Janusz Maszczyk: Alejkami Parku Renardowskiego

[Zdjęcia 28 i 29 z listopada 2018r. Ta sam wieżyczka co wyżej.]

Poza główną konną i dla spacerowiczów aleją parkową, ale już w kierunku zachodnim, czyli w stronę daleko położonej ulicy 3 Maja, ciągnęła się kolejna wielka zielona polana, podobna w wystroju do już opisywanej. Ta jednak z kolei docierała już wtedy do samej toczącej dzikim nurtem rzeki Czarnej Przemszy. Z tą tylko różnicą, że od rzeki zalegał pas zieleni, gdzie głównie rosły dostojne drzewa o zróżnicowanych gatunkach. Poszycie było wyjątkowo gęsto zarośnięte różnymi gatunkami krzewów. Poprzez romantyczne gąszcze wiły się alejki, z urokliwymi ławeczkami, najczęściej usytuowanymi w intymnych i zacisznych oraz pełnych romantycznego uroku miejscach. Natomiast w kierunku wschodnim, czyli w kierunku „Górki parkowej” rozciągał się już pas zielonej i bujnej trawy, z wysepkowo tylko nasadzonymi kępami krzewów, który szczególnie w okresie wiosennym pokryty był bujnymi kobiercami łąkowych kwiatów.

****

W tamtych latach mimo wszystko kapitalizm miał jednak trochę, ale jednak inne oblicza (okres drugiej połowy XIX w. do II Rzeczypospolitej), niż ten nam współczesny. Przede wszystkim wszyscy fabrykanci budowali w pobliżu swych kopalń, czy fabryk – fabryczne osiedla mieszkaniowe. Mieszkania i budynki, niezwykle zresztą zróżnicowane pod względem wyposażenia, były jednak przyznawane osobom zatrudnionym w tych zakładach pracy. Również Gwarectwo „Hrabia Renard”, a później Towarzystwo „Hrabia Renard” miało w tamtych latach też zupełnie inne oblicze niż prywatni fabrykanci tacy jak Dietlowie, czy Schoenowie. Dlaczego jednak o tym wspominam. Ano dlatego, że inaczej też wówczas funkcjonował Park Renardowski, niż parki tych dwóch niezwykle bogatych niemieckich rodzin. Tamte parki były do 1945 roku enklawami całkowicie prywatnymi i na głucho zamkniętymi dla mieszkańców Sosnowca. Inną natomiast zupełnie rolę, z uwagi na charakter własności kapitałowej spółki, spełniał Park Renardowski. Ten park już z chwilą jego założenia miał twarz bowiem wybitnie kupiecką. Starsi już wtedy wiekiem sosnowiczanie, dostrzegali w nim bowiem oprócz piękna przyrody i ostoi romantycznej ciszy, też symbol pańskiego „kija i marchewki”. Ten park jak mawiali, był jednocześnie marchewkowym magnesem, który miał przyciągać do pracy w zakładach renerdowskich, jeszcze innych uzdolnionych pracowników, głownie z terenów Sosnowca. Podobno już w okresie I wojny światowej jak to niektórzy współcześnie publicyści piszą Park Renardowski był udostępniany ludziom niezwiązanym z tym koncernem. To dziwne ale tej wersji jednak nigdy nie potwierdziła moja rodzina. W każdym razie do Parku Renardowskiego już w okresie II Rzeczypospolitej Polski wstęp miały zagwarantowany za okazaniem przepustki tylko te osoby i ich najbliżsi członkowie z rodziny, które były zatrudnione w Towarzystwie „Hrabiego Renarda” oraz dosłownie jeszcze tylko garstka osób spoza tego koncernu. Natomiast w okresie okupacji niemieckiej (1939 – 1945) wstęp mieli zagwarantowany wyłącznie tylko Niemcy i ci co podpisali tak zwaną niemiecką listę narodowościową. Już w trakcie wejścia do parku obowiązywały jednak szczególne rygory. Każdorazowo okazywało się czujnemu i patrzącemu podejrzliwie portierowi specjalną firmową przepustkę. Bywały jednak i dla całego społeczeństwa sosnowieckiego takie wyjątkowe dni w ciągu każdego roku kalendarzowego, kiedy to park udostępniany był dosłownie wszystkim mieszkańcom z Sosnowca. Takie specjalne pełne radości i wzniosłych uniesień specjalne akcje o podłożu ponoć altruistyczno – humanitarnym, czy w ramach wyjątkowych uroczystości państwowych, serwował zawsze koncern renardowski. W takich dniach zgłodniali na co dzień sosnowiczanie widokiem niecodziennych bajkowych krajobrazów parkowych i zachęceni jednocześnie też dętą muzyką oraz swobodnymi i beztroskimi tańcami na wolnym powietrzu i losowymi grami zręcznościowymi, walili więc do parku całymi rodzinami. Park więc w takim dniu od godzin rannych już pęczniał od tysięcy przybyszy. W takich beztroskich dla społeczeństwa dniach obowiązywała jednak bardziej zaostrzona procedura dozorowania przez „stróżów parkowych”, niż w dni typowe gdy obowiązywała tylko przepustka. Zatrudniano więc wtedy nawet większą liczbę osób do pilnowania porządku, niż w inne powszednie dni. A chętnych do pracy na warunkach tak zwanej umowy śmieciowej – jak byśmy to dzisiaj określili – nigdy wówczas też nie brakowało. Bo bezrobocie mimo bumu kopalniano – fabrycznego, było jednak dalej dotkliwe. W okolicy zameczku na rozległej polanie stawiano wtedy dość pokaźną konstrukcję drewnianą, gdzie pod gołym niebem przy wtórze dętej orkiestry „wywijano obertasy”. Natomiast w bliskiej okolicy „Kawiarni Mauvego” sterczał wtedy wysoki drewniany i nasiąknięty oleistą mazią oraz wypolerowany do połysku maszt. Człowiek „małpa”, który w odpowiednim tempie dotarł do pewnej oznaczonej wysokości, otrzymywał w nagrodę butelkę wódki, lub piwa. A zwycięzca niebotycznego szczytu w glorii chwały nagradzany był nawet koniem. Tak żywym koniem. Radości więc wśród zgromadzonej gawiedzi nie było widać wtedy końca. Co ciekawe?… Chętnych do „małpich” popisów nigdy o dziwo nie brakowało.

W tym samym czasie stróże parkowi – jak ich wtedy powszechnie określano – mieli ponoć pełne ręce roboty. A gardła z każdą chwilą w miarę upływu dnia puchły im z wysiłku od nadmiernego dmuchania w gwizdek. Bowiem w tamtych czasach z wyjątkową jeszcze skrupulatnością dbano o porządek i przyrodę parkową, by zaproszeni sosnowiczanie, poruszali się tylko wytyczonymi alejkami i wąskimi, ale urokliwymi ścieżkami. Wejście na polany i deptanie trawy było konsekwentnie zabronione. O dewastacji drzew, czy krzewów to nawet już nie wspominam. W takich więc odpustowych dniach pachnący palonym cukrem i watą cukrową park, pełen był nie tylko głośnej orkiestry i gwarnych dziecięcych krzyków, ale i niemilknących też gwizdków…

[Zdjęcie nr 30. Od lewej: moja mama Stefania Maszczyk, Janusz Maszczyk, Wiesław Maszczyk (mój brat) i Zbigniew Doros (mój kuzyn).

[Zdjęcie nr 31. Od lewej: Zbigniew Doros (mój kuzyn),Wiesław Maszczyk (mój brat) i Janusz Maszczyk]

[Zdjęcia rodzinne nr 30, 31 i 32 pochodzą z roku 1938 i 1939. Dla jednych nic nie znaczące, a nawet śmieszne, gdy widzimy sztuczne pozy prezenterów. Dla autora z kolei emanujące emocjonalnym pierwiastkiem nostalgicznych wspomnień z minionych już lat. Lat, które już nigdy nie wrócą…

Na zdjęciu utrwalono też specjalnie stawiane na krótkie tylko okresy czasu drewniane konstrukcje, przeznaczone do popisów śpiewaczych, tańców i zabaw. Po okolicznościowych „marchewkowych” uroczystościach były już w kilka dni później demontowane. Najczęściej stawiano je na rozległej polanie w pobliżu stawu i zameczku, naprzeciw „Parkowej górki” (patrz zdjęcie nr 23). W dniach poimprezowych wykorzystywane też były do prowizorycznych rodzinnych zabaw z malutkimi dzieciakami. Z tych wyblakłych rodzinnych fotografii już wszystkie starsze osoby nie żyją. Nie żyje też chłopczyk, mój ukochany kuzyn – Zbyszek D. (na zdjęciu nr 30 pierwszy po prawej stronie; na zdjęciu nr 31 pierwszy od lewej strony; na zdjęciu nr 32 pierwszy od prawej strony). A widoczne dwa siedzące koło siebie maluchy są już dzisiaj starcami… Bo życie człowieka jest nie tylko piękne, ale i niezwykle też krótkie. Warto o tym pamiętać… Oj warto!…]

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Bear