko na odcinku od „Wenecji” aż do widocznego przejazdu kolejowego. 

     „Plac Schoena” od zawsze jak tylko pamiętam, to rozciągał się w nieskończoność na stosunkowo rozległym terenie, niczym powyginana na wszystkie strony i pełzająca anakonda. Zaczynał się bowiem, od bramy przy środulkowym przejeździe Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej i wił się dalej i dalej, aż poprzez stosunkowo długie robotnicze osiedle mieszkaniowe, a w dalszej części wtapiał się jeszcze w bajecznie urokliwą aleję i bulwary nadrzeczne, by wreszcie po pokonaniu drewnianego romantycznego mostka nad rzeką Czarną Przemszą zakończyć już definitywnie swe rozległe terytorialnie obszary, na zadrzewionej i dwustronnie zabudowanej żwirowej alei, która w swej końcowej fazie stykała się już z wąską i klepiskową oraz wymarłą jeszcze wtedy ulicą Będzińską. Do środka tego wielkiego workowatego osiedla robotniczo – urzędniczego, do jego serca zamieszkania i terenów rekreacyjnych, prowadziły dosłownie tylko dwa wejścia, do tego jeszcze całodobowo dozorowane. Główne, reprezentacyjne wejście od zawsze wiodło tylko od strony widocznego na zdjęciu nr 19 środulkowego przejazdu Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej, a drugie znacznie już mniejsze, wręcz mikroskopijne, i nie tak już dostojne jak to poprzednie, od strony wymienionej już jednopasmowej drogi, a później niezaludnionej i jakby wiecznie wymarłej ulicy Będzińskiej. Taki stan permanentnego zabezpieczenia osiedla w zasadzie utrzyma się jeszcze co najmniej do końcowych lat 40. XX w.

     Główne wejście na tereny „Placu Schoena” i do włókienniczej fabryki państwa Schoen – jak tylko sięgam pamięcią w głęboką przeszłość – od zawsze ozdabiała niezwykle wówczas modna i o stosunkowo też o wyjątkowo dużych wymiarach, wykonana solidnie i stylistycznie, drewniana dwuskrzydłowa brama oraz po lewej jej stronie tkwiąca dla pieszych malutka, wręcz niepozorna, jednoskrzydłowa furtka. Brama i furtka całodobowo były dozorowane przez specjalnie dobieranych i lojalnych fabrykanckich stróży. Z kolei już kilkadziesiąt metrów dalej od tej kolorowej bramy, ale też jednak na „Placu Schoena”, usytuowana była już od XIX wieku druga jeszcze brama, a obok niej portiernia (zdjęcie nr 1 i 4). Ta z kolei brama i portiernia, wiodły już tylko na tereny rozległej włókienniczej fabryki. Obok głównej bramy, ale przez tereny „Placu Schoena”, poprowadzono już w XIX wieku od trasy Kolei Warszawsko – Wiedeńskiej prywatną bocznicę kolejową, poprzez którą wagonami dostarczano surowiec i wszelkie inne potrzeby związane z fabryczną produkcją oraz zamówione też przez rodzinę Schoenów wszelkiego typu większe gabarytowo towary. Tą samą dosłownie, trasą bocznicową wywożono też z fabryki wyprodukowany już towar, który później trafiał na różne rynki, nawet te leżąca już daleko poza Rosją carską (zdjęcie nr 1 i 2).Dopiero przy roboczej zakładowej bramie, leżącej też na terenie „Placu Schoena”, usytuowana była od XIX wieku jedyna portiernia poprzez, którą docierało się na rozległe tereny fabryki (zdjęcia 1 i 4).

     Dzisiaj już trudno autorowi rozwikłać szeptaną tajemnicę przez dawnych mieszkańców z „Placu Schoena”,a dotyczącą, jak mawiano, tajemniczych podróży państwa Schoen. Okazuje się bowiem, że w trakcie swych wielu eskapad, zawsze byli ukryci za firaneczkami w swych mercedesowych wyścielanych atłasem karetach i nie korzystali wyłącznie tylko ze swego prywatnego szlaku, który wiódł od ich bajecznie pięknego pałacu, poprzez tylko żwirową „Aleję Schoenowską” (obecnie fragment uliczki Chemicznej), gdzie w murze okalającym tajemniczy park wmontowana była reprezentacyjna dwuskrzydłowa drewniana brama?… Tylko bardzo często w trakcie swych podróży znacznie wydłużali trasę swego przejazdu, pokonując kręte drogi jakie się wówczas jeszcze wiły pomiędzy zabudowaniami fabrycznymi, by dopiero w końcowej fazie poprzez zakładową, a później jeszcze po kilkudziesięciu metrach przejazdu przez główną kolorową drewnianą bramę już na dobre opuścić „Plac Schoena”. Możliwe, że takie zamienne i tajemnicze przemieszczanie się dwukonną karetą z modnie odzianym stangretem, raz poprzez fabryczną roboczą bramę, a innym z kolei razem już na skróty poprzez pałacową bramę i aleję żwirową, wynikały z powodów czysto psychologicznych. Być może, że kierowano się bezpieczeństwem, gdyż w 1905 roku podczas służbowej podróży poprzez ulicę Konstantynowską (obecny fragment ulicy Staszica na Konstantynowie), w okolicy Huty „Katarzyna” został zamordowany przez nieznane bojówki syn Brunona Schoena, pan Oskar Schoen. Morderców nigdy nie ujęto i nie zidentyfikowano. A takie przypadki rodzinne zakodowują się w psychice ludzkiej na zawsze i nie sposób ich najczęściej już wymazać z pamięci, aż do śmierci. Bo jak inaczej i logicznie to zjawisko obecnie sobie wytłumaczyć.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14

Bear