Janusz Maszczyk: Alejkami Parku Renardowskiego

Powracając jednak do wysokiej rangi urzędnika – inżyniera i generalnego dyrektora Ludwika Mauve. Mauve na co dzień utrzymywał stosunki tylko z urzędnikami rosyjskimi oraz tylko z tymi Polakami, którzy piastowali w renardowskiej firmie i w mieście najwyższe stanowiska zawodowe. To chyba dla wszystkich tych co się tą problematyką chociaż tylko powierzchownie interesują, jest zupełnie oczywiste. A ci ludzie, przynajmniej w trakcie wykonywania swego zawodu z kolei posługiwali się zarówno mową rosyjską jak i niemiecką. Bo tego wymagał wykonywany zawód i to sprzyjało awansom. Mauve język niemiecki znał przecież doskonale, gdyż był z pochodzenia Niemcem. Posługiwał się też ponoć językiem rosyjskim i francuskim. Czy znał język polski?… Nie wiem, ale ten język w pracy zawodowej i w stosunkach z miejscowymi notablami absolutnie nie był mu potrzebny. Ludwik Mauve po przepracowaniu na stanowisku generalnego dyrektora 40. lat w Gwarectwie „Hrabiego Renarda”, a następnie w Towarzystwie Górniczo – Przemysłowym „Hrabiego Renarda” zmarł w Sosnowcu 30 marca 1915 roku. Już w lipcu 1914 roku żołnierze Rosji carskiej, bez walki opuścili Sosnowiec. Niemcy już na początku 1915 roku zajęli terytorium Sosnowca i dokonali też podziału Zagłębia Dąbrowskiego. Zdecydowanie większa jego część wraz z Sosnowcem i Będzinem przypadła nowemu okupantowi – tym razem niemieckiemu. Pozostała część okupacyjnym wojskom austriackim. Podobno Ludwik Mauve zmarł jednak nie jako obywatel niemiecki, ale jako poddany i niezwykle też lojalny obywatel rosyjski 6/. Czy o tym fakcie wiedzieli Niemcy, gdy zajęli Sosnowiec w 1914 roku?… L. Mauve został pochowany w Sosnowcu na cmentarzu ewangelickim przy Alejach M. Mireckiego. Już po jego śmierci jak wynika z planu z 1916 roku fragment ulicy od Huty Puszkin (później Huta Staszic, a dzisiaj Zakłady Mechaniczne Urządzeń Wiertniczych) do Modrzejowa został ozdobiony jego imieniem (obecnie ul. Powstańców i fragment ul. Mikołajczyka). Podobnie – co powinno też wielu osobom dawać do myślenia – podczas krwawej i bezlitosnej okupacji niemieckiej (lata 1939 – 1945) jego imieniem i nazwiskiem ozdobiony był fragment obecnej ulicy Staszica 7/. Już z tych tylko wyrywkowych informacji zapewne wynika, że patriotyzm wobec Polski nie był jego jednak domeną. Tym bardziej – z tego co wiem – był jednym z tych decydentów sosnowieckich, którzy do tłumienia strajków robotniczych zbyt ochoczo zapraszali carskich żołnierzy. Również w czasach hitlerowskiej okupacji Sosnowca (1939 – 1945) obecna ulica Gabriela Narutowicza nosiła nazwę Graf Renard strasse. To też powinno dawać nam Polkom wiele, wiele do zrozumienia.

****

     Powracając jednak ponownie do zasadniczego tematu, czyli do Parku Renardowskiego. Od strony wschodniej, całe długie wzniesienie na tak zwanej „Górce parkowej”, aż od zameczku po sam kamienny mur wawelski, pokryte zostało wysokimi drzewami o zróżnicowanych wzrostowo i gabarytowo  gatunkach. Poszycie drzewostanu stanowiła trawa i krzaki. Na „Górkę parkową” od strony zameczku, początkowo wiodła o różnej szerokości wijąca się coraz to wyżej i wyżej klepiskowo kamienna alejka, by już po osiągnięciu szczytowego wzniesienia „Górki parkowej”, przybrać postać stosunkowo wąskiej poziomo biegnącej i wijącej się w różne strony leśnej ścieżki. Tam teren jak pamiętam – jeszcze zaraz po 1945 roku – był wyjątkowo cichy i przytulny, a dzika przyroda odsłaniała coraz to nowe okazy w postaci ogromnych majestatycznych drzew i kolorowych krzewów. Wiele więc rodzin zaopatrzonych w specjalną parkową przepustkę z ochotą korzystało więc z tego urokliwego miejsca. Pstrykaniom fotograficznym, jako nowej rodzinnej dokumentacyjnej pasji nie było więc końca. Może warto jednak przypomnieć młodszemu już pokoleniu, że w okresie II Rzeczypospolitej Polski nie każdego stać było na kupno aparatu fotograficznego. Ceny aparatów nie były bowiem dostępne na każdą polską kieszeń. Przypominam sobie, że aparat fotograficzny darowany mojej mamie przez jej brata zawodowego oficera Wojska Polskiego, był wówczas nie lada okazałym nie tyle prezentem, co darem. Również więc i nasza rodzina pstrykając aparatem fotograficznym bywała w parku i na „Parkowej górce” w okresie II Rzeczypospolitej Polski wielokrotnie, podobnie jak również już sam autor po 1945 roku.

[Zdjęcie nr 20 – rok 1938. Zdjęcie rodzinne. Alejka w Parku Renardowskim na tak zwanej „Górce parkowej”. Od lewej: moja mama Stefania Maszczyk (panieńskie nazwisko Doros), jej brat Stanisław Doros, mój ojciec Ludwik Maszczyk, ja na rękach ojca, a mój brat stoi wyprostowany na baczność.]

Od strony Wawelu z „Górki parkowej” wiodły w dół stromym stokiem szerokie schody. W okresie zimowym to miejsce miejscowi ludzie zamieniali więc na dziecięcy tor saneczkowy. Zjazd pełen muld i przeróżnych wybrzuszeń terenu bywał jednak z górki szalenie szybki i niebezpieczny. Chętnych, ku memu zdziwieniu jednak nigdy nie brakowało.

U stóp opisywanego wzniesienia na całej prawie długości, czyli niemal od zameczku sieleckiego, aż do samej prawie bramy przy ul. Legionów na Wawelu, rozciągała się stosunkowo szeroka i porośnięta soczystą zieloną trawą polana, a’la leśna łąka. Ta ogromna zielona plama w okresie wiosennym pokryta też była kobiercami kwitnących kwiatów, głównie kaczeńców i niczym żółty wosk podbiałem. Natomiast już środkiem parku wiła się szeroka reprezentacyjna główna aleja, po dwóch stronach obsadzona klonami, które szczególnie bajecznie się prezentowały zwłaszcza porą polskiej jesieni (zdjęcia 22 i 23). Kiedy to mieniące się barwami liście na drzewach pokrywały już wszystkie parkowe drzewa. Ta aleja nie była jednak tylko uwielbianą przez parkowiczów trasą spacerową, ale głównie przeznaczono ją dla konnych renardowskich pojazdów, urokliwych na resorach karet i niemniej też uroczych wyścielanych pluszem hrabiowskich powozów. Jak już wspominałem ciągnęła się od głównej bramy, od ulicy Legionów z Wawelu, by w końcowej już fazie łagodnym łukiem skręcić koło stawu parkowego i zakończyć swój ciąg nie jak obecnie, ale przy portierni, u samej bramy i portierni zameczku. Proszę sobie tylko wyobrazić jakie musiało być moje ogromne zdumienie, gdy przez przypadek, jako stary i samotny już człowiek, przez przypadek odnalazłem jej fragmenty w listopadzie 2018 roku. Przy samym stawie, co już wyżej wspominałem, była odnoga tej alei, która poprzez drewniany uroczy mostek ciągnęła się jeszcze dalej i dalej, bowiem aż do portierni i bramy, które były wówczas jeszcze usytuowane na styku dwóch nowosieleckich uliczek: Piekarskiej i Dworskiej (po 1945 r. uliczka Pionierów; więcej na ten temat w „Publikacjach i przypisach, poz.5”). A były to jeszcze takie romantyczne czasy, gdy niektórzy pracownicy nie tylko z dóbr renardowskich przemieszczali się po ulicach Sosnowca w zasadzie tylko pojazdami konnym.

[……”Proszę sobie tylko wyobrazić jakie musiało być moje ogromne zdumienie, gdy przez przypadek, jako stary i samotny już człowiek odnalazłem jej fragmenty w listopadzie 2018 roku”…

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Bear