Janusz Maszczyk: Alejkami Parku Renardowskiego

****

W dniu 27 stycznia 1945 roku do Sosnowca wkroczyła Armia Czerwona. Do parku dotarłem więc dopiero w okresie letnim. Jak zwykle wraz z kolegami z Placu Tadeusza Kościuszki szliśmy do naszego parku na skróty. Najpierw pokonując prowizoryczną i chybotliwą, dopiero co zawieszoną w okolicy nowosieleckiego kościółka parafialnego drewnianą kładkę nad Czarną Przemszą. Poprzedni bowiem solidny drewniany most został przez wycofujących się z Sosnowca żołnierzy niemieckich wysadzony w styczniu 1945 roku. Po pokonaniu wyłożonych „kocimi łbami” znanych nam urokliwych i romantycznych króciutkich uliczek: Browarnej i Dworskiej (za PRL Pionierów) 8/, już po chwili dotarliśmy do znanego nam z zabaw rozległego placu kościelnego. Jeszcze wówczas potwornie zarosłego dzikim zielskiem i zawalonego też sprzętem oraz starymi jeszcze z międzywojnia materiałami budowlanymi. Już w pobliżu rzeki Czarnej Przemszy, tak jak zawsze, musieliśmy jeszcze pokonać drucianą siatkę ogrodzeniową, która rozpięta była na wysokiej skarpie z kamienia wapiennego. Tkwiła tu przez dziesiątki lat, jeszcze od czasu L. Mauvego, gdy teren parku darowano kościołowi 9/. Do parku dostawaliśmy się okrakiem, trzymając się rękami siatki i słupka metalowego. Trzeba było tym ostatnim krokiem wyzwolić w sobie nie lada zręczność i odwagę, gdyż w tym miejscu skarpa rzeczna, wisiała wysoko, bo ponad 3 – 4 metrów ponad lustrem wody. Park pozornie sprawiał wrażenie cichego i wymarłego odludzia. Zamiast jednak śpiewu ptaków docierały do naszych uszów dziwne i trudne do precyzyjnego zidentyfikowania dźwięki – jakby jęki, czy charkot leżącego na łożu śmierci starca. Po zagłębieniu się w gęstwiny parkowe, nagle ku naszemu zdumieniu odkryliśmy na pobliskiej zielonej polanie ogromne stado pasących się świń. Początkowo zwierzęta sprawiały wrażenie jakby nas nie dostrzegały. Spokojnie bez oznak zaniepokojenia skubały sobie trawę i od czasu do czasu, zgodnie z zewem krwi ryły też polanę. Wśród nich poruszały się knury, lochy (maciory) karmiące i prosięta ssące. Oprócz charakterystycznego świńskiego pochrapywania, park jednak dalej zdawać się oddychał przyrodą i żył spokojnie jak w poprzednich przedwojennych jeszcze sielskich latach. Wokół, co ciekawe nie było ani jednego pastucha. Ani też czujnych stróżów z gwizdkami. Tylko samotnie pasące się i ryjące piękną zieloną polanę świnie i to różnej wielkości zakłócały ciszę. Możliwe, że jako mieszczuchy nie przewidzieliśmy jednego, że matki tych wolno pasących się zwierząt mogą nas jednak zaatakować. I tak się w pewnej chwili faktycznie stało. Uciekaliśmy więc tak pośpiesznie i z takim przerażeniem, że nie było nawet czasu by pokonać znane nam zbawcze przejście obok siatki ogrodzeniowej. Rzuciliśmy się więc w ubraniach, na szczęście do płytkiej w tym miejscu rzeki i brodząc po pas w wodzie, dobrnęliśmy szczęśliwie na drugi znany nam już doskonale z zabaw, zbawczy brzeg. Całe szczęście, że woda w tym miejscu była faktycznie płytka, gdyż wśród przerażonych młodych uciekinierów, jak się później okazało, byli też koledzy, którzy absolutnie nie potrafili pływać. W kilkanaście dni po tej nieprawdopodobnej przygodzie, dowiedzieliśmy się od naszego znajomego kierownika z renardowskiej parkowej przepompowni, że świnie zostały do parku zagonione przez żołnierzy z Armii Czerwonej i w ogóle nie są przez nikogo pilnowane. A prawdopodobnie ich długi i samotny pobyt pod chmurką spowodował, że wyraźnie już zdziczały. Stawały się więc wyjątkowo agresywne, gdy tylko ktoś się do nich zbliżał. Szczególnie agresywne były karmiące lochy. Po zgłębieniu tematu okazało się, że do Parku Renardowskiego, prawdopodobnie za zgodą polskich władz samorządowych, żołnierze z Armii Czerwonej zapędzili nie tylko co najmniej kilkaset świń, ale również sporą też ilość krów. Z tym, że pastwiska dla krów wyznaczono już na zielonych pięknych polanach w części południowej parku (od strony Wawelu), a prowizoryczny obóz pilnujących je żołnierzy z Armii Czerwonej usytuowano w dawnych jeszcze pomieszczeniach „Kawiarni Mauvego”. Teraz już jednak znacznie zdemolowanych. Natomiast świnie nie wiadomo z jakich powodów, ale puszczono wolno i nikt ich w parku nawet nie pilnował. Jak wspominali to w późniejszych już latach moi znajomi, to zwierzęta w parku przez całe dni i noce buszowały pod gołą chmurką. Podobno takie specyficzne pastwisko na pięknych i zadbanych kiedyś polanach w Parku Renardowskim już funkcjonowało od kilku miesięcy… Brat wspomina, że jeszcze w późniejszych 40. latach XX wieku, gdy pokonywał znany mu park, by na skróty w miarę szybko i bezproblemowo dotrzeć do Liceum i Gimnazjum Ogólnokształcącego im. B. Prusa, które mieściło się już wtedy w pobliżu ulicy Legionów (gdy Liceum i Gimnazjum już przeniesiono z pogońskiej ulicy Suchej, do sieleckiego przedwojennego jeszcze budynku szpitalnego), to jeszcze na terenie parku w okolicy Wawelu widział pasące się krowy i pilnujących je pastuchów – żołnierzy, ponoć ze specjalnej jednostki wojskowej Armii Czerwonej.

Już w latach 40. XX wieku Park Renardowski został szeroko otwarty dla całego społeczeństwa sosnowieckiego. Jeszcze w tym samym miejscu jak przed laty dalej jednak tkwiły nienaruszone bramy i portiernie parkowe. Zapodziali się tylko gdzieś specjalnie przez lata dobierani zaufani portierzy i zamilkły też parkowe gwizdki. No cóż! Przykro o tym wspominać. Ale stopniowo park jednak zatracał swój specyficzny i podstawowy charakter – wyjątkowej kolorowej bajecznej przyrody i enklawy ciszy oraz spokoju. W trakcie modernizacji północno – wschodniej części Sielca w latach 70. XX wieku, okrojono więc znacznie powierzchnię parkową, zasypano też piękny staw, przy okazji wycięto też wiele drzew i krzewów, wyasfaltowano też większość parkowych dotychczas urokliwych klepiskowych i żwirowych alejek. A gdy już do pracy ruszyły buldożery i kilofy, by w „Parkową górkę” wkleić betonowy amfiteatr, to przy okazji, ale jednak także wycięto dalsze ilości dorodnych drzew i krzewów… Ponieważ umilkły gwizdki, więc wielu spośród nas zamiast poruszać się po wytyczonych już kiedyś alejkach parkowych, jak to bywało w przeszłości, to wyklepało sobie już nowe trasy wiodące na skróty… Ponoć już tacy po prostu jesteśmy. Na szczęście nie wszyscy… Zburzono nie tylko piękne ozdobne kamienne mury, ale nawet wokół zabytkowego i dostojnego i zabytkowego zameczku sieleckiego, postawiono kolidujące z jego ponoć wiekową przeszłością, tandetne blaszaki… Zrównano też z ziemią zabytkowe z XIX wieku zabudowania dworskie na „Renardzie” i wiele, wiele jeszcze innych starych też obiektów budowlanych.

Nieubłaganie mijają jednak lata. Dawny Park Renardowski, jeszcze kiedyś zwany Parkiem Mauvego już dzisiaj dla większości przyjezdnych jest już tylko Parkiem Sieleckim, ale na szczęście ogólnodostępnym dla całego polskiego społeczeństwa… I to powinniśmy sobie cenić oraz też dbać o jego szatę przyrodniczą, by przyszłe jeszcze pokolenia mieszkańców z Sosnowca mogły jego widokiem też cieszyć swoje oczy…

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Bear