Janusz Maszczyk: Był sobie Plac Schoena…

[Zdjęcia 34 – 38  rodzinne. Pochodzą z pierwszych  lat 30. XX wieku.

Zdjęcia 35 i 36 – kiedyś główne wejście wiodące z alejki żwirowej (dzisiaj ul. Śnieżna) poprzez tarasowe ogródki do schoenowskiego osiedla urzędniczego.

Zdjęcia 37 i 38 – końcowe fragmenty dawnej, romantycznej, cichutkiej i cienistej żwirowej alejki (dzisiaj asfaltowa ul. Śnieżna); poza krzewami po lewej stronie, w pięknie utrzymanych ogródkach mieściły się tak zwane „Wille Habelmana”. Ta akurat na zdjęciach zachowała się jeszcze do dzisiaj i jest willą Henryka Ottona Habelmana. Została wybudowana w 1923 roku.

Zdjęcia 37 i 38 są o tyle jeszcze ciekawe, gdyż utrwalono na nich typową dla Sosnowca z XIX wieku rynnę kamienną, zwaną popularnie „rynsztokiem”, poprzez którą odprowadzano nadmiar wody deszczowej – w tym przypadku do położonej poniżej rzeki Czarnej Przemszy. Takie rynny kamienne były jeszcze instalowane w XIX, a nawet jeszcze do 1914 roku. Niezwykle charakterystyczne tkwiły zabudowywane na wielu sosnowieckich podwórkach. Ten relikt przeszłości zachował się jeszcze w Sosnowcu śladowo, chociaż jest przez „ekspertów” z dziedzictwa narodowego niedostrzegany, a przez mieszkańców wręcz bezmyślnie demolowany… Bajkowa z XIX wieku architektura i towarzysząca jej przyroda jest jeszcze w Sosnowcu śladowo widoczna – aby ją jednak dojrzeć nie należy jednak bezwiednie przymykać oczu…]

 

[Pocztówka jest własnością: Pana Pawła Ptak. Pochodzi jeszcze z okresu II Rzeczypospolitej.]

 

[Zdjęcie nr 40 z 2008 roku. Dawna willa Henryka Ottona Habelmana.]

 ****

     Obecnie opisywane przy uliczce Śnieżnej, w pobliżu ulicy Będzińskiej, urzędnicze i kierownicze budynki już jednak niemiłosiernie się sypią, gdyż podobno przez dziesiątki powojennych lat nie były w ogóle remontowane. Również obecne zabiegi remontowe mają raczej charakter tylko typowo kosmetyczny, niż profesjonalnej renowacji zabytków. Wyjątkowo nieestetycznie prezentują się też tarasowo poniżej tych budynków usytuowane kiedyś pełne bajkowej urody ogródki. Otoczone bowiem teraz tandetną siatką, łatane też papą i brudnymi płachtami z tworzywa sztucznego oraz zamalowywane różnymi pstrymi kolorami nie prezentują się więc już tak dostojnie i romantycznie jak to bywało kiedyś za dawnych naszych rodzinnych  sentymentalnych i romantycznych lat. Podobną zresztą opinię usłyszałem od jednego spotkanego tam wiekowego już mieszkańca z tego niemal już będzińskiego osiedla… Według jego początkowo krytycznej, a później już w miarę dalszego dialogu coraz bardziej sarkastycznej wypowiedzi, to „kiedyś ta zadbana i wydzielona wyłącznie tylko dla nielicznych rodzin okolica, obecnie sprawia już raczej wrażenie księżycowego obrazka”.

     Podobne zresztą też wrażenie odniosłem gdy wraz z żoną dotarliśmy do dawnych niezwykle kiedyś malowniczych nadrzecznych bulwarów. Nawet nowo zawieszony żelbetonowy mostek, nad uregulowanym już w latach 60. XX w. korytem rzeki Czarnej Przemszy jest teraz jakiś taki dziwny, a poręcze jak na złość zamalowano jeszcze do tego wielokolorową i łuszczącą się niemiłosiernie farbą… A przecież ten dawny drewniany mostek, w dni upalne cały pachnący żywicą, był bardziej romantyczny i harmonizował z otaczającą go bujną i zadbaną bulwarową przyrodą. Piekarnię już dawno, dawno temu zburzono, podobnie jak i w latach 70. XX w. dawną zabytkową halę ujeżdżalni koni, a później największą w Zagłębiu Dąbrowskim halę sportową. Z tą nadrzeczną halą sportową związanych jest niezwykle wiele ciekawych, wręcz nawet frapujących wspomnień, które obecnie, jednak w końcowym tekście tego artykułu, tylko po prostu zasygnalizuję.

[Zdjęcia nr 41 i 42 pozyskałem od pana Janusza Szaleckiego. Zdjęcia z lat 30. XX wieku. Na zdjęciu utrwalono     bieżące remonty urzędniczych budynków i infrastruktury ogrodowej położonych w pobliżu ulicy Będzińskiej. Wejście do nich wówczas wiodło tylko od alei schoenowskiej, dzisiejszej asfaltowej uliczki Śnieżnej.]

 ****

     Kiedyś ta usytuowana bulwarach nadrzecznych, na „Placu Schoena” hala sportowa KS „Włókniarz” w Sosnowcu, tętniła tylko rytmem końskich kopyt. Nawet pod koniec latach 40. XX wieku, gdy tam po raz pierwszy dotarłem, to w niektórych zakamarkach tej budowli czuło się jeszcze ich charakterystyczny koński zapach. W wielu pomieszczeniach zachowały się zresztą resztki przyrządów związanych z tymi pięknymi zwierzętami, podobnie jak i drewniano murowana w stylu pruskim wielka budowla wraz z nadrzeczną pomostową przybudówką, podpierana grubymi palami drewna wbitymi w dno rzeki. W tym czasie ten zabytkowy i związany z jeździectwem konnym budynek i ocalały sprzęt były już jednak bezlitośnie demolowane…

Na jej klepiskowym podłożu – Klubu Sportowego „Włókniarz” w Sosnowcu – wyrosło wielu Reprezentantów Polski z lekkiej atletyki, a wśród nich: Waldemar Gawron (skok w dal), Tadeusz Toborek (trójskok), wielokrotni też mistrzowie Zagłębia Dąbrowskiego i Górnego Śląska: Jerzy Winnicki (dziesięciobój), Arkadiusz Będkowski (pchnięcie kulą i rzut dyskiem), czy Zdzisław Wójcik (rzut oszczepem)… Nie pora jednak bym ich teraz wszystkich wymienił… Wśród nich pojawił się też kiedyś wielokrotny Reprezentant Polski, legendarny i fenomenalny czeladzki skoczek w dal – Heniek Grabowski – leczył wtedy swoją obolałą jeszcze kontuzjowaną nogę i czynił też starania, by zmienić styl odbicia z belki, z drugiej zdrowej nogi. Wtedy w trakcie nagłego zwierzania się, przekazał mi drugie oblicze sportu wyczynowego, a szczególnie zakłamane postawy ówczesnych dziennikarzy. Ale to temat już tak niesłychanie obszerny, że wymaga zupełnie odrębnego komentarza. Pamiętam też jak szlifował w tej hali swoją formę już po moich zajęciach koszykarskich, znakomity sosnowiecki bramkostrzelny piłkarz nożny – Andrzej Jarosik – wielokrotny Reprezentant Polski i GKS Zagłębia Sosnowiec. Tutaj jesienią, zimą i wczesną wiosną, w latach 50. XX wieku, zawsze po naszych zajęciach sportowych w piłce ręcznej (KS ”Włókniarz”), trenowali też znakomici hokeiści na trawie z AZS Katowice. Wśród nich jak zapamiętałem było też kilku Reprezentantów Polski. Ta piękna i wielka z pruskiego muru wzniesiona hala przez wiele lat rozbrzmiewała też gromkimi brawami naszych wiernych kibiców w trakcie spotkań koszykarskich i piłki ręcznej, gdy Klub Sportowy „Włókniarz” staczał sportowe boje o mistrzostwo województwa katowickiego. Z tej klepiskowej nawierzchni, po której przez dziesiątki lat kłusowały tylko rumaki, jako młodziutki jeszcze sosnowiczanin, pierwszy nie tylko w dziejach mojego Sosnowca ale i Zagłębia Dąbrowskiego, trafiłem pod koniec lat 50. XX wieku na pachnące i lśniące pierwszoligowe parkiety – do królewskiego miasta Krakowa… Czy mogę więc o takich sentymentalnych i romantycznych latach i miejscach zapomnieć?… W tej nadrzecznej hali sportowej trenował też z autorem mój kiedyś jeszcze z lat młodości bardzo bliski przyjaciel – Marek Gierasimowicz – kolejny Reprezentant Polski, w tym przypadku juniorów w piłce nożnej i reprezentacyjny też wtedy bramkarz z pierwszoligowej „Stali” Sosnowiec, a później bramkarz i mój partner sportowy z KS „Włókniarz” w  Sosnowcu w piłce ręcznej. Podobno Marek od wielu lat już jednak nie żyje. Taką przykrą informację pozyskałem od sportowców z Wrocławia. Nie zapomnieli jednak o nim Wrocławianie i jego imieniem ozdabiane są w tym mieście corocznie organizowane  Mistrzostwa Polski w zapasach. To dziwne, ale zupełnie zapomnieli o Nim moi rodacy z Sosnowca?… Nie tylko zresztą o Nim…

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14

Bear