Janusz Maszczyk: Był sobie Plac Schoena…

     Za drewnianym mostkiem, tym razem pnąc się już relaksowo cały czas alejką pod górkę i podziwiając przy okazji niezwykle urokliwe otoczenie, po jej prawej stronie, mniej więcej w połowie tej urokliwej kiedyś alei znajdowało się centralne i jedyne wejście do urzędniczych budynków, co zostało miedzy innymi też utrwalone na zdjęciach nr 35 i 36. Trasa wiodąca do tych budynków pięła się wtedy pod górkę szerokimi i solidnie wykonanymi kamiennymi schodami, a po dwóch jej stronach rozciągały się tarasowo położone kolorowe i rozśpiewane wiosenną porą ogródki. Dopiero na szczycie tych pięknych tarasowych ogródków, państwo Schoen wybudują swojej wiernej i wyselekcjonowanej kadrze urzędniczej luksusowe jak na tamte czasy zabudowania. Te urzędnicze budynki i tarasowe bajkowe ogródki, kojarzące się z ogrodami botanicznymi, wzbudzą w Sosnowcu w okresie II Rzeczypospolitej Polski taki niezakłamany zachwyt wśród miejscowej ludności, że na ich tle będą utrwali na zdjęciach swe pełne radości i szczęścia chwile.

     Natomiast po drugiej stronie tej urokliwej żwirowej dróżki w okresie II Rzeczypospolitej Polski, ale już poza dyskretnie wkomponowanym w krzewy niezwykle ozdobnym parkanem, powstaną wielofunkcyjne, w starannie utrzymanych ogrodach, niezwykle urokliwe willowe zabudowania, które popularnie od jednej dyrektorskiej willi Henryka Ottona Habelmana, zwano też „Willami Habelmana”. Willa dyrektora Henryka Ottona Habelmana jest widoczna na poniższych kilku zdjęciach (m.in.: 37 i 38) i pozyskanej pocztówce od pana Pawła Ptak. Te niezwykle ekskluzywne wille – oczywiście jak na tamte odległe już czasy – wyścielane parkietem, z eleganckimi kaflowymi piecami, łazienkami i WC, każda z nich oddzielnie mieszcząca się pośród kolorowych i bujnie zarosłych kolorowymi krzewami ogrodów, przeznaczone zostaną już tylko dla nielicznej, wręcz wyjątkowo wyselekcjonowanej kadry kierowniczo – dyrektorskiej. Każda z nich będzie otoczona drewnianą palisadą i obsługiwana dodatkowo przez utrzymywanych na etatach fabrycznych ogrodników i ich pomocników. Jedną z nich wzniesiono w 1923 roku dla Henryka Ottona Habelmana i jego małżonki. Stąd zapewne wzięła się nazwa – „Wille Habelmana” – która na wiele lat, a nawet do lat współczesnych, przylgnie do postawionych tu jeszcze innych kilku w stylu willowym budynków. Jedni twierdzą, że ten piękny obiekt wraz z ogrodem został podarowany panu Habelmanowi za schoenowskie pieniądze, gdy pełnił jeszcze funkcję dyrektorka w ich rodzinnej fabryce. Inni jak to w takich zawiłych dociekaniach niekiedy też bywa, twierdzą, że ten los szczęścia przypadł tylko osobie, która wtedy była tylko kierownikiem, ale też niesłychanie zasłużonemu człowiekowi i oddanemu tej niesłychanie bogatej rodzinie.

****

Kilkanaście lat temu gdy na dobre podnosiliśmy się już z poddańczych komunistycznych klęczek, to jedną z tych dawnych habelmanowskich willi ponoć wykupił mój klasowy kolega z liceum „Staszica”. Przez wiele lat w PRL dyrektor dawnej fabryki „Fitzner i Gamper”. Dowiedziałem się o tym zresztą całkiem przypadkowo w 2007 roku, w trakcie utrwalania zdjęć w tej okolicy. Jedna właśnie z lokatorek z tego konkretnego budynku, nie wiem nawet dlaczego, ale wszystkie gorycze z tytułu lokatorskiego, ale niekorzystnego dla niej – jak twierdziła – najmu mieszkania w tym willowym budynku, przelała wtedy tylko na mnie i na moją też boga ducha winą żonę, która notabene mojego kolegi klasowego nigdy w życiu nawet nie poznała osobiście.

-„Ten pana kolega klasowy W.K., o którym pan, nie wiem nawet dlaczego, ale tak życzliwie i z takim ciepłem się wyraża, nie dokonuje jednak tu żadnych remontów. Po prostu żadnych odkąd tylko ten budynek wykupił! Tylko z Warszawy, gdzie z Sosnowca podobno tylko na kilka lat temu miał się przenieść, a teraz już od  kilku lat tam na stałe jednak mieszka, to bezlitośnie ściąga od lokatorów haracz czynszowy” – na zakończenie rozmowy, pełna żalu oto tak jeszcze oświadczyła…

No cóż! Nie mogłem przecież tej nieznanej, a przypadkowo tyko spotkanej i do tego jeszcze rozgoryczonej kobiecie, ot tak po prostu, tego wszystkiego co wiem o etyce i wyższych wartościach ludzkich, byłego mojego kolegi klasowego powiedzieć… Wojtek K., bo tak go w liceum „Staszica” wówczas zwaliśmy był przez kilka lat moim przyjacielem klasowym. Utrzymywałem wtedy z nim znacznie bliższe związki przyjaźni, niż z innymi klasowymi kolegami, co udokumentowałem nawet na kilku sentymentalnych zdjęciach. Przypominam sobie, że nawet w niewielkiej licealnej grupie, gdyż zaledwie liczącej od 3 do 4 osób, w jego na piętrze mieszkaniu przy ulicy Kościelnej, w pokoju gościnnym, ozdobionym piękną palmą, wiosną 1955 roku, przez kilkanaście dni przygotowywaliśmy się do matury. Mieszkał wówczas w jednym z budynków przy ulicy Kościelnej, mniej więcej naprzeciw „Lasku sosnowieckiego”. Miałem też wtedy okazję i przyjemność oraz zaszczyt poznać jego mamę. Bardzo zresztą sympatyczną i niezwykle miłą kobietę. O swoim ojcu Wojtek jednak nigdy w trakcie rozmów nie wspominał. Czy jeszcze wtedy miał ojca?… Czy tak jak ja, był też już wtedy półsierotą?… To tego nie wiem. Był uczniem zdolnym, ale jak na swój młody wiek, też nieprzeciętnie sprytnym i po latach jak się okaże też tajemniczym. Stąd zapewne z partyjnym i wysoko notowanym wtedy glejtem, tak długo tkwił za czasów PRL na intratnym wysokopłatnym stołku dyrektorskim w Sosnowcu, a później w eksportowej firmie w Warszawie. Na ten sam dyrektorski stołek w Sosnowcu, do tej samej jeszcze dawnej z XIX wieku fabryki „Fitzner i Gamper”, na kilka lat jeszcze raz powróci, nawet wtedy kiedy Polska stanie się już krajem wolnym i niepodległym i by nie być w jakikolwiek tylko sposób wobec mnie zobowiązanym, pewnego dnia odwróci nawet głowę w jednym z katowickich domów handlowych, gdy przypadkowo na siebie prawie, że wpadliśmy… Było mi wtedy bardzo, bardzo przykro, ale cóż. Przecież taka jest proza naszego codziennego życia, czego ja niestety ale nigdy tego nie dostrzegałem…

Przypominam sobie też, że pod koniec lat 70. lub zaledwie w pierwszych miesiącach lat 80. XX wieku, w trakcie zatwierdzania mnie na stanowisko z-cy dyrektora Kopalni Węgla Kamiennego „Niwka Modrzejów”, przez Komitet Miejski PZPR w Sosnowcu, to na Jego temat jeden z sekretarzy PZPR zadawał mi wtedy delikatnie tylko określając dwuznaczne, ale jednak podchwytliwe, niezbyt miłe i jakieś takie dziwne pytania, dotyczące rodowej narodowości mojego dawnego przyjaciela klasowego. O tym incydencie lojalnie i ze szczegółami Wojtka poinformowałem, w trakcie jednej z podroży z Katowic pociągiem ekspresowym „Górnik” do Warszawy. Już wtedy w mknącym pociągu siedząc wspólnie w wagonie restauracyjnym, do którego mnie zaprosił, to się przechwalał, że nie pracuje już w Sosnowcu, ale jest zatrudniony w Warszawie na kolejnym już bardzo intratnym stanowisku naczelnego dyrektora w jednej z dużych firm eksportowych i zna też wprost doskonale, nawet po imieniu, ówczesnego ministra przemysłu ciężkiego. Ministra, w którego resorcie ja byłem wówczas też zatrudniony. Mimo, że wówczas na gwałt poszukiwałem pracy, o czym Wojtka delikatnie poinformowałem, to jednak poza przechwałkami z Jego strony, nigdy mi w niczym nie pomógł. Nigdy! Mimo, iż miał wcześniej jak i wtedy ogromne, wprost nieograniczone możliwości… Już wtedy wyczułem, że dawny mój przyjaciel klasowy Wojtek, teraz co innego mówi, a co inne myśli, a wszelkie przyjacielskie gesty są mu zupełnie obce i spływają po nim jak woda deszczowa… Taką pełną hipokryzji laurkę kilkanaście lat temu wystawiła mu też wtedy żona mojego i jego kiedyś przyjaciela klasowego z liceum „Staszica” – Mirka M. Zresztą na dwóch czy trzech klasowych zdjęciach wspólnie stoimy.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14

Bear